Gestapo

Gestapo

W PRZEGLĄDZIE (nr 50/2014) ważny i bardzo potrzebny artykuł o współpracy Polaków z gestapo w dobie okupacji. Ważny, gdyż historia lat 1939-1945 w Generalnej Guberni serwowana jest nam w sposób wyidealizowany i w konsekwencji zakłamany. Młodzież wynosi ze szkół wrażenie, że nieposzlakowany naród stał murem w walce z najeźdźcą, a kolaboranci, donosiciele, szmalcownicy, tropiciele Żydów, mordercy z Jedwabnego to zaledwie nic nieznaczący margines. Taka wizja dziejów pozwala nam z jednej strony wywyższać się nad inne nacje, lecz z drugiej – paradoksalnie – umniejsza heroizm bojowników ruchu oporu, dla których zagrożeniem był nie tylko Niemiec, ale nierzadko również sąsiad, dozorca, wścibska baba z naprzeciwka. Nie to jednak skłania mnie do uzupełnienia dossier Krzysztofa Wasilewskiego paroma refleksjami.

Geheime Staatspolizei (gestapo) utworzył Herman Göring w 1933 r. w Prusach w ramach walk wewnątrzpartyjnych. Nie liczyło się tu specjalnie, kto jest kompetentny i wykwalifikowany do pracy w policji politycznej. Istotne były wierność i ewentualnie najbrutalniejsze zastraszenie, a nie realna skuteczność. Ten grzech pierworodny przeniosło ze sobą gestapo do krajów okupowanych. Jego funkcjonariusze nie tylko w większości nie znali języków ludności poddanych sobie ziem, lecz także nie mieli pojęcia o ich tradycji i kulturze. W zebranych przez Christiana Bernadaca („La Gestapo”, Paryż 1982) świadectwach widzimy, jak mało rozumieli oni ze świata, którym mieli władać.

Opowiadali mi tata i mama, i jeszcze mnóstwo innych ludzi, więc jest to jakaś próbka socjologiczna, że w Wilnie nawet najgłupsza przekupka mogłaby od razu wskazać, kto jest w konspiracji. Punktem honoru chłopaków z AK były futrzana burka ku pamięci tamtych z 1863 r., długie wojskowe buty plus furażerka albo rogatywka. I dziewczyny, te dziewczyny, które ich za to kochały. – Nie uwierzysz – mówił mi tata – ale jedna nawet do mnie się przytuliła, bo miałem w teczce ulotki. Skąd wiedziała o zawartości teczki? Po pierwsze, znała faceta, który mi je opchnął, po drugie, teczka była przepakowana, więc coś tam wypadało na ulicę…

W znakomitym filmie „Giuseppe w Warszawie” w reżyserii Stanisława Lenartowicza, ze scenariuszem Jacka Wejrocha, zdenerwowana dozorczyni mówi zagubionemu konspiratorowi: „Nie tutaj, tajne kursy podchorążówki odbywają się na trzecim piętrze”. Jest to parodia, kpina, która odzwierciedla jednak rzeczywistość. Poziom konspiracji był w polskim (i nie tylko) ruchu oporu dalece względny. Fakt, że gestapo nie umiało z tego skorzystać, tłumaczą dwie rzeczy. Brutalizm i fanatyzm służb niemieckich był tak daleko posunięty, że budził elementarny sprzeciw nawet tych nielicznych, którzy opowiedzieliby się za faszyzmem, ale mieli swoją wizję choćby niedemokratycznego, lecz nie gwałconego świata. Te wszystkie donosy pisane są z błędami ortograficznymi, o gramatyce nie wspomnę. To listy lumpenproletariackiej kanalii. Oczywiście były i inne. Co w nich wspólnego?

W badaniach holenderskich czy francuskich nad okupacyjnym donosicielstwem pojawia się – a dokumenty Krzysztofa Wasilewskiego to potwierdzają – ten sam wątek. Listy do „Pana Gestapo” są w 90% anonimowe. Termin kolaboracja oznacza współpracę. Ostatecznie dałoby się podeń podciągnąć sytuację, w której ja zdradzam, a w zamian za to oczekuję od zbrodniarzy lepszego traktowania, oszczędzenia rodziny itp. Nic z tych rzeczy. Donosy, bez których prymitywne gestapo byłoby prawdopodobnie najzupełniej bezsilne (myli się Wasilewski, twierdząc, że pod koniec wojny amatorów zastępowali w nim profesjonaliści – niech przeczyta choćby norymberskie zeznania Neubachera, Hoffmanna, Ohlendorfa czy samego Kaltenbrunnera), były w ogromnej większości zupełnie bezinteresowne w tym przynajmniej sensie, że nie chodziło w nich o uzyskanie konkretnej korzyści, tylko o zaszkodzenie bliźniemu na skutek zazdrości, zawiści, częściej może jeszcze poczucia się kimś ważnym, kto decyduje o czyjejś tragedii i śmierci. I to jest bodaj najdramatyczniejsza lekcja z dziejów pomocy mordercom. Według AK, do gestapo donosiło ok. 60 tys. Polaków, w samym Krakowie, pisze Wasilewski, „mogło liczyć na pomoc niemal tysiąca agentów”. Problem w tym, że nie byli to żadni agenci. To była pani Hania, która miała za złe pani Krysi zza przecznicy, panu Romkowi z naprzeciwka, a Żydom to już w ogóle. To jest opowieść o naszym człowieczeństwie. Owszem – powtarzam – bardzo ważne jest nareszcie obiektywne rozliczenie się z przeszłością. Ważniejsze może jednak jest spojrzeć, ilu agentów, lustratorów, „świadków koronnych”, pseudohistoryków jest pośród nas. Czy należy słuchać pani Hani, czy może oczekiwać na światełko w nieprawdopodobnym tunelu? Od nas to tylko zależy.

Wydanie: 5/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

  1. Obywatel
    Obywatel 4 lutego, 2015, 09:49

    Polacy – jak powszechnie wiadomo – najbardziej cieszą się z czyjegoś nieszczęścia. Stąd tak wielka we współczesnej Polsce ochotnicza armia donosicieli i autorytarnego gestapo. „Karać”, „zamykać”, „zlinczować” – to ich główne hasło i program naprawczy. Populistyczna prawica na tym korzysta – nie musi zajmować się realnymi problemami, wystarczy, że zorganizuje polowanie na czarownice i obieca „zaprowadzenie porządku”. Jeśli demokracji mają bronić prokuratorzy z policją, to marna musi być kondycja owej demokracji. I tak zamiast walki z bezrobociem, mamy walkę z „bestiami”, dopalaczami i wszelkim moralnym „złem”.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy