Film zwany pożądaniem

Film zwany pożądaniem

W każdym filmie ludzie jedzą, dlaczego więc nie mieliby się kochać? Przecież i to, i to robią codziennie

Aktorki nie chcą dublerek. Pokazują na ekranie zarówno własną twarz, jak i własną pupę. Ani to ekshibicjonizm, ani kokieteria. Życie.

Ideologia jest prosta. Sadyzm, zabijanie i krzywdę pokazujemy bez przysłony. A zaszkodzić miałby nam kawałek gołej skóry? Owszem, w świecie Zachodu seks pozostaje reglamentowany – zarówno przez prawo, jak i Kościoły oraz współmałżonka. Ale ta reglamentacja rozluźnia się z każdym rokiem. Kino wyciąga więc wnioski. Już nie do przyjęcia jest film „familijny”, w którym para małżonków w piżamach zapiętych pod szyję kładzie się obok siebie i natychmiast zasypia. Ale odpada też pornos, w którym harem wschodnich księżniczek czeka na jedno skinienie czarnoskórego hydraulika.

Seks szuka swojego miejsca na ekranie. Ale się nie rozpycha. Często figuruje w fabule na równi z myciem zębów, operatywką w pracy i tankowaniem na stacji. Czasami może więcej tu mgiełki i metafory niż w tankowaniu. Ale czasami też mniej.

No i ta kombinatoryka. Bo kanon pożądania nie istnieje. Jednego widza do białości rozpala obszerna blondynka, drugiego brunetka w formacie „z tyłu plecy, z przodu plecy”, a trzeciego cwałująca Walkiria. Jedne panie lubią czuć pod plecami chłód porannej trawy, drugie rozgrzaną blachę karoserii. Film rozumie, respektuje, nadąża. Na dowód zestawienie scen z udziałem wiodących dam ekranowych ostatnich lat. W elementarnych kategoriach. Na dowód, że nie spekulujemy.

Mężczyzna, który patrzy

Najpierw mistrzynie okazicielstwa. Miss powolnego rozpinania szlafroka to z pewnością Alex Kingston, która rozpina się od góry po ostatni guzik przed Seanem Beanem („Chłopcy z Essex”, 2000). Co się liczy podwójnie. A nie najgorsza pozostaje Ursula Andress, która (zgodnie z nazwiskiem i z tym, co zapowiadała w pierwszym „Bondzie”) zrzuca koszulkę w „Pielęgniarce” (1975).

Zaznaczamy, że jest to pielęgniarka prywatna, a nie personel publicznej służby zdrowia. A szkoda. Koszulki pozbywa się również Rebecca De Mornay na rzecz Toma Cruise’a w „Ryzykownym interesie” (1983). Źle zrobiła, bo potem uprawiają miłość na schodach i krawędzie stopni ostro wrzynają jej się w plecy, a tak miałaby nieco amortyzacji. Tego samego zdania byłaby zapewne Rene Russo, która szorowała schody plecami skutkiem zalotów Pierce’a Brosnana w „Aferze Thomasa Crowna” (1999). Inna sprawa, że były to dekoracyjne schody w wytwornej rezydencji. Marmur wybornie robi na skórę. Z Natashy Henstridge cienką satynową pościel zsuwa powoli, acz nieustępliwie niewidzialny gość z kosmosu („Gatunek”, 1995). Oblech galaktyczny!

Jeśli chodzi o paniczne zdzieranie z siebie biustonosza, waham się między Melanie Griffith („Dzika namiętność”, 1986) a Jennifer Tilly (biustonosz z czarnej skóry w „Zatańczyć w Błękitnej Iguanie”, 2000). Choć i Julie Andrews efektownie zdarła z siebie tę całkiem niepotrzebną szmatkę, i to w wystawianym właśnie musicalu („S.O.B.”, 1981). A Demi Moore strzeliła stanikiem w trakcie przygotowywania się do bardzo ważnego zadania policyjnego pod przykrywką roli striptizerki („Striptiz”, 1996), co obserwuje Burt Reynolds. Niestety, ślepy na jedno oko. Jednak nie zawsze można bezkarnie pokazywać biust. Siłę przyciągania ziemskiego dało się zaobserwować na przykładzie Pameli Anderson, która z odsłoniętą piersią zwisała głową w dół z cyrkowego trapezu w „Żylecie” (1995). A jej biust potwierdzał tezy Izaaka Newtona na temat grawitacji.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 1/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy