Złoty, przestań się wahać!

Złoty, przestań się wahać!

Na szczęście na razie już nie spada, ale czy będzie trochę mocniejszy?

Czy nasz pieniądz ma już za sobą trudne chwile? Po najgłębszym od dwóch lat dołku, kiedy to 24 października kurs złotego do euro sięgnął 3,93 zł, bardzo wiele prognoz głosiło, że przebicie bariery 4 zł to kwestia paru dni, a potem będzie jeszcze drożej. Te przewidywania się nie sprawdziły, złoty w pierwszych kilku dniach listopada umocnił się do poziomu ok. 3,5 zł, czyli do stanu sprzed miesiąca. I raczej nie należy się spodziewać jakichś przesadnie gwałtownych zmian.
Analitycy, którzy jak zwykle nie byli w stanie przewidzieć również i tego październikowego zachwiania kursu, już po fakcie tłumaczyli, że chwilowa zapaść złotego, po pierwsze, była irracjonalna, po drugie zaś, została spowodowana tym, że tzw. rynki finansowe wycofują się z Węgier. Tam gospodarka popadła w kłopoty, a ponieważ Polska i Węgry to kraje o podobnej ekonomice (w końcu jesteśmy bratankami, których łączy tradycyjna sympatia), inwestorzy nie zauważyli, iż u nas kryzysu nie ma – i na wszelki wypadek pozbywali się także polskich papierów wartościowych oraz złotówek, które kupowali wcześniej, gdy kurs szedł w górę, licząc na odsprzedanie ich z zyskiem.

Pięć groszy Obamy

W tym wyjaśnieniu, zakładającym, że finansiści są idiotami, nieodróżniającymi Polski od Węgier, jest zapewne źdźbło prawdy, bo w środę 5 listopada, gdy dowiedzieliśmy się, że Barack Obama wygrał wybory, złoty wobec euro podrożał o prawie 5 gr, czyli siedem razy więcej niż poprzedniego dnia – choć w ciągu tych kilkunastu godzin nic się nie zmieniło w polskich finansach. Zmieniły się natomiast, związane z wynikiem wyborów, nastroje inwestorów (czy, jak to się kiedyś mówiło, spekulantów). A nastrój to w finansach kategoria niezmiernie ważna. Najnowszym tego przykładem może być wypowiedź prezesa NBP, Sławomira Skrzypka. Pod koniec października stwierdził on, że nie wszystkie daty prowadzące do przyjęcia euro w 2012 r. mogą być dotrzymane. Zdaniem analityków niechętnych szefowi NBP (takich jest większość), jego słowa natychmiast zwiększyły skłonność do sprzedawania polskiego pieniądza, kurs zaś wobec euro spadł w ciągu jednego dnia o 7 gr – podczas gdy wcześniej, przez sześć dni od 24 października, złoty zdrożał aż o 37 gr. Dla wielu ludzi, także w Polsce, zajmujących się handlem pieniędzmi na dużą skalę, takie wahania mają istotne znaczenie, bo wspomniane 37 gr to zmiana dziesięcioprocentowa – czyli więcej, niż daje najlepsza lokata bankowa przez rok.
Ostatnie dni przyniosły powyborczą poprawę nastrojów, gdyż oczekuje się, iż nowy prezydent poradzi sobie z amerykańskim kryzysem finansowym, a inwestorzy chętnie lokują swe kapitały w bezpiecznych obligacjach rządu USA. Skoro będzie lepiej i bezpieczniej, to znaczy, że można pozwolić sobie na większe inwestycje na niepewnych rynkach wschodnich, do których zaliczana jest i Polska (choć paradoksalnie, najbardziej niepewny był ostatnio rynek zachodni, czyli USA). Może to zwiększać zapotrzebowanie na polską walutę, a więc i jej cenę.

W lepszych nastrojach

Sądząc po najnowszych prognozach dla złotego, nastroje mogą być w przyszłości raczej ustabilizowane, bez skłonności do euforii i nagłych załamań. Nadal jednak panuje lekka niepewność, bo w rękach inwestorów pozostaje wiele ryzykownych, śmieciowych papierów wartościowych (a dziś już bezwartościowych) z USA, które będą chcieli sprzedawać, co z kolei może wpłynąć na spadek kursu. Nie wiadomo też, jaka będzie sytuacja gospodarcza Polski.
Dziś inflacja wynosi 4,2%, tempo rozwoju może w tym roku sięgnąć 5%, w 2009 r. zaś będzie najprawdopodobniej wynosić 4%. Te dość optymistyczne prognozy są jednak obarczone sporą dozą niepewności, bo nie wiadomo, jak polska gospodarka zareaguje na spadające niemal do zera tempo wzrostu w najważniejszych państwach Unii Europejskiej.
Bankowcy, przewidując przyszłość, najczęściej mówią o kursie wynoszącym, na koniec tego roku, 3,7-3,8 zł za euro, na koniec zaś 2009 r. 3,75-3,9 zł za euro. Nie brakuje jednak i przewidywań zapowiadających 3,5-3,9 na koniec tego roku i od 3,6 do niemal 4 zł na koniec przyszłego.
Równie jednoznaczne i konkretne są oceny naszych analityków dotyczące perspektyw dolara. Na koniec tego roku przewidują oni najchętniej kurs wahający się od 2,1 do 2,6 zł, na koniec przyszłego zaś od 2,3 do 3 zł. Jak widać więc, wiemy tyle co nic, a z tych prognoz wynika, że wszystko jest możliwe.

Z czym do euro

Najważniejsze dla Polski są oczywiście notowania euro, bo w tej walucie przeprowadzana jest zdecydowana większość naszych zagranicznych rozliczeń. Tu, w porównaniu ze skokami, jakie odnotowano w ciągu minionych kilkunastu lat, mogące nas czekać zmiany nie powinny mieć większego praktycznego znaczenia dla gospodarki.
Mało kto dziś pamięta, że kurs już wielokrotnie przekraczał barierę 4 zł, a w lutym 2004 r. za euro płacono aż 4,9 zł. Wcześniej, w listopadzie 1993 r., kurs euro startował z poziomu tylko 2,34 zł i równie często mieliśmy do czynienia z ceną oscylującą wokół 3 zł. Zdarzały się także wysokie zmiany w ciągu jednego dnia. Przykładowo, 11 lipca 2001 r. kurs skoczył raptownie z 3,66 zł do 3,87 zł, a 12 grudnia 1994 r. z 2,39 zł do 2,94 zł. I nie bardzo wiadomo, co oprócz spekulacyjnego kupowania dużych ilości polskiego pieniądza, mogło spowodować podobne ruchy.
Tak wielka amplituda wahań i szerokie widełki miały oczywiście znaczenie dla gospodarki i dla portfeli Polaków – choć nie zawsze wiadomo, jaki kurs w danym momencie będzie optymalny. Najprościej widać to na przykładzie importerów i eksporterów: pierwszym zależy, by złoty był raczej drogi, drugim wręcz przeciwnie. Prof. Grzegorz Kołodko uważa np., że dla długofalowego rozwoju naszej gospodarki oraz dla zapewnienia dobrobytu polskich rodzin lepszy będzie kurs w okolicach 4 zł za euro niż 3,2 czy 3,5. I właśnie przy takim około czterozłotowym kursie powinniśmy wejść do strefy euro, co mogłoby nastąpić już w 2012 r. Przyjęcie euro przy niższej cenie złotego mogłoby doprowadzić do spowolnienia tempa rozwoju naszej gospodarki.

Nasza mała stabilizacja

Październikowy spadek ceny złotego był bolesnym ciosem dla prawie półtora miliona osób spłacających kredyty i jeszcze większej grupy pragnącej je uzyskać. Zwiększył obciążenia tych, którzy zaciągnęli kredyty walutowe, rozwiał nadzieje setek tysięcy Polaków na własne mieszkanie. Podniósł ceny płacone za wszelkie dobra i usługi z importu, niezależnie od tego, czy chodzi o ciuchy, komputery czy leczenie. Boleśnie zweryfikował marzenia wielu rodaków o egzotycznych podróżach.
Zarazem jednak niski kurs złotego jest dobry dla eksporterów, pozwalając im nieco łagodzić straty zysków spowodowane mniejszymi zamówieniami z krajów Unii, gdzie gospodarka toczy się coraz wolniej. Dla tych Polaków, którzy mają pracę na Zachodzie, zarabianie tam, a wydawanie tu znowu stało się bardziej atrakcyjne. Łatwiej utrzymać popyt na krajowe towary, co sprzyja polskim przedsiębiorstwom, gdyż kupowanie za granicą jest coraz mniej opłacalne. Wyjazdy do Niemiec po żywność, alkohole i elektronikę przestają już przynosić profit. Natomiast z Niemiec i z innych krajów zachodnich ponownie może zacząć przyjeżdżać więcej turystów, bo wakacje w Polsce zrobią się tańsze. Spadek kursu sprawił też, że wsparcie uzyskiwane z Unii, które w wyniku mocnego złotego od stycznia do sierpnia stopniało z 245 do 210 mld zł, przestało wreszcie tracić wartość.
Nie jest więc tak, że niska cena złotego ma same wady. Na pewno natomiast ważne jest, by zmniejszały się wahania kursowe. Dlatego właśnie ustabilizowanie ceny polskiego pieniądza stanowi jeden z najistotniejszych warunków, jaki Polska musi spełnić, by wejść do strefy euro. Na rynkach finansowych, tak jak w życiu, ważna jest bowiem stabilizacja. I podobnie jak w życiu, gdy jej brakuje, najczęściej korzystają różni wydrwigrosze i spekulanci.

 

Wydanie: 46/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy