Nadeszła pora na pora

Dobra jakość i przestrzeganie terminów – to tajemnica sukcesów na unijnym rynku

– Do krajów Unii Europejskiej sprzedałam w zeszłym sezonie 250 ton porów. Mniej niż w latach poprzednich. Ale ceny porów były w Polsce wyższe niż w Europie. To warzywo u nas szło jak woda – mówi Eleonora Kapusta, która w Bedlnie koło Łowicza uprawia pory na 20 hektarach.
Cały plon mogłaby sprzedać w kraju, ale kontrakty z firmami unijnymi są rzeczą świętą. – Trzeba wywiązać się z umowy z kontrahentem. Nawet gdy zawarto ją tylko w rozmowie telefonicznej – twierdzi pani Eleonora. – Słowo wypowiedziane przez telefon jest tak samo ważne jak umowa z pieczęciami i podpisami.
Dotrzymywanie słowa to pierwszy warunek istnienia na rynkach UE. Warunek drugi – kontrahent otrzymuje taki towar, jakiego oczekuje. Może być lepszy, ale ani trochę gorszy. Pani Kapusta nie obawia się, że po udanym sezonie narodzi się w Polsce rzesza nowych producentów porów, a ceny drastycznie spadną. Zbiory z Bedlna mają taką markę, że bez trudu sprzeda je na europejskich giełdach.
– U nas dopiero nadchodzi run na pory. Na Zachodzie już dawno doceniono walory smakowe i odżywcze porów, zawierają mnóstwo witamin i cennych minerałów. Sama sprawdzałam ich popularność w Holandii. Nikt nie wychodził z domu towarowego bez choćby jednego pora wystającego z siatki.

Gdy zostałam sama

Gospodarowanie w Bedlnie młode małżeństwo – Eleonora, z domu Stalińska, i Janusz Kapustowie – rozpoczęło 25 lat temu. Pan Janusz był absolwentem warszawskiej SGGW, pani Eleonora – technikum rolniczego. Postawili na pory osiem lat temu. W pierwszym roku z jednego hektara zebrali 14 ton, wystarczyło na pół samochodu. Aby opłacało się wieźć je na sprzedaż do Holandii, należało zapełnić cały. Nawiązali więc współpracę z sąsiadami.
– Nie mieliśmy jeszcze wprawy – wspomina pani Eleonora – i przygotowanie porów do wysyłki wymagało ogromnego wysiłku.
W 1997 r. wysłali na Zachód już dwa samochody. Co roku zwiększali areał obsiany porami i doszli do 20 ha. Tyle mogli należycie zagospodarować. Pory wymagają specjalistycznego sprzętu, a takich maszyn w Polsce nie było. Sprowadzali je z zagranicy, więc cały zysk szedł w inwestycje. Na pozostałej ziemi uprawiali inne warzywa przeznaczone na rynek krajowy.
Ich sukcesy zostały docenione. W 2001 r. znaleźli się wśród trzech finalistów Nagrody Gospodarczej Prezydenta RP. Na uroczystości pani Eleonora była już sama. Janusz Kapusta zmarł nagle na zawał serca.
– Stanęłam przed dramatycznym pytaniem: co dalej? – wspomina. – Córka robiła maturę, syn uczył się w szkole średniej. Kiedy zabrakło męża, który był motorem działań, musiałam sama sprostać wszystkim obowiązkom. Postanowiłam, że będzie tak jak dotąd. Teraz córka studiuje w Akademii Sztuk Pięknych, ale pewnie wróci na gospodarstwo, a malowanie potraktuje jako hobby. A syn po maturze pójdzie chyba na SGGW. Ziemię ma się w genach.

Przez cztery pory

Pory wymagają szczególnej opieki, należy przy nich chodzić przez cały rok. Jedna część zbioru jest sadzona jesienią. Zimą roślina pozostaje w ziemi, dojrzewa w maju. Ozime pory można poznać po tym, że w skrzynkach mieszczą się w poprzek, mają długość 25-30 cm. Te sadzone i siane na wiosnę, zbierane jesienią, dochodzą do 60 cm i pakowane są wzdłuż W gospodarstwie stale pracuje czterech ludzi, szkoli się sześciu stażystów. A w szczycie sezonu, gdy zawsze brakuje czasu, dochodzi nawet 15 pracowników na umowę-zlecenie.
Pani Eleonora mieszka z rodziną w pięknym tradycyjnym domu. Stara obora ze ścianami z dużych kolorowych kamieni została przerobiona na biura i salę konferencyjną. Tu świętowano już czwarty Dzień Pora. W dawnym chlewie stoją specjalistyczne maszyny do obróbki warzyw. Właśnie budowana jest nowoczesna przechowalnia z regulowaną temperaturą i wilgotnością. Jedyny inwentarz żywy gospodarstwa to dwa potężne psy.
Na jednym hektarze rośnie 170-220 tys. porów konsumpcyjnych, a tych przeznaczonych do przemysłowej przeróbki na konserwy i mrożonki – nawet ponad 300 tys. Oprócz porów resztę 130-hektarowego gospodarstwa zajmują fasola szparagowa, marchew, buraki i zboże.
– Myślę też o uprawianiu kapusty pekińskiej, którą zainteresowani są zwłaszcza Szwajcarzy, i o kapuście głowiastej. Jeśli jest dobrej jakości, można ją sprzedać w kraju i za granicą. Może jeszcze jakimiś innymi warzywami zapełnię luki na rynkach wspólnej Europy. Gdy chce się dobrze żyć z pracy na roli, nie można układać sztywnych, zbyt dalekosiężnych planów.

Żadnych granic

Pytam właścicielkę, czego spodziewa się po naszym wejściu do Unii.
– Dla tych, którzy dostarczają tam warzywa odpowiedniej jakości i w terminie, to naprawdę przyjazny rynek. Oprócz dopłat, zdecydowanie największą korzyścią, jakiej oczekuję, jest zniesienie granic. Uprawa roślin i przygotowaniem ich do wysyłki zależy ode mnie. Natomiast zawsze skóra mi cierpnie, czy na granicy nie powstanie korek, który spowoduje opóźnienie w dostawie towaru do klienta. Na wypełnienie tej części umowy nie mam wpływu. Do tej pory – odpukać – nie było kłopotów.
Choć programy unijne wspierają rozwój rolnictwa ekologicznego, w gospodarstwie pani Kapusty nie może się obejść bez preparatów, zwalczających choroby i pasożyty. Nie obywa się bez nich żadne wysokotowarowe gospodarstwo zachodnioeuropejskie. UE wymaga jednak zegarmistrzowskiej dokładności w przestrzeganiu wszystkich reżimów. Pani Eleonora prowadzi książki upraw, gdzie wpisuje się, jakie preparaty były używane, w jakich ilościach, w jakich dniach, czy zachowano odpowiednie odstępy między zabiegami pielęgnacyjnymi. Klientowi – razem z towarem – dostarcza się odpowiednią kartę z książki. Bez tego nie ma co marzyć o zdobyciu zaufania i wyrobieniu sobie marki na rynkach europejskich.

Wydanie: 19/2003

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy