Gorzej niż czarny scenariusz

Gorzej niż czarny scenariusz

Grzegorz Napieralski i jego zaplecze swoimi decyzjami zaskakiwali władze i wyborców Sojuszu

Miał być trójskok. Zaczęło się nadspodziewanie dobrze, od blisko 14% poparcia dla Grzegorza Napieralskiego w wyborach prezydenckich w czerwcu 2010 r. W listopadzie wyniosło ono już ponad 15% w wyborach do sejmików wojewódzkich. Ten wynik często jest pomijany przez komentatorów. Niezależnie od przegranej z PSL, mógł być traktowany jako prognoza silnej pozycji SLD w nowym Sejmie. Trzeci skok był jednak fatalny. Wypchnął SLD poza polityczne podium. Dlaczego, mówiąc językiem miłośników wędkarstwa, tak dobrze żarło, a zdechło? Zaplecze skupione wokół Grzegorza Napieralskiego popełniło w ciągu ostatniego roku wiele błędów.

Eventy zamiast idei

Napieralski przejdzie do historii nie tylko jako symbol największej klęski wyborczej w dziejach SLD, lecz także jako lider, który nie potrafił stworzyć normalnie funkcjonującego zespołu kierowniczego. Formalnie powinien mieć pięciu zastępców, tymczasem po katastrofie smoleńskiej miał ich już tylko dwoje, i to tylko w teorii, bo Longin Pastusiak de facto wycofał się z polityki, a Katarzynę Piekarską przewodniczący uznał za przeciwnika i nie konsultował się z nią.
W ten sposób partia była zarządzana jednoosobowo i chaotycznie. W siedzibie SLD powszechna stała się postawa, że nikt nic nie wie, a szefa nie ma. Odkryto też ze zdumieniem, że można na umówione spotkania się spóźniać bądź w ogóle nie przychodzić, co praktykował Napieralski.
Zamiast normalnych procedur w SLD zaczęły funkcjonować różne nieformalne grupki, w których podejmowano decyzje. Kto miał dojście do przewodniczącego, ten był ważny.
Dojście na pewno miał Włodzimierz Czarzasty, jeden z autorów zwycięstwa Napieralskiego nad Olejniczakiem. On był jego kluczowym doradcą, razem planowali działania polityczne.
Niespodziewanie przed wyborami panowie się pokłócili, Napieralski nie umieścił Czarzastego na listach wyborczych. Czy dlatego, że przestraszył się jego rosnących wpływów? Pewnie tak, choć bardziej prawdopodobna jest wersja, że zadecydował o tym Radosław Nielek.
Nielek to prawa ręka Napieralskiego jeszcze z czasów szczecińskich. Gdy Napieralski został sekretarzem generalnym SLD, obok niego na ul. Rozbrat pojawił się też ów blondyn z plecaczkiem.
Miał wielkie wpływy. Swego czasu głośno było o konflikcie Napieralskiego z Lechem Nikolskim, który pełnił wtedy funkcję zastępcy sekretarza generalnego. Konflikt ten zaczął się od wojny Nikolskiego z Nielkiem. I od tego czasu SLD-owski weteran znalazł się na celowniku Napieralskiego.
Podobnie było z innymi pracownikami, w końcu więc padło też na Czarzastego.
Można zapytać, dlaczego tak późno. Nielka od Czarzastego różni wszystko. Jest niezwykle drażliwym introwertykiem, niepotrafiącym rozmawiać z ludźmi i nieustannie podkreślającym własną mądrość. Być może to powodowało, że bardzo się starał ukrywać swoją rolę u boku Napieralskiego. I każdy artykuł, w którym pojawiło się jego nazwisko, budził jego wściekłość.
