Na tyłach armat

Na tyłach armat

W Szczecinie żony oficerów NATO ćwiczą: „Chrząszcz brzmi w trzcinie”

– Pieknie – mówi krótko Dunka. – Szczonc – tłumaczy Niemka. A Janina Zalejko, fryzjerka ze Szczecina, już wie doskonale, co należy z włosami zrobić. Przyzwyczaiła się do swoich zagranicznych klientek, Dunek i Niemek, żon oficerów NATO. Trafiają do niej często, bo jej zakład znajduje się najbliżej siedziby Wielonarodowego Korpusu Północno-Wschodniego. Być może klientek byłoby więcej, gdyby w pobliżu powstało specjalne osiedle dla rodzin oficerów i podoficerów, co było w planie. Pani Janina cieszy się jednak, że zwyciężyła koncepcja wynajmowania mieszkań w różnych dzielnicach miasta. Po co tworzyć getto obcokrajowców? Jeszcze by sprowadzili swoich do zakładów usługowych.

Z kursu na kurs

Klientki pani Janiny zazwyczaj słabo mówią po polsku. Żony oficerów nie muszą uczyć się języka kraju, do którego przyjechały zaledwie na kilka lat. Ale niektóre chcą. Na przykład Maria Mueller, która jeszcze w Niemczech, przed przyjazdem do Szczecina, zaczęła się uczyć polskiego. Prywatnie, u Polki, która mieszkała w ich mieście. W Polsce wraz z mężem uczęszczała do Szkoły Języka i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców zorganizowanej przez Instytut Filologii Polskiej Uniwersytetu Szczecińskiego. Po trzech latach zdała egzamin na średnim poziomie. Teraz próbuje, w tajemnicy przed małżonkiem, wymówić „chrząszcz brzmi w trzcinie”. Bo jej mąż Axel, podpułkownik, został uznany przez dr Jolantę Ignatowicz-Skowrońską, kierowniczkę szkoły, za prymusa w grupie zaawansowanej. Można z nim porozmawiać na każdy temat. Maria zauważa, troszkę zawistnie, że to nic dziwnego, skoro jeszcze w Niemczech uczęszczał na intensywny kurs zorganizowany przez Bundeswehrę.

Dalej, w drogę

Maria i Axel Muellerowie z trojgiem dzieci zamieszkali niedaleko siedziby korpusu. Na Pogodnie, w willowej dzielnicy Szczecina. Wynajęli duże, ponad 160-metrowe mieszkanie w szeregowcu. Axel Mueller na powitanie szarmancko całuje w dłoń. Spodobał mu się ten zwyczaj polskich oficerów. Częstują kawą, ciasteczkami. Jak w każdym polskim domu.
Salon łączy się z kuchnią, w której centralnym meblem jest duży stół z krzesłami. Czasami zdarza się, że przy tym stole zasiada nawet 14 osób. Potrawy są międzynarodowe i konwersacja w różnych językach. Po niemiecku, angielsku, polsku. Jak komu lepiej pasuje. Ten stół nie jest jedynym meblem, na który warto zwrócić uwagę w domu Muellerów. Liczą się także: stary kufer – pamiątka rodzinna Marii – kredens, biblioteczka i szafa. Maria sama przywróciła im dawną świetność. – Te sprzęty mają swoją historię, scalają się z nami – opowiada. – Szafę kupiliśmy w Turyngii 10 lat temu. Kredens pochodzi z terenu dawnego NRD. Dostaliśmy go za naszego 11-letniego trabanta.
Dla Muellerów szczeciński dom jest szóstym z kolei. Maria, córka oficera, wcześnie przyzwyczaiła się do przeprowadzek. Axela poznała przed 17 laty na balu oficerskim, na który poszła ze swoim ojcem. Rok później zostali małżeństwem.
Już wkrótce będzie musiała urządzać kolejne mieszkanie. Tym razem w Niemczech, blisko granicy holenderskiej, jakieś 800 kilometrów od Szczecina. – Kończy się mój trzyletni kontrakt w Szczecinie – mówi Axel. – Zamierzałem przedłużyć go jeszcze o półtora roku, ale ze względu na najstarszego syna trzeba było zrezygnować.

Będziemy pisać

Dzieci Muellerów chodzą do międzynarodowej szkoły brytyjskiej. Najstarszy Mark jest już w klasie maturalnej. Nie ma jednak pewności, czy uzyskana w Polsce matura w systemie brytyjskim byłaby honorowana w Niemczech. – Próbowałem uzyskać odpowiedź w polskim Ministerstwie Edukacji Narodowej, ale nie udało się – mówi Axel. – Z tego powodu wyjeżdżamy wcześniej.
Mark po polsku mówi niezbyt dobrze, choć ma przyjaciół także wśród Polaków. Rozmawiają jednak przeważnie po angielsku, bo to język obowiązujący w szkole. Zamierza korespondować z kolegami, z którymi zaprzyjaźnił się w czasie ostatnich trzech lat.
13-letnia Ruth także zamierza wymieniać listy z koleżankami ze Szczecina. Po niemiecku oczywiście. Polskiego nie poznała aż tak dobrze. Może kiedyś tu przyjadą na wakacje. – Postanowiliśmy poznać nie tylko język polski, ale także ludzi i kraj – mówią Maria i Axel. – Każde wakacje spędzaliśmy więc w Polsce. Najpierw niedaleko Szczecina, później na Mazurach, następnie w górach.
Przyznają, że o Polsce i Polakach nie wiedzieli wiele. – Jeszcze 10 lat temu nigdy bym nie przypuszczał, że tu mnie rzuci los – dziwi się Axel.

Świat się zmienia…

Axel nie ukrywa, że miał wiele obaw przed przyjazdem do Szczecina. – Reakcja na niemiecki mundur mogła być różna – zwierza się – ale nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego. Moich kolegów również. Znam tylko jeden przypadek chuligańskiego zachowania wobec niemieckiego żołnierza. Natomiast kradzieże samochodów zdarzały się bardzo często. Ale i ten problem się zmniejszył, gdy zmieniliśmy tablice rejestracyjne na polskie.
Na pewno zapamięta spotkanie ze starym Polakiem. – Byłem wtedy w mundurze, stałem przed koszarami – wspomina. – Podszedł do mnie starszy człowiek, może 80-letni. Poprosił o papierosa. „Niemiec?”, spytał. Potwierdziłem. Powiedział, że w czasie wojny był robotnikiem przymusowym. I wyciągnął do mnie rękę.

Miękkie lądowanie.

– Ewa wie wszystko – twierdzi Maria Mueller z przekonaniem. – Z każdym problemem sobie poradzi, znajdzie rozwiązanie.
Mowa o Ewie Nieżychowskiej, energicznej bizneswoman, członkini Lions Club Jantar w Szczecinie, która nieprzypadkowo pojawiła się na drodze Marii. Panie z Lions Club, elitarnego klubu o międzynarodowych korzeniach, postanowiły pomóc żonom oficerów korpusu w adaptacji w nowym środowisku. Z tego powodu jesienią 1999 r. wymyśliły program „Miękkie lądowanie”. – Chodziło nam nie tylko o Niemki i Dunki, ale i o Polki, dla których Szczecin był także nowym miastem – mówi Ewa Nieżychowska.
Szybko zorientowała się, że wiedza o Polsce wśród Dunek i Niemek jest niewielka, prawie żadna. Aż trudno było jej uwierzyć, że niektóre panie naprawdę kojarzyły Polskę nawet z białymi niedźwiedziami.
Na samym początku pojawiło się małe faux pas. Na pierwsze spotkanie integracyjne w najlepszym hotelu w mieście członkinie Lions Club Jantar zaprosiły żony oficerów i podoficerów. Nie wiedziały, że nie należy to do dobrego tonu, bo w armiach zachodnich istnieje ścisła gradacja stopni i stanowisk. Zazgrzytało.
Panie z Lions Club zazwyczaj pomagają sobie w codziennych sprawach. Polecają fryzjerki, manikiurzystki, lekarzy, weterynarzy, sklepy, w których najlepiej kupować. Niekiedy zdarzały się trudne zadania. Irenka musiała się dowiedzieć, gdzie w mieście jest najlepsza baranina. Ewa na życzenie Marii szukała piekarni, która podejmie się wypieku specjalnego niemieckiego chleba na imprezę mikołajkową. Najwięcej kłopotów sprawiło znalezienie nauczyciela języka angielskiego, który znałby równie dobrze niemiecki.

Carlotta jest szczecinianką

Martina Heiter, podobnie jak Maria Mueller, też zaprzyjaźniła się z Ewą Nieżychowską. Ewa jest przyszywaną ciocią dwuletniej Carlotty, która – podobnie jak mama – rozmawia trochę po polsku, trochę po niemiecku. – Kiedy zaszłam w ciążę, myślałam, że wyjadę do Niemiec, aby urodzić dziecko – wspomina Martina. – To Ewa namówiła mnie, żebym skorzystała z opieki miejscowych lekarzy.
Maria Mueller właśnie w Szczecinie odkryła w sobie pasję do malowania. Zorganizowała naukę malarstwa i rysunku dla kilku zainteresowanych pań. Zajęcia prowadzi Renata, studentka architektury. Spotkania odbywają się w domach. Oprócz Marii uczestniczą w nich także dwie Dunki – Lisbeth Barner Jespersen oraz Agneta Bundgaard. – Rozmawiamy po angielsku – mówi Maria. – Już wiele się nauczyłyśmy.
Co miesiąc odbywają się też spotkania w szerszym gronie w Eurokorpusie, przy którym od początku istnieje klub żon oficerów A.O.C. Początkowo jego szefową była Maria Mueller. Obecnie funkcję tę pełni Polka – Małgorzata Bogiel. – To dobry pomysł na integrację – ocenia Beata Ciechanowska, która dowcipnie mówi o sobie „pułkownikowa”.
Spotkania pań z Lions Club z żonami oficerów NATO odbywają się w szczecińskich restauracjach. Każda sama wybiera potrawy, sama za siebie płaci. Przychodzą te, które mają na to ochotę. Dunki raczej nie korzystają z zaproszeń, ale Niemki bardzo chętnie. Wśród Polek też jest kilka zagorzałych bywalczyń międzynarodowych babskich spotkań. Przy wspólnym stole zasiada przeważnie kilkanaście pań, niekiedy nawet ponad 20. Ewa Nieżychowska jest zawsze, podobnie jak Maria Mueller. Rozmowy odbywają się w różnych językach. – Nasze wstrieczi to sposób na nudę, można się pośmiać, pożartować – zapewnia Valentina Hirschhaeser. Zna rosyjski, bo pochodzi z Kazachstanu. Dopiero przed siedmioma laty wyjechała stamtąd, zamieszkała w Niemczech i wyszła za mąż za niemieckiego oficera. Przyjazd do Szczecina jest kolejnym nowym doświadczeniem.
Elke Utdenwiede przychodzi na spotkania z kieszonkowym słownikiem polsko-niemieckim. Najczęściej siada obok Krystyny Dawidczyk, majorowej, z którą zbliżyła się najbardziej. Krysia woli mówić po niemiecku. Elke próbuje swoich sił w języku polskim.

Z czym wyjadą?

Martina swobodnie rozmawia po polsku, choć nie ukrywa, że jest to dla niej trudny język. Ale w Polsce mieszka już od sześciu lat. Przed przyjazdem do Szczecina wraz z mężem spędzili trzy lata w podwarszawskim Wilanowie. Prawdopodobnie już w czerwcu wyjadą do Niemiec. Martina cieszy się, bo będzie bliżej rodziny, a poza tym chciałaby zacząć pracę w wyuczonym zawodzie prawnika. Zamierza zatrudnić polską opiekunkę do dzieci. – W Polsce kontakty międzyludzkie są bardziej serdeczne, podoba mi się też, że rodziny trzymają się razem. Będzie mi tego brakować – mówi. Za to na pewno odetchnie od polskich niewygód w życiu codziennym. W Niemczech nie zdarza się, że nagle, bez uprzedzenia woda przestaje cieknąć z kranu albo wyłącza się prąd. To nie do pomyślenia! No i w Polsce brakuje placów zabaw dla dzieci. A jak już są, to w piaskownicach można natrafić na psią kupę. A poza tym jest tyle dziur w jezdniach i brudnych, odrapanych kamienic. Latarnie świecą zbyt wysoko, a kierowcy nie dbają o to, by przepuścić pieszych na pasach.
Axel Muller już pakuje walizki. Żałuje, że nie spotka się z polskimi kolegami po fachu na wakacjach np. w Alpach. Nie może zrozumieć, dlaczego Polacy z Eurokorpusu zarabiają aż kilkanaście razy mniej niż on. – Przecież pracujemy razem, mamy podobne kwalifikacje – mówi.
Ewa jak zwykle pomaga Marii. Tym razem w przeprowadzce. Właśnie szuka kupca na starą sofę.


We wrześniu 1999 r. w Szczecinie rozpoczął działalność podporządkowany NATO Wielonarodowy Korpus Północno-Wschodni. W jego skład weszły: Duńska Dywizja Zmechanizowana z Fredericji, 14. Dywizja Grenadierów Pancernych z Neubrandenburga oraz 12. Dywizja Zmechanizowana ze Szczecina. Jednostki te na co dzień stacjonują w swoich ojczystych krajach. W Szczecinie mieści się tylko sztab korpusu (150 oficerów i podoficerów z trzech armii, polska kompania zabezpieczająca oraz służba cywilna – razem dwieście kilkadziesiąt osób). Do Szczecina na stałe razem z duńskimi i niemieckimi oficerami przyjechały ich rodziny.

 

Wydanie: 12/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy