Europa, Europa

Wszyscy kochamy Europę. (Oczywiście z wyjątkiem pani Fotygi, jej byłych pracowników z MSZ oraz byłych przełożonych, ale chcę tu mówić o sprawach poważnych, nie zaś o chorobliwych przejawach megalomanii narodowej i patologicznych stanach lękowych).
Ze strony lewicy więc słyszę, że jej wyróżniającym rysem na nowej scenie politycznej powinna być silna opcja proeuropejska, silniejsza niż w innych partiach. Ale inne partie też obnoszą się werbalnie z gorącymi uczuciami do Europy, otwarci zaś przeciwnicy integracji europejskiej, LPR i Samoobrona, zapadli się pod ziemię i nie wiadomo kiedy się stamtąd wygrzebią. Ten zgodny chór proeuropejski, który rozlega się w Polsce, dostrzeżony został w Brukseli i europoseł PO Janusz Lewandowski pisze, że „ekipa Tuska uzyskała na wstępie taki kredyt międzynarodowego zaufania, jakim nie cieszył się żaden polski rząd po 1989 roku”. Istnieją też pewne szanse na to, że owa radość europejska nie zostanie stłumiona w zarodku, gdy nowy rząd polski ratyfikować będzie 13 grudnia w Lizbonie traktat Unii Europejskiej, do którego także – zdaniem Lewandowskiego, a więc markowego liberała – dołączona być powinna Karta Praw Podstawowych, której, jak pamiętamy, nie chcieli ratyfikować Kaczyńscy, ponieważ daje ona ich zdaniem zbyt wiele uprawnień ludziom pracy, co przy demagogii socjalnej PiS brzmiało dość dziwnie.
A więc wszystko to wygląda na sielankę.
Lecz Europa dzisiejsza sielanką nie jest. Być może nawet staje się stopniowo coraz gorętszym polem bitwy, na które wchodząc, nie możemy pozostać neutralni, lecz musimy znaleźć się po jednej ze stron.
Bitwa ta toczy się wokół dwóch kluczowych zagadnień, z których pierwszym jest konflikt Europy neoliberalnej, opartej na nieskrępowanej swobodzie rynku, i Europy socjalnej, opartej na interwencjonizmie państwowym i na założeniu, że ludzie pracy najemnej muszą korzystać ze wzrostu gospodarczego i wynikających z niego dobrodziejstw. W tej sprawie teraz właśnie we Francji odbywają się masowe demonstracje, które wykazują, że społeczne obietnice Sarkozy’ego były czczą przedwyborczą gadaniną, podobne ruchy przetoczyły się już przez Włochy, nie da się ich ominąć i gdzie indziej. W Polsce jednak, ciągle rzecz jasna w klimacie czystej miłości do Europy, nowo powołany minister finansów, prof. Jan Vincent Rostowski, mówi otwarcie, że woli „Europę rynkową” od „Europy socjalnej” i jest za jak najszybszym wprowadzeniem euro, ponieważ zapewni to „jednostronną europeizację Polski”, to znaczy praktycznie swobodne gospodarowanie międzynarodowego kapitału na naszym rynku. Wprawdzie tej ostatniej perspektywie przeciwstawia się szef klubu parlamentarnego PO, p. Chlebowski, też zresztą ekonomista, lecz mówi za to z całą pewnością, że PO wprowadzi podatek liniowy, którego niedemokratyczny charakter, faworyzujący bogatych, nie ulega wątpliwości.
Są to na razie przymiarki, próbne strzały. Towarzyszy im jednak rozsiewana w krąg aura, że receptą na szczęśliwość Polaków jest prywatyzowanie wszystkiego, co się da, łącznie z przestrzenią dworców kolejowych, na co wpadł ostatnio publicysta p. Majcherek. Debata prasowa na ten temat toczy się zaś w sytuacji, kiedy wszyscy poważni myśliciele społeczni, z prof. Zygmuntem Baumanem na czele, po stokroć już dowiedli, że kurczenie się przestrzeni publicznej na rzecz przestrzeni prywatnej w miastach postępuje równolegle z kurczeniem się demokracji i zanikaniem „agory” jako miejsca, gdzie wyraża się opinia publiczna.
Z tych kilku tylko uwag widać więc już chyba dość wyraźnie, że recytowanie o miłości do Europy nic nie znaczy, powtórzyć natomiast należy strawestowane zdanie Słowackiego: Europa – ale jaka?
Drugim pytaniem dotyczącym Europy i naszego w niej udziału jest pytanie o granice integracji. Dokąd ma ona sięgać? Czy granicą integracji jest konfederacja państw, z których każde zachowuje swoją całkowitą odrębność, porozumiewając się wzajemnie głównie na gruncie handlu, czy też celem ostatecznym jest federacja europejska, wspólne państwo o wspólnych prawach i wspólnych celach politycznych?
Kiedy wstępowaliśmy do Unii, wszyscy, z lewicą na czele, aby nie spłoszyć konserwatywnych, narodowych wyborców zapewniali, że chodzi tu tylko o zabieg kosmetyczny, ułatwiający pracę Polaków za granicą, swobodne podróżowanie, a także korzystniejsze finansowo „gotowanie brukselki”, jak to określił obrazowo obecny wicepremier Waldemar Pawlak.
Tymczasem jest to nieprawda. Prawdziwy interes Polski, zarówno cywilizacyjny, jak i kulturalny, znajduje się po stronie federacji europejskiej. Nie przypadkiem też Kaczyńscy czepiali się na forum europejskim wszelkich sposobów, z osławioną Joaniną włącznie, aby proces integrowania się Europy oddalić i utrudnić. Bo czy na przykład bez postępującej federacji możliwe jest wydobycie Polski z powrotem na pozycje państwa świeckiego? Nie wyobrażam sobie tego ani pod rządami Platformy, ani nawet LiD i jedynie nowoczesne laickie prawo europejskie zdolne jest naprawdę oddzielić religijność jako sferę prywatną od sfery publicznej. A przecież bez tego niemożliwy jest nowoczesny model oświaty i wychowania czy też prawdziwa tolerancja obyczajowa.
Bój o Europę federacyjną już się toczy, wygląda na to, że zwolennicy tej orientacji mają przewagę, choć postępują w tej mierze bardzo ostrożnie, małymi krokami. Czy nadal my będziemy naciskali na hamulec?
A przecież nie koniec na tym. Ludziom myślącym na serio o tych sprawach zalecałbym stanowczo regularną lekturę polskiej edycji miesięcznika „Le Monde Diplomatique”, jedynego pisma na naszym rynku, które tak poważnie i tak rzeczowo, głównie opierając się na przekładach tekstów francuskich, hiszpańskich i innych, pokazuje dzisiejszą Europę na tle dzisiejszego świata. Otóż – cóż tu ukrywać? – niemal w ostatniej chwili udało nam się wskoczyć na tratwę dobrobytu i praw człowieka, wypracowanych przez wieki zarówno kolonializmu, jak i uporczywych walk społecznych. Ale tratwa ta dzisiaj unosi się na coraz bardziej burzliwych falach. Nie jest już centrum świata, jakim była jeszcze sto lat temu, ponieważ centrum przesunęło się za ocean, gdzie zwycięża dzisiaj ideologia imperialnej siły zamiast humanistycznego współdziałania. Siła gospodarcza coraz wyraźniej przypływa zaś ku nowym kontynentom, Chinom czy Indiom. Za lata europejskiego szczęścia przychodzi także rachunek w postaci coraz silniejszej fali imigrantów, z Afryki, z Indii, z Wietnamu, z dawnych kolonii i nowych obszarów nędzy. Przed Europą staje więc dzisiaj historyczna misja, aby rozładować jakoś to ciśnienie, rozumiejąc, że jeśli pieniądze nie pójdą tam, gdzie jest nędza, to nędza przyjdzie tam, gdzie są pieniądze, a efekty tego są trudne do przewidzenia. Lecz tylko Europa we współczesnym świecie zdolna jest podjąć ten problem.
Czy naprawdę jesteśmy zdolni i gotowi, aby czynić to z nią razem, jak pięknie i zgodnie deklarujemy?

Wydanie: 48/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy