Zamach na alzheimera

Zamach na alzheimera

Ogromny sukces terapii genowej choroby Alzheimera. Zespołowi kierowanemu przez uczonego polskiego pochodzenia udało się zahamować rozwój schorzenia

Prof. dr med. Mark H. Tuszyński, neurolog z University of California w San Diego

Korespondencja z San Diego

– Panie profesorze, jest pan na ustach całego świata medycznego w związku z sukcesem zaproponowanej przez pana genoterapii w chorobie Alzheimera. Artykuł na ten temat opublikowany w majowym wydaniu renomowanego magazynu „Nature” jest sensacją. Pośród doniesień na ten temat nie brakuje optymistycznych prognoz, że oto właśnie pojawił się kandydat do Nobla, bo kogoś, kto dokona skutecznego zamachu na tę chorobę cywilizacyjną, nagroda nie minie. Co pan na to?
– Jest w tym wiele przesady. Mogę jednak to zrozumieć. Wynika ona z presji oczekiwania postępu w zmaganiach z chorobą Alzheimera oraz jej skutkami medycznymi i pozamedycznymi. Przypomnijmy, że mowa o chorobie, na którą cierpi dziś w świecie około 20 mln ludzi i jest to najpowszechniejsza choroba układu nerwowego związana z wiekiem. Dotyka ona około 15% osób powyżej 65. roku życia, jedną trzecią osób powyżej 85. roku i połowę powyżej 90. W ostatnich 20 latach liczba chorych w USA podwoiła się, a przed nami eksplozja związana z wchodzeniem w wiek emerytalny powojennego pokolenia bumu demograficznego. Koszty związane z leczeniem chorych w Stanach Zjednoczonych sięgają rocznie 100 mld (!) dol.
Świat coraz energiczniej domaga się jakiegoś pozytywnego komunikatu z pola walki z tą chorobą.
– Toczonej już sto lat…
– Tak właśnie jest. 4 listopada 1906 r. niemiecki neurolog prof. Alois Alzheimer podczas konferencji psychiatrycznej w Tybindze wygłosił swój słynny wykład poświęcony studium przypadku Augusty Deter. Zajmował się tym przypadkiem od 25 listopada 1901 r., od przyjęcia pacjentki do szpitala psychiatrycznego we Frankfurcie, po jej śmierć 8 kwietnia 1906 r. i sekcję zwłok, która wykazała charakterystyczne zmiany histopatologiczne w mózgu zmarłej. W styczniu 1907 r. praca wyszła drukiem („O szczególnej chorobie kory mózgowej”) i wkrótce potem prof. Emil Kraepelin zaproponował nazwanie przypadku chorobą Alzheimera, co zostało z aprobatą przyjęte przez świat medyczny.
– Co takiego ustalił Alzheimer?
– 51-letnia pacjentka zgłosiła się z objawami choroby psychicznej z dominującym obrazem patologicznej zazdrości o męża. Niebawem dołączyły gwałtowna utrata pamięci, halucynacje, przejawy agresji, demencja i zupełna apatia. Śmierć nastąpiła w ciągu czterech i pół roku. Autopsja wykazała włókniste zmiany w komórkach nerwowych oraz rozsiane złogi nieznanej substancji w korze mózgowej. Oczywiście, wiązano obraz histopatologiczny tkanki mózgowej z objawami psychicznymi. W ten sposób wyłoniła się nowa jednostka chorobowa.
– Przez minione stulecie poczyniono wielkie postępy w poznaniu mechanizmów choroby, przy jednoczesnym nikłym postępie w jej leczeniu.