Nielek był mózgiem Napieralskiego, jego suflerem, autorem politycznych strategii. To on miał wymyślić koncepcję, by kampanię oprzeć na eksponowaniu Napieralskiego jako męża stanu. To on też de facto prowadził ostatnią kampanię wyborczą, niemal jednoosobowo.
Ludzie, którzy z nim rozmawiali, wspominają, że były to dziwne rozmowy, mało sympatyczne. Nielek prowadził je, patrząc w ekran komputera albo telefonu i wolno cedząc słowa, opowiadał jakieś banały takim tonem, jakby odkrywał Amerykę.
– Na Napieralskim robiło to pewnie wrażenie mądrości – mówi z przekąsem jeden z partyjnych weteranów.
Nielek to informatyk, pracuje w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych. Nic więc dziwnego, że kilka tygodni przed wyborami pocztą pantoflową rozeszła się wieść, że Napieralski w nowym rządzie z PO będzie chciał zaklepać dla SLD nowe Ministerstwo ds. Informatyzacji. Wiadomo było, za czyim podszeptem to robił i dla kogo miał być szykowany nowy urząd.
Według polityków SLD, Nielek w zasadzie jednoosobowo kierował ostatnim miesiącem kampanii. I zwyczajnie się pogubił. Zresztą zarzut braku kolegialności często pojawia się w rozmowach z politykami SLD.
Nielek był sztabowcem numer 1 u Napieralskiego, nieco dalej stali zaś Tomasz Kalita i Łukasz Naczas.
Kalita to rzecznik prasowy partii, którego Napieralski zapisał na pierwszym miejscu listy SLD w Krakowie, co skończyło się kompromitacją. Jego działka to polityka medialna. Politolog Kalita na ul. Rozbrat pracuje od lat. Przez długi czas miał opinię osoby ideowej. Gdy jego rówieśnicy biegali z teczkami za SLD-owskimi ministrami czy posłami, on zajmował się programem. Koordynował prace nad Konstytucją Programową SLD. Punktem zwrotnym w jego karierze stało się objęcie funkcji rzecznika prasowego, jeszcze za czasów Wojciecha Olejniczaka. Kalita szybko przeszedł do obozu Grzegorza Napieralskiego. Starał się prowadzić politykę promowania w mediach osób bliskich nowemu liderowi. Jednocześnie z osoby uważającej, że polityka to starcie idei, zmienił się w wyznawcę teorii głoszącej, że polityką rządzą eventy, obrazki i bon moty.
Drugi najbliższy współpracownik Napieralskiego, Łukasz Naczas, to radny SLD w Gnieźnie i kierownik Biura Medialnego SLD. Jest twórcą TVSLD, skończył Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na kierunku politologia. Jeśli w Kalicie zostały resztki przekonania, że w polityce liczy się program, to Naczas nigdy takich przekonań nie podzielał. Dla niego polityka niewiele się różni od promocji pasty do zębów. W dodatku jego pomysły nie zawsze są fortunne. Po raz pierwszy zyskał rozgłos, gdy w kampanii prezydenckiej stworzył stronę SuperSzmaja.com, na której można było zobaczyć Jerzego Szmajdzińskiego w stroju pluszowego misia, pilota czy tenisisty. Naczas uczył się marketingu politycznego w Stanach, pomagał podczas kampanii Baracka Obamy. Na grunt polski przeszczepił z Ameryki tylko te rozwiązania, które są czystym marketingiem, pozbawionym ładunku politycznego. Nie zauważył, jak wielkim ciosem w Obamę był niejaki Wurzelbacher, hydraulik Joe, tzw. zwykły człowiek, który wygarnął kandydatowi Demokratów, co myśli o jego programie. W obecnej kampanii pojawił się idealny kandydat na polski odpowiednik hydraulika Joe. Jednak Staszka Paprykarza wykorzystało PiS. Naczas kreował się na specjalistę od nowych technologii i mediów społecznościowych, tymczasem strona internetowa SLD czy profil partii na Facebooku zbierały niskie oceny w przedwyborczych rankingach sporządzanych przez ekspertów. W ocenie serwisu Wirtualne Media gorsza była tylko strona Ruchu Palikota. Naczas błyszczał w kampanii kolorowymi teledyskami, fantazyjnie przebranymi współpracownikami i nowoczesnymi gadżetami. Najbardziej jednak błysnął wywiadem, który przeprowadził z nim dziennikarz „Rzeczpospolitej”, Robert Mazurek. Przyznajmy – mało jest polityków, którzy po przeczytaniu zapisu swojej rozmowy z Mazurkiem zachowaliby pogodę ducha. Naczas jednak został przez prawicowego dziennikarza zgrillowany. Pytany o koszty jego propozycji programowych, odsyłał Mazurka do „wyliczeń w internecie”. Na ironiczny docinek dziennikarza: „Nie przyszło panu do głowy zaproponować załogowe loty na Księżyc?”, odpowiadał z pełną powagą: „Panie redaktorze, ja już mówiłem, że nakłady na naukę i badania powinny wzrosnąć”. Nic dziwnego, że wywiad krążył w Sejmie, bynajmniej nie w ramach uznania dla wypowiedzi Naczasa. Krążyła też plotka, jakoby młody polityk uznał, że w wywiadzie wypadł tak dobrze, że autoryzację uznał za zbyteczną… Naczas, pomimo kosztownej i barwnej kampanii, nie dostał się do Sejmu. Startował jako jedynka z okręgu Konin, zdobył niecałe 4 tys. głosów. Wyprzedził go wieloletni poseł, specjalizujący się w polityce społecznej, Tadeusz Tomaszewski (ponad 11 tys. głosów). Gdyby Sojusz wziął w tym okręgu drugi mandat (a tak było przed czterema laty), zdobyłby go nie Naczas, lecz Elżbieta Streker-Dembińska.
Z kolei w partii Napieralski opierał swoje wpływy na gronie młodych działaczy, których znał jeszcze z czasów młodzieżówki. I to ich ciągnął w górę, dając im najlepsze miejsca na liście.
W SLD mówiono więc o grupie towarzyskiej, trzymającej partię i wspólnie biesiadującej – obok Napieralskiego tworzyli ją Tomasz Kamiński, szef rzeszowskiego SLD, Tomasz Karolczak, Sławomir Kopyciński (stąd tak wielkie zaskoczenie, że przeszedł do Palikota) i Leszek Aleksandrzak.
To była (i jest) kadra Napieralskiego. Aleksandrzak jest dziś jego kandydatem na szefa SLD. Jest też jednym z wiceprzewodniczących klubu parlamentarnego, i to tym równiejszym, bo to jemu Leszek Miller przekazał prowadzenie klubowych spraw. To bardzo czytelnie wyjaśnia, dlaczego Miller wygrał wybory na szefa klubu SLD…

Żółtodzioby w polityce

Debata Rostowski-Napieralski miała być dla SLD punktem zwrotnym kampanii. Podczas owej debaty jak w soczewce skupiło się postrzeganie polityki przez sztabowców z drużyny Napieralskiego. Jaki był ich plan? Na debatę przyjdziemy ze Stanisławem Gomułką, osobistym antagonistą Rostowskiego. Ten zrobi wielkie oczy, może sprowokowany rzuci coś głupiego do kamery. Następnie te kamery się wyprosi. Obrazek pójdzie w świat. Żadnej debaty o gospodarce na oczach milionów telewidzów. Plan może i sprytny, ale zakładający absolutną bierność przeciwnika. Rostowski zdecydował się na kontrakcję i godzinę przed debatą zwołał konferencję prasową. Na to sztabowcy z otoczenia Napieralskiego nie mieli odpowiedzi. Planowali tylko jeden ruch naprzód. Pokazali, że może i są niezłymi graczami w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach, ale w wielkiej polityce dali się ograć jak żółtodzioby.
Debata Rostowski-Napieralski była też klęską ideową. Napieralski szedł do władzy w SLD pod hasłem zwrotu na lewo. Zwrot dokonywał się chyba wokół własnej osi, zakończył się bowiem w objęciach BCC. SLD był jedyną partią, która podpisała pakt z tą skrajnie neoliberalną organizacją przedsiębiorców. Nikt nie wpadł na pomysł, aby – jeśli już koniecznie chce się pozyskiwać BCC – podpisać pakt trójstronny, również ze związkami zawodowymi. Wówczas SLD mógłby prezentować siebie jako nowoczesną socjaldemokrację, szukającą umowy społecznej na wzór np. skandynawski. Stało się wręcz przeciwnie, związki zawodowe zwyczajnie olano. – Chcieliśmy podpisać z SLD umowę, jak zawsze. Odpowiedziano nam, że to nie ma sensu, że i tak współpracujemy – mówi jeden ze związkowców. – Po kilku tygodniach zrozumieliśmy dlaczego. Słowa, jakimi komentowano w siedzibie OPZZ pakt z BCC, nie nadają się do cytowania – dodaje. Potem próbowano ratować sytuację. Jan Guz pojawił się na konwencji wyborczej. Ale Rada OPZZ wydała apel, w którym wezwała do głosowania tylko na kandydatów związkowych: „Jeśli w waszym okręgu nie ma związkowców – zostańcie w domach”.
Pakt z BCC zdradza też przedziwną, acz rozpowszechnioną w SLD wiarę, że na tę partię gremialnie zagłosują prywatni przedsiębiorcy. Jest to wiara niemająca pokrycia w rzeczywistości. Sondaż opublikowany kilka tygodni temu w „Dzienniku Gazecie Prawnej” pokazywał, że biznesmeni chętniej niż na SLD głosują nawet na PSL. Wybory potwierdziły te obserwacje. W grupie prywatnych przedsiębiorców poparcie dla SLD wynosiło niewiele ponad 5%. W grupie pracowników administracji – 10%. Nie przez przypadek cała zachodnia socjaldemokracja kieruje swój program właśnie do tej grupy. SLD od czasów Millera z uporem maniaka kieruje swoją ofertę do biznesu. Nikt z otoczenia Napieralskiego podczas kampanii wyborczej nie był w stanie skorygować tego błędu. W efekcie o tym, że to SLD wprowadził liniowy CIT, w kampanii słyszeliśmy niemal codziennie. Natomiast o tym, że rząd PO zamroził płace w budżetówce, słyszeliśmy bardzo niewiele. To błąd strategii wyborczej, który siłą rzeczy obciąża nie tylko sztab wyborczy, lecz także samego Napieralskiego. O podpisaniu paktu z BCC członkowie Zarządu Krajowego SLD dowiedzieli się z mediów lub od posłów innych partii. To najwięcej mówi o stylu funkcjonowania Sojuszu pod rządami Napieralskiego.
Osoby z SLD, które krytycznie podchodziły do paktu z BCC, jeszcze na początku września odetchnęły z ulgą, że informacja nie przebiła się do świadomości społecznej. Pakt podpisano bowiem w dniu śmierci Andrzeja Leppera. Ta tragiczna wiadomość odwróciła uwagę od błędu SLD. Błędu, który część otoczenia Napieralskiego uważała za genialny pomysł. Ci, którzy liczyli na ciszę po śmierci Leppera, zawiedli się. Pakt odkurzył minister finansów Jacek Rostowski. Aż żal było patrzeć, jak podczas debaty z Napieralskim były członek brytyjskiej Partii Konserwatywnej atakuje SLD za brak wrażliwości społecznej. Przewodniczący był bezradny, gdy został zaatakowany z lewej flanki. Klęski dopełnił fakt, że Napieralski zdawał się nie do końca wiedzieć, czym jest np. podatek katastralny, którego chęć wprowadzenia zarzucał SLD Rostowski. Reakcji nie było. Na pakcie z BCC kilka dni później potknął się także jego orędownik Leszek Miller, biorący udział w debacie gospodarczej w TVN 24. Chociaż media od trzech dni trąbiły o zapisach paktu SLD-BCC, były premier beztrosko odparł, że on tego dokumentu nie zna. Nie miał czasu czy nie chciało mu się nadrobić programowych zaległości?
W polityce można być albo ideowcem, albo cynicznym graczem. Jeśli jest deficyt idei, a w grze pozostają zawodnicy z wyższej ligi, sytuacja staje się tragiczna. Przyjście z Gomułką było fatalnym błędem – to jeden z najbardziej radykalnych neoliberałów, piewca podatku liniowego i cięcia wydatków socjalnych.

Kołodko zamiast Gomułki

Zamiast Gomułki wypadało zabrać na dyskusję z Rostowskim prof. Grzegorza Kołodkę. Nie dość, że ten ekonomista ma poglądy nieporównywalnie bliższe lewicy, to jeszcze jest pierwszorzędnym showmanem. Jeśli Kołodko nie chciał walczyć z Rostowskim, to należało zwrócić się do licznego grona jego współpracowników. Od momentu upadku banku Lehman Brothers rozpowiadano, że nad programem gospodarczym SLD pracuje grupa uczniów Kołodki. Jeśli tak było, to wielki plus dla kierownictwa SLD. Pytanie, dlaczego nie skorzystano z ich wiedzy, gdy przyszedł czas najważniejszego starcia.
Z prof. Kołodką wiąże się jeszcze jedna kampanijna historia. Przed debatą z Rostowskim Napieralski spotkał się z byłym wicepremierem w jego mieszkaniu. Miał to być rodzaj ekonomicznych korepetycji. Osoby z otoczenia lidera SLD wpadły na pomysł, że zrobią z tego tzw. ustawkę. Fotoreporter zrobi zdjęcia, a czytelnicy jednego z tabloidów przeczytają, że Napieralski przygotowując się do debaty, korzysta z porad jednego z najwybitniejszych polskich ekonomistów. Pomysł wyborny. A wykonanie? Fotoreporter nie wszedł na teren osiedla, gdzie odbywało się spotkanie. Czyżby dlatego, że zapomniano uprzedzić prof. Kołodkę o tym, że następnego dnia może zobaczyć swoje zdjęcie w tabloidzie, a próba postawienia go przed faktem dokonanym nie bardzo przypadła mu do gustu? Tzw. ustawki to specjalność Kality. Słynie on z dobrych relacji z dziennikarzami „Faktu” i „Super Expressu”. W tych tabloidach mogliśmy zobaczyć Napieralskiego na basenie, z rodziną, na zakupach. Treść została wyparta przez obrazek.
Powszechny jest pogląd, że kierowanie kampanią na ostatniej prostej przerosło możliwości najbliższego otoczenia Napieralskiego. I nie wszystko można zrzucić na trudne okoliczności zewnętrzne. To dla doświadczonego obserwatora polityki nie powinno stanowić większego zaskoczenia. Atak ze strony PO? Przecież od co najmniej roku było jasne, że główna walka o wyborców rozegra się między PO a SLD. Między PO a PiS nie ma przepływu elektoratu. Między PO a SLD jak najbardziej jest. Było więc jasne, że w tej kampanii ze strony PO nastąpi mocne uderzenie w SLD. Sztabowcy Sojuszu wydawali się tym faktem zaskoczeni. Pierwsze kilka ciosów ich zamroczyło. Nie było żadnych sensownych reakcji, o kontratakach nie wspominając. Ale idźmy dalej. Platforma podbiera polityków? A czy to nowość w praktyce tej partii? Bez problemu można było nawet wytypować tych, na których PO zagnie parol. Trzeba to było zrobić, a potem na bardziej wartościowych chuchać i dmuchać. Zamiast tych zabiegów były kolejne bokserskie zamroczenia. Zaplecze Napieralskiego nie wiedziało, co się dzieje.
Największym problemem SLD była jednak wielka niestabilność programowa czy – mówiąc językiem marketingu politycznego – niestabilność przekazu. W styczniu Sojusz jawił się wyborcom jako obrońca usług publicznych, obrońca prawa do podróżowania kolejami w godnych warunkach. W sondażach poparcie skoczyło do 18%. Wydawało się, że wreszcie Sojusz trafił w dziesiątkę. Wiele wskazuje, że tak właśnie było. Nic, tylko dalej drążyć temat, zająć się innymi usługami publicznymi: edukacją, opieką zdrowotną itp. Co zrobiono? Zwrot w stronę spraw światopoglądowych. Najpierw były związki partnerskie, potem aborcja. „Gazeta Wyborcza” chwaliła. Tyle że sondaże powoli oddalały się od 18%. Zatem nastąpił zwrot. Przyjęto, że twardy elektorat nie ceni spraw światopoglądowych i postanowiono te tematy wyciszyć. Jednak już wówczas zaczął się rozpędzać Ruch Palikota. Na to wszystko nałożyła się sinusoida stosunku do PiS. Najpierw Sojusz skupiał się na waleniu w rząd jak w bęben przy jednoczesnym ignorowaniu PiS. Potem Napieralski na jednej konferencji prasowej z Kaliszem stawiał Kaczyńskiego i Ziobrę przed Trybunałem Stanu. Po chwili znowu wróciła retoryka, że PO „nie buduje dróg”. I to wszystko w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Pełen miszmasz na oczach zdezorientowanego elektoratu, i to w sytuacji nieposiadania sympatyzujących mediów, które potrafią (jak w przypadku PO) zracjonalizować każdy taktyczny zakręt, a nawet serpentynę.
To właśnie wpływy SLD w TVP były jednym z kluczy do sukcesu kampanii prezydenckiej Napieralskiego. Wszak była to typowa kampania wizerunkowa. Media publiczne życzliwe SLD siłą rzeczy w życzliwym tonie prezentowały rozdawanie jabłek przed fabryką o szóstej rano. Wówczas wpływową postacią na Woronicza był Włodzimierz Czarzasty, przez lata jeden z najbliższych współpracowników Napieralskiego. Bliskimi doradcami Napieralskiego z grona ludzi mediów byli także Przemysław Orcholski i oczywiście Rafał Rastawicki, były dyrektor telewizyjnej Dwójki. Rastawicki, zanim jeszcze zawarto medialny pakt PiS-SLD, widywany był w siedzibie SLD i traktowany jako medialny doradca przewodniczącego oraz główny sufler, jeśli chodzi o sprawy mediów. Rastawicki celował początkowo w stanowisko członka zarządu TVP, a gdy to się nie udało, zadowolił się Dwójką. I to był początek końca jego wpływów, ponieważ przekształcił program w nieustający festiwal kabaretów, potańcówek i wygłupów. W takim programie nie było miejsca na jakąkolwiek myśl lewicową, nie mówiąc już o ludziach tej formacji. Gdy więc nowy zarząd TVP rozstawał się z Rastawickim, nikt z SLD go nie żałował.
Od czasu kampanii prezydenckiej trochę się jednak na Woronicza zmieniło. Wpływy lewicy (czy raczej Ordynackiej) zostały zmarginalizowane. Twórcy kampanii wyborczej SLD jakby nie zauważyli, że rzeczywistość przeszła metamorfozę, że życzliwych dziennikarzy z Woronicza już nie ma. A jeśli zauważyli, to nie byli w stanie dostosować metod prowadzenia kampanii do nowej rzeczywistości. Trudno powiedzieć, co jest bardziej obciążające. Swoją drogą nie można też zrzucać winy za klęskę na barki mediów. Owszem, raporty Fundacji Batorego jasno pokazywały, że media – szczególnie te prywatne – w sposób tendencyjny informowały o działaniach SLD w kampanii. Tyle że takie tłumaczenie byłoby dobre, gdyby SLD dostał np. 13% głosów, a Napieralski musiałby się tłumaczyć, dlaczego nie 15%. Ośmioprocentowe poparcie niejako unieważnia ten argument. Miesiącami zastanawiano się, czy Czarzasty będzie obciążeniem dla list SLD. „Gazeta Wyborcza” widziała w nim demiurga kierującego Napieralskim i partią. Ostatecznie Czarzasty na listach, głównie za radą Nielka, się nie znalazł. Wówczas Czarzasty zapałał do Napieralskiego nienawiścią. Podobnie jak do Olejniczaka, który nie wpuścił lidera Ordynackiej na listy w 2005 r. Niegdysiejszy doradca Napieralskiego chce teraz przewodzić rozliczeniom i odnowie.

Teraz zero

Pierwsze wrogie ruchy ze strony Ordynackiej pojawiły się już podczas układania list wyborczych. W Wałbrzychu ze startowania z pierwszego miejsca listy SLD zrezygnował członek Ordynackiej, Sergiusz Najar, były szef Citibanku w Republice Czeskiej. Najar był jednym z doradców ekonomicznych Napieralskiego. Na przykładzie niegdyś Czerwonego Wałbrzycha można zobaczyć, jak tragiczne w skutkach były błędy popełnione w ostatnich miesiącach. Najpierw wycofał się Najar. Jedynki w spadku po nim nie otrzymał poseł Henryk Gołębiewski. W efekcie wycofał się z wyborów. Na listę nie wciągnięto też antagonisty Gołębiewskiego, Mirosława Lubińskiego, lekarza i byłego senatora SLD i SdPl, któremu w zeszłym roku w wygraniu wyborów prezydenckich w Wałbrzychu przeszkodził tylko proceder kupowania głosów przez ludzi związanych z Platformą. Lubiński chciał wzmocnić listę i wystartować z ostatniego miejsca. Nie otrzymał takiej propozycji. Szkoda. W sierpniu w powtórzonych wyborach prezydenckich sam zdobył w Wałbrzychu więcej głosów niż cała lista SLD w październiku. W efekcie tych układanek zabrakło kilkuset głosów, aby zdobyć chociaż jeden mandat. Lewica w mieście z tak gigantycznymi problemami społecznymi jak Wałbrzych powinna uzyskiwać poparcie dające kilka mandatów. Teraz nie ma żadnego. Katastrofalny wynik SLD miał również w innym bastionie lewicy. W Zagłębiu Dąbrowskim Sojusz przegrał z Ruchem Palikota i zdobył jeden mandat poselski. Otrzyma go startujący z dwójki Witold Klepacz. Jedynka została zarezerwowana dla Kazimierza Karolczaka, człowieka Napieralskiego, nowego skarbnika, który kilka miesięcy przed wyborami zastąpił wieloletniego skarbnika SLD, Edwarda Kuczerę. Pomimo poparcia Napieralskiego Karolczak dostał mniej głosów od Klepacza i w Sejmie się nie znajdzie. Ten ostatni będzie zaś SLD-owskim rodzynkiem w Czerwonym Zagłębiu. Dodajmy, czerwonym nie tylko z nazwy. Jeszcze w listopadzie zeszłego roku kandydaci SLD wygrali wybory samorządowe w trzech miastach prezydenckich Zagłębia: w Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej i Będzinie.
Zresztą start skarbnika z Sosnowca był błędem samym w sobie. Podobnie jak start rzecznika prasowego Tomasza Kality w innym okręgu niż Warszawa. Szef sztabu Stanisław Wziątek startował z Koszalina. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego krytykowano model, w którym szef sztabu jest jednocześnie kandydatem. Nie wyciągnięto jednak wniosków. Efekt był taki, że „funkcyjni” zamiast na kampanii ogólnopolskiej, ze szkodą dla partii skupiali się na swojej kampanii w odległych okręgach.
Większość protegowanych Napieralskiego startujących z jedynek łączy to, że nie dostali się do Sejmu. Problem polega na tym, że do Sejmu dostało się także niewiele świeżej krwi. Na listach SLD znalazło się kilka osób mogących stanowić potencjalne intelektualne wsparcie dla klubu poselskiego. Posłów SLD zabraknie w 15 z 41 okręgów wyborczych. Bilans rządów Grzegorza Napieralskiego w partii trudno ocenić inaczej niż negatywnie. Zadaniem dla nowych władz Sojuszu będzie podzielenie słabości Sojuszu na te, za które odpowiada ekipa Napieralskiego, i te, które mają znacznie starszy rodowód. Pozbycie się tych pierwszych będzie stosunkowo łatwe. Wyeliminowanie tych drugich stanie się prawdziwym wyzwaniem. Od jego skutecznej realizacji zależy być albo nie być SLD.

Wydanie: 44/2011

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy