Jak „prawdziwy pies” został złym gliniarzem

Jak „prawdziwy pies” został złym gliniarzem

Narkotykowi przestępcy obiecywali mu zemstę. Ale bardziej zaszkodzili mu koledzy policjanci

Jako szef wydziału narkotykowego olsztyńskiego oddziału Centralnego Biura Śledczego Policji miał znakomite wyniki w walce z przestępczością. Pewnie do tej pory mógłby ścigać złoczyńców, gdyby nie patrzył krytycznym okiem na poczynania kolegów. Także na swoich podwładnych, w tym jednego wyższego stopniem, których próbował zmusić do większego wysiłku. A gdy się opierali, usunął ich z wydziału. Wkrótce jednak przygarnął ich podległy Komendzie Głównej Policji olsztyński wydział Biura Spraw Wewnętrznych. „Borys”, bo taką ksywkę nadano mu w policyjnym środowisku, zaczął dostawać pogróżki w stylu „Załatwimy cię”. I tak się stało. Po 18 latach służby musiał odejść z policji.

Taką wersję wydarzeń przedstawia nadkom. Marcin Miksza, od lutego 2017 r. policjant w stanie spoczynku. Razem z dwoma partnerami z wydziału, po rocznym zawieszeniu w obowiązkach, został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Powód się znalazł – w tym czasie wokół „sprawy »Borysa«” zaczął się szum medialny, co kierownictwo uznało za szkodzenie dobremu wizerunkowi policji.

Ścigając przestępców

Mierzący 190 cm Marcin Miksza kojarzy się trochę z brawurowym komisarzem „Majamim”, granym przez Piotra Stramowskiego w gangsterskich filmach Patryka Vegi. Chociaż na pytanie, czy też był taki ostry w kontaktach z bandytami, odpowiada dyplomatycznie: – Nie pamiętam.

Pochodzi z rodziny o milicyjno-policyjnych tradycjach. W Rucianem-Nidzie mieszkał nad posterunkiem, gdzie jego ojciec był dzielnicowym. Marcin pamięta, że ojciec w kaburze nosił kanapki zamiast pistoletu, a jedyną jego bronią była gumowa pałka. Ale cieszył się szacunkiem w tym mazurskim miasteczku, tak jak inni funkcjonariusze, których sam widok przywoływał ludzi do porządku. Potem rodzina Mikszów przeniosła się do Mrągowa i tam 19-letni Marcin wstąpił do policji. Już na początku służby zwrócił uwagę przełożonych, kiedy pomógł kolegom z komendy wojewódzkiej złapać sprawców zabójstwa jednego z uczestników Pikniku Country. I ci koledzy na początku nowego wieku ściągnęli go do wydziału narkotykowego KWP.

– Olsztyn był wtedy brązowym miastem – wspomina „Borys”. Po serii porwań w 2000 r. miejscowi gangsterzy, powiązani m.in. z mafią pruszkowską, szukali nowych źródeł dochodu i znaleźli je w „brązowym towarze” – narkotykach. Miksza opowiada, że jego wydział zaczął walczyć z handlarzami prochów i miał niezłe wyniki. Wkrótce „Borys” dostał propozycję wejścia do zespołu werbunkowego, czyli takiego, który szuka ludzi, głównie przestępców, do współpracy. Od dawna bowiem policyjna robota opiera się na informatorach. Ale trudno pozyskać dobre źródło, dlatego przeszedł w Warszawie specjalne szkolenie i dostał odpowiedni certyfikat.

W tym czasie miał już na koncie udział w poważnych sprawach, np. w poszukiwaniu sprawców zabójstwa policjanta w Mikołajkach, który zginął na służbie podczas strzelaniny między bawiącymi tam gangsterami. Kiedy wiceszefem Centralnego Biura Śledczego został Janusz Czerwiński, wcześniej naczelnik wydziału kryminalnego KWP w Olsztynie, Miksza przeszedł do miejscowych struktur CBŚ (od 2014 r. Centralne Biuro Śledcze Policji – CBŚP). Po pewnym czasie, w 2013 r., został szefem wydziału narkotykowego służby nazywanej polską FBI. Poczuł, że ma mocne narzędzie do walki z przemytnikami i handlarzami narkotyków i na serio podjął misję wyplenienia z terenu Warmii i Mazur marihuany, kokainy, a ostatnio także dopalaczy. Dobrał kilku podobnie myślących. Likwidowali plantacje konopi indyjskich i grupy przestępcze, a bandyci na samo wspomnienie „Borysa” zgrzytali zębami. W więzieniach zaznaczali sobie datę wyjścia na wolność z dopiskami: „Borys – wisisz!” albo „Tego dnia zaj… Borysa!”.

Szukanie haków

Miksza miał wyniki i był doceniany przez kierownictwo, ale narobił sobie wrogów także we własnym środowisku. Zwłaszcza gdy zwolnił – jak sam mówi – dwóch lewusów, w tym wyższego stopniem Sławomira K. Tamten się oburzył, bo „przecież kapitan nie może ruszyć majora”, czyli podinspektora, ale niedługo pozostał bez przydziału; podobnie jak drugi wyrzucony z CBŚP znalazł zajęcie w Biurze Spraw Wewnętrznych, czyli „policji w policji”. I zaczęły się pogróżki pod adresem „Borysa”.

– Docierały wieści, że zbierają na mnie informacje, że łeb mi spadnie, bo przecież go skrzywdziłem. Nie przejmowałem się tym, ale w końcu miarka się przebrała i napisałem raport do komendanta CBŚP, w którym opisałem całą sytuację – opowiada nadkom. Miksza. Podobno raport do adresata nie dotarł, choć „Borys” twierdzi, że zapis o jego wysłaniu figuruje w książce nadania olsztyńskiego zarządu. Czy zaginął gdzieś po drodze?

Niezależnie od tego wydział narkotykowy nadal dobrze funkcjonował, a gdy dotychczasowy szef zarządu olsztyńskiego CBŚP szykował się na emeryturę, zaczęto mówić o Mikszy jako o kandydacie na to stanowisko. Wtedy akcja rozkręciła się na dobre.

– Ruszyła lawina, zaczęły wyciekać tajemnice o naszych osobowych źródłach informacji, pojawiły się plotki: miałem być sutenerem, łapówkarzem i dilerem narkotyków. Funkcjonariusze BSW szukali na mnie haków, rozpytywali informatorów, czy mam gdzieś plantację marihuany, czy gdzieś na boku kręcę lody, ale nic się nie potwierdziło. W końcu przyczepili się do mojej roboty – wspomina Marcin Miksza.

Rok temu jego sprawą zajął się „Superwizjer” TVN. Reporter Grzegorz Głuszak zadzwonił do podinsp. Sławomira K. z olsztyńskiego Biura Spraw Wewnętrznych z pytaniem, czy próbował znaleźć na Mikszę kompromitujące materiały. Ten nie odpowiedział, odsyłając dziennikarza do rzecznika komendanta głównego policji. Reporter TVN dotarł z kolei do informatorów wydziału narkotykowego, a ci potwierdzili, że BSW chciało ich nakłonić do ujawnienia jakichś grzechów „Borysa”. Nie udało się, choć jeden z przestępców mógł tym sposobem wymigać się od więzienia.

Później Marcin Miksza powiadomił organy ścigania o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy olsztyńskiego wydziału BSW. Sprawa trafiła do Prokuratury Okręgowej w Toruniu, ale jak nas poinformował jej rzecznik, w lutym tego roku została umorzona, gdyż „czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego”. Co prawda, rzecznik potwierdził, że w lutym 2016 r. funkcjonariusze BSW rozmawiali z dwoma przestępcami, ale były to czynności operacyjne mieszczące się w granicach prawa. Z zebranych materiałów nie wynika, aby kogoś nakłaniali, tym bardziej na zlecenie prokuratury, do składania fałszywych zeznań na niekorzyść Marcina M.

Z myśliwego stał się zwierzyną

Użycie M. zamiast pełnego nazwiska nie jest przypadkowe. W czasie gdy BSW zbierało haki na „Borysa”, naczelnik został wezwany do Prokuratury Regionalnej w Szczecinie (?!), gdzie usłyszał zarzuty niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień. Na pytanie „Superwizjera”, co się kryje pod tymi sformułowaniami, prokurator Aldona Lema odparła, że zarzuty wynikają przede wszystkim z ustawy o policji, z czym „wiąże się konkretne przestępstwo narkotykowe”. Konkretnych odpowiedzi pani prokurator nie chciała udzielić, zasłaniając się tajemnicą śledztwa.

Równie enigmatycznie odpowiedział rzecznik prasowy szczecińskiej prokuratury na nasze pytanie, dlaczego po trzyletnim postępowaniu prokurator Lema nie skierowała wobec policjantów z Olsztyna aktu oskarżenia do sądu. A jeśli nie popełnili przestępstwa, dlaczego śledztwa nie umorzono? „Czas trwania tego postępowania wynika z jego charakteru”, pouczył nas rzecznik Marcin Lorenc, dodając, że czynności są prowadzone na bieżąco i na dodatek planowane. A śledztwo przedłuża sam Marcin M., bo ostatnio nie stawił się na przesłuchanie.

– Pani prokurator chciała coś dodatkowo wyjaśnić, ale wezwanie dostałem dwa dni przed terminem. Powiadomiłem ją, że nie zdążę, bo z Olsztyna do Szczecina kawał drogi, a i ja mam swoje plany – tłumaczy Marcin Miksza. W mediach występuje pod własnym nazwiskiem i z otwartą przyłbicą. Jeden z jego kolegów, Tomasz Sobczyński, również nie bał się pokazać w programie TVN. Drugi natomiast ciężko przeżywa całą sytuację. Z tego względu „Borys” może mieć wyrzuty sumienia, lecz z drugiej strony jest przekonany, że nie zrobił nic złego i słusznie domaga się przywrócenia do służby. Zwłaszcza że decyzję o przeniesieniu go na emeryturę policyjna góra podjęła przed prawomocnym wyrokiem.

Tajemnica śledztwa

– Pracując pod przykrywką, szczególnie w wydziale narkotykowym, każdy może być w jakiś sposób umoczony. Nikt nie jest czysty jak niemowlak po kąpieli i na każdego można znaleźć haka – opowiada jeden z długoletnich gliniarzy. Co prawda, Miksza zapewnia, że nie przekroczył tej cienkiej linii, ale coś widocznie na niego znaleziono, skoro postępowanie trwa już trzy lata. Nie może jednak o tym mówić, bo… tajemnica śledztwa. Tymczasem „Superwizjer” zrekonstruował wydarzenia, które mogły zdecydować o postawieniu zarzutów byłym już funkcjonariuszom CBŚP.

Miksza i jego dwaj podwładni zastawili pułapkę na handlarzy narkotyków w Trójmieście. Przed gdyńskim hipermarketem ich informator miał się spotkać z dilerem i odebrać od niego porcję prochów. Samochód funkcjonariuszy CBŚP stał w pobliżu i nagle któryś z nich zauważył, że i oni są obserwowani. Sądzili, że przez innych przestępców, więc przerwali operację i diler odjechał z narkotykami, ale w trzech samochodach obserwowali ich funkcjonariusze olsztyńskiego BSW, a odwołana akcja (w konsekwencji – wprowadzenie narkotyków na rynek) posłużyła do postawienia zarzutów „Borysowi” i jego kolegom z CBŚP. Czy ta rekonstrukcja odpowiada prawdzie, będzie można się przekonać podczas rozprawy sądowej. Jeśli do niej dojdzie.

40-letni emeryt Marcin Miksza próbuje sobie znaleźć jakieś zajęcie, ale już wie, że życie mu ucieka. Jego wiara w sprawiedliwość mocno ucierpiała. Po programie telewizyjnym zgłosił się do niego z pomocą Janusz Kaczmarek, były prokurator krajowy i minister spraw wewnętrznych w rządzie PiS, teraz wzięty adwokat. Ale nie widać, żeby i on miał wpływ na zakończenie „sprawy »Borysa«”.

Nie doczekaliśmy się również od rzecznika CBŚP jasnej odpowiedzi na pytanie, jakie były podstawy zwolnienia, formalnie – przeniesienia na emeryturę, Marcina Mikszy i jego kolegów jeszcze przed sformułowaniem wobec nich aktu oskarżenia. Kom. Iwona Jurkiewicz powołała się na „ochronę prawnie chronionych tajemnic”, w tym prawo do prywatności osoby fizycznej (czyli Mikszy, który nie ukrywa swojej tożsamości). Nie dowiedzieliśmy się też, czy policjanci będą mogli wrócić do służby po ich ewentualnym uniewinnieniu. Na razie ich sprawą zajmuje się także Zachodniopomorski Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Szczecinie. A ta groźna nazwa mówi sama za siebie.

Fot. YouTube.com

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Dogs
    Dogs 12 sierpnia, 2019, 16:53

    Bd cwelu dymany gmoju pedalski

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy