Hucpiarze Herr Pawelki

Hucpiarze Herr Pawelki

Powiernictwo Pruskie usiłuje wyłudzić odszkodowania za utracone przez niemieckich przesiedleńców mienie

W Polsce poważny niepokój wywołało powstanie Powiernictwa Pruskiego, spółki założonej przez wysokiej rangi funkcjonariuszy Związku Wypędzonych (BdV). Zamierza ona wspierać roszczenia niemieckich przesiedleńców pragnących odzyskać swe dawne majątki na terenie Polski, Czech i rosyjskiej enklawy Kaliningradu lub zdobyć odszkodowania za utracone mienie.
Aktywiści Powiernictwa Pruskiego rozprowadzają wśród „wypędzonych”i ich potomków formularze, na których należy wpisywać dane o „nieruchomościach posiadanych na terenie Niemiec Wschodnich”.
Zdaniem przewodniczącego rady nadzorczej spółki, szefa wpływowego Ziomkostwa Ślązaków, Rudiego Pawelki, kwestia niemieckich „wypędzonych” pozostaje otwarta: „Wypędzenie zakończone będzie dopiero wtedy, gdy każdy wypędzony otrzyma prawo powrotu do ojczyzny i swobodnego rozporządzania swym mieniem”, wywodził na lipcowym zjeździe ziomkostwa śląskiego w Norymberdze. Polacy sądzą, że w tej kwestii wszystko zostało załatwione, gdy Warszawa niedawno stwierdziła, że dekrety rządowe, które zadecydowały o wypędzeniu, utraciły swą moc. „Ale nic nie jest załatwione!”, grzmiał lider śląskich ziomków.
Kiedy szanse na wstąpienie Polski do Unii Europejskiej stawały się coraz większe, niemieccy „wypędzeni” zaktywizowali się w nadziei, że ustawodawstwo UE pozwoli im na dochodzenie swoich roszczeń.
Powiernictwo Pruskie (Preussische Treuhand GmbH&Co) powstało w grudniu 2000 r., początkowo jako spółka z o.o. Inicjatorami były Ziomkostwa Śląskie i Wschodniopruskie, które wyłożyły połowę kapitału założycielskiego. Resztę zebrali czterej aktywiści Związku Wypędzonych. Potem do inicjatywy dołączyło Ziomkostwo Pomorskie. Firmę przekształcono w spółkę komandytową akcyjną, przy czym jedna akcja kosztuje 50 euro. W styczniu 2003 r. Powiernictwo Pruskie wpisano do rejestru handlowego w Bonn. Zainteresowanie okazało się umiarkowane. Pawelka spodziewał się zgromadzić milion euro kapitału, do tej pory zebrano niespełna połowę. Akcje zdecydowało się kupić zaledwie kilkaset osób. Mimo to „Prusacy” postanowili z energią przystąpić do działania. Powiernictwo określa się jako

„prywatna samopomoc”,

która została powołana, ponieważ „rząd federalny nie jest gotowy, aby popierać uprawnione roszczenia restytucyjne niemieckich wypędzonych z ojczyzny i ich potomków”, jak ujął to „Ostpreussenblatt”, organ Ziomkostwa Wschodniopruskiego. Treuhand ma nastawienie wybitnie antypolskie. Na jego stronie internetowej można przeczytać, że celem spółki jest zabezpieczenie względnie utrzymanie praw do nieruchomości i innych wartości majątkowych „w prowincjach pruskich za Odrą i Nysą” (sic!).
Matadorzy spółki najwyraźniej nie chcą przyjąć do wiadomości, że byłe wschodnie terytoria Rzeszy od dziesięcioleci należą do Polski, zaś państwo pruskie, kolebka agresywnego niemieckiego militaryzmu, na mocy postanowień konferencji poczdamskiej przestało istnieć w 1945 r. Na forum publicznym szefowie firmy zapewniają natomiast, że stoją na gruncie prawa i zmierzają jedynie do zapewnienia Niemcom równego traktowania podczas ewentualnej reprywatyzacji w Polsce.
Oficjalnie Związek Wypędzonych głosi, że nie ma nic wspólnego z „powierniczymi Prusakami”. „To nie jest droga, którą idziemy. To prywatna inicjatywa, której nie możemy ani się przeciwstawiać, ani jej popierać”, twierdzi szefowa BdV, Erika Steinbach. Fakty jednak świadczą, że jest inaczej. Na czele Powiernictwa Pruskiego stoi przywódca Ziomkostwa Ślązaków, drugim w hierarchii jest Günther Parplies, jeden z zastępców Steinbach w BdV i szef Ziomkostwa Wschodniopruskiego w Nadrenii Północnej-Westfalii. Siedziba znajduje się w biurze powyższego ziomkostwa w Düsseldorfie, które udostępniło „Prusakom” swą infrastrukturę. Nie sposób zatem oprzeć się wrażeniu, że Treuhand jest tylko bardziej brutalną emanacją Związku Wypędzonych, usiłującego zachować bardziej cywilizowane oblicze (aby dostać się na polityczne salony, co w znacznym stopniu mu się udaje).
Rudi Pawelka i jego zwolennicy głoszą, że najpierw będą dążyć do rozwiązań polubownych z „państwami sprawcami wypędzenia”. Poszukają również dla swych roszczeń poparcia rządu niemieckiego. W ostateczności będą dochodzić sprawiedliwości na drodze sądowej – także przed trybunałami europejskimi. „Prusacy” nie wykluczają też wytaczania skarg zbiorowych w amerykańskich sądach. Rudi Pawelka zamierza działać na wzór Jewish Claims Conference, organizacji reprezentującej roszczenia żydowskie wobec Republiki Federalnej Niemiec jako prawnej spadkobierczyni III Rzeszy. Stąd Preussische Treuhand określa się niekiedy jako Prussian Claims Society. Fakt, że niemieccy przesiedleńcy stawiają się na równi z ofiarami Holokaustu, musi budzić najwyższe zdumienie. Nie jest to zresztą przypadek odosobniony. Historycy i publicyści w Niemczech coraz częściej usiłują dokonać reinterpretacji historii, zgodnie z którą nazistowskie ludobójstwo popełnione na Żydach i „wypędzenie” ludności niemieckiej z terenów wschodnich to dwie równie potworne zbrodnie.
Rudi Pawelka, pochodzący z Wrocławia 63-letni emerytowany dyrektor policji, reprezentuje osobliwą wizję świata.

Oto Niemcy zadośćuczynili

za wszystkie swe zbrodnie, ale Polacy nie chcą uczynić tego samego. Oburzają się na powstanie spółki, bowiem przez cały czas uważali się wyłącznie za ofiary, lecz udowodniono im, że byli także sprawcami zbrodni. Winę ponoszą za to również niemieccy politycy i publicyści, którzy rozpostarli nad Polską „płaszcz milczenia”. „Polsce przyznano rolę ofiary, co wywołało efekt współczucia i fałszywe zrozumienie jej sytuacji”, wywodzi Pawelka, aktywista CDU. Jego zdaniem, Polska, aczkolwiek ma zostać w przyszłym roku członkiem UE, nie przystąpiła jeszcze do europejskiej wspólnoty wartości i prawa. Polacy nadal wywłaszczają Niemców na podstawie dawnych dekretów, dyskryminują ich i szykanują. Polska powinna tworzyć niemieckie szkoły, dopuścić język niemiecki do sądów, pozwolić na dwujęzyczne tablice. Szef Rady Nadzorczej Powiernictwa Pruskiego ma jednak dziwną koncepcję równouprawnienia. Dowiódł tego podczas sporu o Muzeum Śląskie w Görlitz. Dyrektor tej placówki, Markus Bauer, zamierzał przyciągnąć także polskich turystów. Eksponaty opisano więc w obu językach. Jak poinformowała 28 sierpnia niemiecka rozgłośnia radiowa Deutsche Welle, sprzeciw wniósł Rudi Pawelka. Uznał on, że jest to „niepotrzebny wzgląd na Polaków”, który „zamazuje niemiecki charakter Śląska”. Na szczęście dyrektor muzeum ma inne zdanie.
Lider liczącego 200 tys. członków Ziomkostwa Ślązaków niestrudzenie wyszukuje nowe niemieckie ofiary. Jest również rzecznikiem Koła Roboczego Niemieckich Robotników Przymusowych, domagającego się odszkodowań dla podobno 110 tys. Niemców, którzy po wojnie pracowali w Polsce i w ZSRR (usuwając dokonane przez III Rzeszę zniszczenia). Zdaniem Pawelki, nie może być tak, że polscy robotnicy przymusowi w Niemczech otrzymali rekompensaty, ale niemieccy w Polsce wciąż pozostają „pokrzywdzeni”. Tak więc Polska powinna dołączyć się do funduszu odszkodowań. Szef „roszczeniowych Prusaków” żalił się, że poczuł prawdziwy „cios w serce”, gdy kanclerz Schröder odmówił przyjęcia petycji Koła Roboczego.
Trudno ocenić, jaka jest skuteczność działań Powiernictwa Pruskiego. Według tygodnika „Der Spiegel”, w ciągu ostatnich dwóch lat do federalnego Ministerstwa Finansów wpłynęło 800 pism z roszczeniami przesiedleńców pod adresem Polski, opiewającymi na 6 mld euro. Inicjatorami tych skarg były jednak różne organizacje „wypędzonych”. Pawelka i jego towarzysze mają świadomość, że sprawy sądowe dotyczące przesiedleń i przemian własnościowych dokonanych na podstawie uchwał poczdamskich nie mają większych szans powodzenia. Na początek zamierzają więc skarżyć domniemane krzywdy popełnione na Niemcach w ostatnich dziesięcioleciach, podczas których złamane zostało także obowiązujące prawo polskie.
Preussische Treuhand zapewne nie wskóra wiele, ale zdołało

skutecznie zasiać lęk

nad Wisłą, jeszcze bardziej zatruć i tak nie najlepsze stosunki polsko-niemieckie i utrudnić proces pojednania obydwu narodów. Niepokojące jest, że poczynania Powiernictwa Pruskiego stanowią tylko niewielką część coraz bardziej intensywnie podejmowanych w Niemczech wysiłków, mających na celu relatywizację nazistowskich zbrodni ludobójstwa i zakłamanie historii. Nie tylko wiecznie wczorajsi „wypędzeni” zapominają na własne życzenie, że dawni mieszkańcy Prus Wschodnich czy Śląska utracili swą ojczyznę w następstwie agresywnej, potwornie niszczycielskiej, bezprecedensowej w dziejach ludzkości wojny, której celem było zdobycie „przestrzeni życiowej” kosztem innych narodów, wytępienie lub obrócenie w niewolników Słowian doszczętne unicestwienie Żydów. Wojny, rozpętanej nie przez bezosobowych „nazistów”, lecz przez państwo niemieckie i prowadzonej aż do gorzkiego końca przez wierny w swej masie Hitlerowi niemiecki naród.
Publicyści, pisarze i historycy nad Renem sugerują jednak, że

wszystko jest względne.

Niemcy mają na sumieniu Oświęcim, ale Polacy Jedwabne i „wypędzenie”. Niemcy splamili się zbrodnią „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, ale alianci także są winni, bowiem bombardowali miasta III Rzeszy, zabijając dziesiątki tysięcy cywilów. Nic dziwnego, że w takiej atmosferze żądania rozmaitych rewanżystowskich „Prusaków” stają się coraz głośniejsze. Najsmutniejsze jest, że do tej sytuacji przyczyniły się kolejne rządy niemieckie, które nadal stoją na stanowisku, że „wypędzenie” było sprzeczne z prawem międzynarodowym, a kwestia własności prywatnej na byłych terytoriach niemieckich wciąż pozostaje otwarta.

 

 

Wydanie: 46/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy