Gowin otwieracz

Gowin otwieracz

Każdy jest za deregulacją zawodów, byle nie swojego – Ja nie jestem tutaj po to, żeby trwać, lecz żeby realizować zadania postawione mi przez premiera – mówi Jarosław Gowin o pracy, a raczej, jak przystało na „człowieka z niespotykaną szajbą do reform”, o misji w resorcie sprawiedliwości. Jak konkretnie ma wyglądać realizacja jego najnowszego i chyba najważniejszego zadania? Dla przykładu ktoś, kto chce obecnie zostać bibliotekarzem, musi mieć wyższe wykształcenie, dwa lata stażu pracy w bibliotece naukowej, dwie publikacje z zakresu bibliotekoznawstwa w „wydawnictwach recenzowanych” (czyli bardziej poważanych), certyfikat znajomości jednego języka obcego, a co najważniejsze, musi zdać egzamin – ogólny i specjalistyczny – przed komisją powołaną przez Ministerstwo Nauki. W przyszłości – zostanie sama konieczność ukończenia studiów. Pozostałe wymogi będą zniesione. Dziś też nie są zresztą potrzebne do niczego poza ograniczaniem dostępu do tego fachu. Wszystkie umiejętności potrzebne do pracy w bibliotece można bowiem uzyskać, podpatrując wcześniej zatrudnionych kolegów. Jeśli zechcemy teraz pełnić odpowiedzialną funkcję egzaminatora na prawo jazdy, musimy ukończyć studia, odbyć specjalny kurs, zdać egzamin, od sześciu lat mieć prawo jazdy, nie być karanym za przestępstwa komunikacyjne, przestępstwa przeciw życiu i zdrowiu, jazdę po pijaku, gwałt i molestowanie. Gdy nastąpi deregulacja – poprzeczka zostanie obniżona do matury i posiadania prawa jazdy od trzech lat. Pozostałe warunki się nie zmienią. Dziś, żeby zostać pilotem wycieczek, trzeba przejść szkolenie teoretyczne i praktyczne, zdać egzamin przed komisją powołaną przez marszałka województwa, mieć zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia i o niekaralności. Potem wystarczy sama niekaralność. Na wodzie pisane Minister sprawiedliwości, chcąc porozbijać te i wiele innych barier, wziął się do zadania na pozór efektownego, ale w istocie żmudnego, wymagającego wiele uporu i konsekwencji. Przy ułatwianiu dostępu do pierwszych 49 zawodów nie ma bowiem miejsca na błyskotliwą wymianę argumentów, jak choćby w przypadku debaty o podniesieniu wieku emerytalnego, kiedy to rozważano rozliczne za i przeciw zaczerpnięte z wielu dziedzin życia. Gdy przyjdzie pracować nad przygotowanym w resorcie sprawiedliwości projektem ustawy deregulacyjnej, która uchyla przepisy 25 ustaw przeciwnych, czyli regulacyjnych, trzeba będzie toczyć uciążliwe, grzęznące w szczegółach spory – o to, czy może w takim lub innym przypadku zostawić wymóg odbycia kursu kwalifikacyjnego, czy nie lepiej skrócić okres koniecznej praktyki tylko o pół roku zamiast o rok albo czy jednak, z ważnych względów, nie pozostawić dotychczasowego egzaminu. A partnerów do rozmów jest aż nadto – na liście organizacji, z którymi mają być prowadzone konsultacje, znajduje się kilkaset podmiotów. Nie zmienia to faktu, że projekt przepisów szerzej uchylających wrota do 49, a później może i do ponad 200 profesji trafia w nadzieje wielu Polaków. Bo większość z nas pragnie żyć w kraju, gdzie o tym, czy można mieć atrakcyjną pracę, decydować będą autentyczne kwalifikacje, a nie labirynt kursów, egzaminów i licencji, dostępnych tylko dla wybranych, spokrewnionych z tymi, z którymi trzeba, należących do odpowiedniej grupy towarzyskiej. Wiadomo, układy są wszędzie i zawsze. Ale jeśli można sprawić, że zaczną mieć mniejsze znaczenie, to należy próbować. W sferze mentalnej idea deregulacji odniesie więc sukces i zdobędzie dusze Polaków. Czy będzie skuteczna także w sferze realnej, rzeczywiście usuwając ograniczenia? I czy złagodzenie wymogów formalnych sprawi, że naprawdę zatriumfują kwalifikacje, zamiast bylejakości, z którą nie będzie już można walczyć – albo udawać, że się walczy – za pomocą licencji i egzaminów? Min. Gowin, zapowiadając deregulację, mówił, że gdy obejmie ona ok. 200 zawodów, stworzy nowe miejsca pracy – co najmniej 150 tys. (jak podliczają ministerialni fachowcy). Brzmi to efektownie, ale po pierwsze, przy bezrobociu wynoszącym dziś prawie 2,2 mln osób to kropla w morzu. Po drugie zaś, nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy w wyniku przyjęcia jeszcze długo niesprecyzowanych przepisów mających ułatwić dostęp do różnych profesji naprawdę powstaną nowe miejsca pracy i ile ich będzie. Tak samo jak nie wiadomo, czy deregulacja rzeczywiście spowoduje wzrost wpływów do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych o co najmniej miliard złotych rocznie oraz zmniejszy wydatki na kursy i egzaminy o 500-2000 zł dla osób starających się o pracę w tych 200 zawodach. I czy faktycznie doprowadzi do spadku cen usług w regulowanych branżach

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 11/2012, 2012

Kategorie: Kraj