– To trafna diagnoza sytuacji. Bezsporną przyczyną choroby jest umieranie komórek nerwowych, neuronów. Proces ten zaczyna się krótko po 30. roku życia, ma różną dynamikę i charakterystykę. Ponieważ mózg dysponuje ogromną liczbą neuronów i ma wielką zdolność kompensacyjną ubytków, skutki tego umierania niekiedy bywają w ogóle niedostrzegalne mimo podeszłego wieku. Kiedy jednak mamy do czynienia ze zmianami chorobowymi, procesy degradacji przebiegają znacznie szybciej, a efekty uwidaczniają się wcześniej. Generalnie choroba Alzheimera upośledza funkcje poznawcze związane z pamięcią, percepcją, kojarzeniem. Zaczyna się od banalnego zapominania nazw własnych (imion, nazwisk, nazw miast, ulic, tytułów książek), potem rozpoznawania sytuacji, w tym istotnych życiowo, a na koniec zdolności podstawowego funkcjonowania. Chorzy nie rozpoznają najbliższych, samego siebie, nie potrafią nie tylko realizować podstawowych potrzeb, ale stają się wręcz dla siebie zagrożeniem. Na oczach bliskich „odchodzą” poprzez psychiczną degradację poprzedzającą śmierć fizyczną. Towarzyszą temu liczne dramaty. Odpowiedzialne za ten proces są zmiany degeneracyjne białek zarówno wewnątrz neuronów, jak i na zewnątrz.
– Czy istnieje jakiś szczególny rodzaj neuronów, którego degradacja i umieranie przyspiesza chorobę Alzheimera?
– To pytanie zbliża nas do sedna moich badań i zainteresowań terapeutycznych. Kardynalnym czynnikiem w rozwoju choroby Alzheimera jest utrata neuronów cholinergicznych. Wykorzystują one jako sygnał chemiczny acetylocholinę. Odpowiadają generalnie za wykorzystywanie w procesach poznawczych zgromadzonych zasobów pamięci. Stymulatorem funkcjonowania neuronów cholinergicznych jest białko o nazwie czynnik wzrostowy nerwu, skrótowo NGF (nerve growth factor) mające wpływ na syntezę acetylocholiny. Nie tylko to – NGF chroni także komórki nerwowe przed degeneracją i umieraniem.
Czynnik ten był przedmiotem szczególnego zainteresowania w zwalczaniu choroby Alzheimera, jednak poważnym ograniczeniem w jego stosowaniu jest fakt, iż nie przechodzi on przez barierę krew-mózg. Wymaga podawania bezpośrednio do mózgu…
– Tu dochodzimy do całej finezji pańskiego eksperymentu. Zdecydował się pan na implant w określone okolice mózgu genetycznie zmodyfikowanej tkanki produkującej duże ilości NGF. Takiego, można powiedzieć, „generatora” NGF. Jak go pan zbudował?
– Posłużyliśmy się metodami terapii genowej. Z komórek skóry pacjentów wyhodowaliśmy nowe fibroblasty. Modyfikacja polegała na tym, że komórki zawierały teraz gen odpowiedzialny za produkcję NGF. Jak go tam wprowadziliśmy? Posługując się nośnikiem wirusowym. Z genomu wirusa usuwa się geny związane z cyklem rozmnażania, a w to miejsce wstawia pożądany gen terapeutyczny. Wirus nie rozmnaża się w komórce, ale pozostawia w niej pożądany gen. To nie jest aż tak skomplikowane.
– Pierwszego zabiegu dokonano w kwietniu 2001 r. Pacjentką była 60-letnia nauczycielka ze stanu Oregon we wczesnej fazie chorobowej.
– Oczywiście, zabieg poprzedziły długotrwałe badania na szczurach i małpach, u których wykształcono zwierzęcy model choroby, czyli zaburzenia maksymalnie zbliżone do tych, jakie występują u ludzi z chorobą Alzheimera. Dopiero zachęcające wyniki dały podstawę do uzyskania zgody FDA (Komisji ds. Żywności i Leków) na leczenie eksperymentalne ludzi. Zebraliśmy ośmiu pacjentów. Po wyhodowaniu odpowiednich kultur tkankowych zostały one iniekcyjnie zaaplikowane w odpowiednie okolice mózgu, w 5-10 miejscach u każdego z chorych. Obserwacja każdego przypadku trwała 22 miesiące, podczas których prowadzono stosowne badania.
– Jakie konkretnie?
– Było kilka grup badań. Po pierwsze, testy psychologiczne mające stwierdzić stan mentalny i zaawansowanie zaburzeń. Po drugie, badania komputerowe: rezonans magnetyczny, a przede wszystkim pozytonowa tomografia emisyjna (PET) pozwalająca na określanie aktywności genów w różnych rejonach mózgu. Po trzecie, badania histopatologiczne. Okazało się, że u pacjentów nastąpiło dwukrotne spowolnienie tempa obniżania sprawności intelektualnej, przede wszystkim funkcji pamięciowych (np. odtwarzania ważnych dla nich dat, ciągów liczbowych) i kojarzeniowych. W obrazie PET-skanu obserwowaliśmy zachowanie izotopowego znacznika w postaci wybranego rodzaju cukru (18-fluorodeoksyglukozy). Ulegał on znacznie szybszemu przetwarzaniu w neuronach w tych okolicach mózgu, gdzie implantowano tkankę wytwarzającą neuronalny czynnik wzrostu (NGF). Komórki regenerowały się lub zahamowane zostało ich obumieranie, a połączenia między nimi zostały wzmocnione. Uzyskano także potwierdzenie tych danych w badaniu histopatologicznym mózgu zmarłego w międzyczasie jednego z dwóch pierwszych pacjentów.
– Czyli sukces?
– Wyniki są bardzo zachęcające i prawdę mówiąc, mało kto się ich spodziewał. Trzeba jednak mieć na uwadze, że to dopiero pierwsza faza badań klinicznych, gdzie przede wszystkim chodziło o potwierdzenie nieszkodliwości tej metody terapeutycznej. Dalej trzeba wykazać skuteczność na większej, 40-, 50-osobowej grupie pacjentów i zweryfikować na 200-, 300-osobowej z zastosowaniem placebo (substancji obojętnej). Myślę, że do upowszechnienia metody potrzeba około czterech lat. Wiele wskazuje na to, że środków na ich prowadzenie nie zabraknie.
– Jeżeli dobrze rozumiem, pańska metoda ma bardziej charakter prewencyjny i opóźniający niż leczący chorobę Alzheimera.
– Tak właśnie jest. Nie jest to sposób na zupełne wyleczenie, ale na znaczącą poprawę jakości życia i funkcjonowania osób, u których choroba zostanie rozpoznana. Jeżeli nazwiemy chorobę Alzheimera cichym mordercą, to obezwładniamy go i na jakiś czas eliminujemy, ale nie zabijamy. Taki efekt stanie się możliwy z chwilą powstania metody niszczenia beta-amyloidu – białka generującego różnorodne patologiczne oddziaływania na błonę komórki nerwowej. Są w tej dziedzinie wielce obiecujące badania z wykorzystaniem enzymów. Inny kierunek to zapobieganie powstawaniu beta-amyloidów w ogóle, immunizowanie, szczepienie przeciwko nim. Zaawansowane są bardzo obiecujące badania nad wytworzeniem przeciwciał za to odpowiedzialnych. Uważam postęp w tej materii za nieuchronny.
– Związany on będzie z genoterapią, która wzbudza rozmaite kontrowersje, m.in. etyczne i religijne.
– Akcentował je przede wszystkim Kościół rzymskokatolicki, na początku eksplozji zainteresowania genoterapią związaną z postępem technologicznym otwierającym nowe perspektywy lecznicze. Ta opozycja wobec ingerencji w geny, jako naruszającej pewien boski plan, zdaje się wyciszać i jej główny nurt kieruje się na wykorzystanie w terapii komórek macierzystych, a nie możliwości modyfikacji genetycznych w ogóle. Jak wszystkie innowacje związane z postępem myśli ludzkiej, ta również wymaga spokojnej refleksji, sprawiedliwego ważenia racji i mądrego kompromisu.
– Uważa pan, że terapia genowa stanie się przełomem w medycynie?
– Tak. To kwestia najbliższych pięciu lat. Stoimy przed ogromnym, kopernikańskim przełomem.
– Podobno uczeni polskiego pochodzenia są w tej dyscyplinie bardzo silni.
– W moim zespole są Jeffrey Kordower i Elliott Mufson (obaj z Rush University w Chicago). Krys Bankiewicz pracuje na University of California w San Francisco (UCSF). Na University of Florida jest Nick Muzyczka, a Jude Samulski na University of North Carolina. Proszę mi wierzyć, że to bardzo silna drużyna.
– Panie profesorze, podobno czas ogłoszenia wyników batalii z chorobą Alzheimera zaplanował pan na 60. rocznicę zwycięstwa w II wojnie światowej, której jednym z bohaterów był pana ojciec, pilot Dywizjonu 300? Może czas porozmawiać o pana rodzinie?
– To zbieg okoliczności, ale ojciec na pewno by się cieszył. Niestety, od 15 lat nie żyje. Nazywał się Alfons Tuszyński i pochodził ze Świecia nad Wisłą. Po kampanii wrześniowej przez Węgry przedostał się do Francji, stamtąd do Anglii, gdzie walczył w pierwszej sformowanej jednostce polskiego lotnictwa, Dywizjonie 300 Ziemi Mazowieckiej. Dwukrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych, po czym Orderem Virtuti Militari. Mama, Jadwiga Allman, to rodowita warszawianka z Pragi. Wojna rzuciła ją na Wschód, a stamtąd, po licznych przygodach, do obozu w Ugandzie. Stamtąd jako 20-latka trafiła do Anglii, gdzie została pielęgniarką w szpitalu wojskowym. Poznała ojca i pobrali się. W 1958 r. wyemigrowali do Kanady, a potem do USA. Ojciec jeszcze w Anglii ukończył politechnikę, na University of Minnesota przeszedł całą drogę od asystenta do profesora. Specjalizował się w elektrotechnice i technologii półprzewodników. Miał na koncie patenty, książki tłumaczone nawet na chiński. Idąc w jego ślady, studia (1979) i doktorat (1983) zrobiłem na tym samym uniwersytecie. W ślad za mamą wybrałem służbę chorym i medycynę. Specjalizację z neurologii uzyskałem w Cornell University – New York Hospital w 1987 r. Odtąd zajmuję się metodami „reperowania” uszkodzeń i dysfunkcji układu nerwowego, a przede wszystkim chorobą Alzheimera. Po specjalizacji zaproponowano mi asystenturę na University of California w San Diego i z jego Wydziałem Nauk Neurologicznych jestem związany od 2002 r. jako profesor. Kieruję też własnym ośrodkiem badawczym, The Tuszyński Lab, z którym wiążą się moje prace naukowe.
– Pana żona też jest lekarzem?
– Moja żona, Karen Dobkins, jest profesorem psychologii na tym samym uniwersytecie (zajmuje się wizualizacją postrzegania u osób głuchych i autyzmem). Nasz najstarszy syn, Mateusz, ma 17 lat, bliźniacy Jakub i Gabriel mają trzy lata, a najmłodsza Sara dopiero cztery miesiące.
– Nazwisko Tuszyński pomaga w karierze?
– To element mojej identyfikacji i tożsamości. Jestem z niego dumny. Wychowałem się w polskiej katolicko-żydowskiej rodzinie. Katolicyzm ojca i judaizm mamy tworzyły unikalną atmosferę domową, w której zawsze dominowała Polska. Ich ojczyzna. Polski zawsze był językiem rodziców. W Warszawie, Szczecinie i Gdańsku do dziś mieszka rodzina…
– …zapewne dumna z udanego zamachu na alzheimera, dokonanego przez amerykańskiego kuzyna.

 

Wydanie: 19/2005

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy