Jak budowano „Pekin” w Warszawie

60 lat temu podpisano umowę o budowie Pałacu Kultury i Nauki

W większości folderów reklamujących polską stolicę zajmuje czołowe miejsce. Nie zagroził mu nawet Stadion Narodowy, z którego obecne władze próbują uczynić symbol nowoczesnego miasta. Zagraniczne biura podróży już dawno zrozumiały, że turystów przyciąga to, co nieznane. Pałac Kultury i Nauki. Dla jednych – znak powojennego zniewolenia kraju przez Związek Radziecki, dla drugich – dowód witalności polskiej stolicy. A dla całych pokoleń – symbol Warszawy. Właśnie mija 60 lat od podpisania umowy o jego budowie.
Trudno wyrokować, w jakich okolicznościach podjęto decyzję o postawieniu wieżowca. Podczas spotkania rządu tymczasowego RP z Józefem Stalinem w Moskwie 22 stycznia 1945 r. radziecki przywódca sam miał zaoferować pomoc w odbudowie stolicy. „Marszałek Stalin uważa, że Warszawa powinna być jak najszybciej odbudowana i ze swej strony pragnie przyjść nam z – jak najbardziej pomocną – pomocą”, relacjonował rozmowy prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut. Zgodnie z obietnicą ZSRR zobowiązał się dostarczyć Warszawie trolejbusy, domki fińskie oraz ciężarówki do wywożenia gruzu. O monumentalnej budowli nikt jednak nie mówił.
Powstanie PKiN wcale nie musiało być przesądzone. Jak wspominał architekt Henryk Janczewski, w piśmie skierowanym do rządu polskiego Stalin oferował budowę „miasteczka akademickiego, ośrodka zdrowia, ośrodka sportu, osiedla mieszkaniowego lub centrum naukowego Pałacu Nauki i Kultury”. Czy był to realny wybór, czy tylko kurtuazja ze strony Stalina, który chciał w ten sposób zrzucić odpowiedzialność na polskie władze? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Faktem jest, że Bierut uznał „za najbardziej celowe budowę Pałacu Kultury i Nauki, a to dlatego, że w kolejności potrzeb kraju ta inwestycja byłaby realizowana jako ostatnia w kompleksowo ujętym planie rozwoju gospodarczego, społecznego i kulturalnego Polski”.
Józef Sigalin, ówczesny szef Biura Odbudowy Stolicy i naczelny architekt Warszawy, przedstawia w pamiętnikach jeszcze inną wersję wydarzeń. O chęci zbudowania w Warszawie wysokościowca polskie władze miały się dowiedzieć wprost od Wiaczesława Mołotowa, już szeregowego, choć nadal wpływowego członka KPZR. 2 lipca 1951 r. do Sigalina zadzwonił Hilary Minc, szef Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, minister przemysłu, i zapowiedział, że następnego dnia bawiący w Warszawie Mołotow „znienacka” wystąpi z propozycją budowy w naszej stolicy wysokościowca. Sigalin, który miał oprowadzać Mołotowa po Warszawie, otrzymał polecenie, aby do tej propozycji „ustosunkować się generalnie pozytywnie i nie wikłać się w szczegóły”. Kiedy więc Mołotow spytał: „A jak byście widzieli w Warszawie taki wieżowiec jak u nas?”, architekt szybko odpowiedział: „No cóż, owszem”.

Drapacz chmur z polską nutą

Ta niezobowiązująca wymiana zdań wystarczyła, aby prace przygotowawcze ruszyły pełną parą. Pierwsze pytanie, na które należało odpowiedzieć, dotyczyło lokalizacji PKiN. Początkowo polscy planiści rozpatrywali pięć miejsc, w zależności od wielkości i kształtu wieżowca. Dwa warianty przewidywały jego budowę przy ul. Marszałkowskiej. Według trzeciego PKiN miał stanąć na lewym brzegu Wisły. Kolejne dwa warianty dotyczyły skrzyżowania ul. Grochowskiej z al. Waszyngtona i okolicy ul. Puławskiej, Waryńskiego i Rakowieckiej. W sierpniu 1951 r. zebrał się specjalny zespół z prezydentem Bierutem i premierem Józefem Cyrankiewiczem na czele, który ostatecznie wybrał ul. Marszałkowską. Na takiej, a nie innej decyzji miały zaważyć centralne położenie ulicy oraz w miarę krótki – w porównaniu z innymi miejscami – czas przygotowania terenu pod budowę.
O wiele dłużej trwały natomiast prace architektoniczne. We wrześniu 1951 r. wysłano do Moskwy grupę polskich architektów, na czele z Sigalinem, którzy mieli zdobyć jak najwięcej informacji o radzieckich drapaczach chmur. Po przybyciu na miejsce okazało się jednak, że gospodarze planują wykorzystać tygodniową wizytę przede wszystkim propagandowo. W natłoku licznych spotkań z władzami oraz dziennikarzami zabrakło czasu na dokładne przyjrzenie się moskiewskim wieżowcom.
Moskiewskie drapacze chmur musiały zrobić na Polakach wrażenie. W latach 1947-1953 wybudowano tam siedem wieżowców, tzw. Siedem Sióstr, z których najwyższy – gmach Uniwersytetu im. Łomonosowa – liczył 240 m. Pozostałe przeznaczono m.in. na hotele, mieszkania komunalne oraz siedzibę Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ich architekci wzorowali się na amerykańskich budowlach z lat 30., czerpiąc z różnych stylów, głównie z rosyjskiego baroku i gotyku.
Miesiąc po wyjeździe Sigalina i jego współpracowników z rewizytą w Polsce zjawił się pięcioosobowy zespół architektów z ZSRR. Wśród nich główną rolę odgrywał Lew Rudniew, wschodząca gwiazda radzieckiej architektury. Do niego należał projekt Uniwersytetu im. Łomonosowa w Moskwie. Był on także jedynym członkiem delegacji, który już wcześniej, w 1931 r., odwiedził Warszawę. Jeszcze przed przyjazdem zespołu ustalono, że polski wieżowiec nie będzie zwykłą kopią już istniejących, lecz zupełnie nowym gmachem o wysokości do 200 m.
W zamyśle projektantów przybyłych z ZSRR warszawski drapacz chmur miał zawierać w sobie wszystko, co w polskiej architekturze najlepsze. „Wyniosłem pełne przeświadczenie – wspominał Janczewski – że zespół autorski chciał nadać projektowi pałacu cechy najbardziej charakterystycznej polskiej architektury od renesansu do klasycyzmu”. Gdzie więc szukać śladów polskości, jeśli nie w miastach i miasteczkach Małopolski, Kujaw czy Lubelszczyzny? Na trasie podróży Rudniewa i jego współpracowników znalazły się m.in. Kraków, Książ Wielki, Płock, Przemyśl, Sandomierz i Toruń. Każdy napotkany zabytek dokładnie fotografowano i szkicowano.
„Wielkie zainteresowanie, podziw, czasem zachwyt dla polskiej architektury, urbanistyki, sztuki, kultury, krajobrazu, no i – dla naszej gościnności. Ci ludzie pierwszy raz w życiu byli na Zachodzie!”, notował na bieżąco Sigalin, który został wyznaczony na pełnomocnika polskiego rządu ds. budowy Pałacu Kultury i Nauki.

Ile tych wież?

Zdobyta podczas ekspedycji dokumentacja pozwoliła architektom wypracować koncepcję nowego budynku. Wstępny projekt opracowali Polacy. Na jego podstawie zespół Rudniewa stworzył własne warianty rozwiązania architektonicznego. Dalsze konsultacje odbyły się już w Moskwie. Tam polska delegacja spośród pięciu propozycji wybrała jedną, wnosząc jednak do niej liczne poprawki. Nadały one budynkowi smuklejszą sylwetkę. Dzięki temu nie dominował on nad okolicą tak natarczywie jak wieżowce w Moskwie. „Myśmy – wspominał Sigalin – widząc pierwsze szkice kolegów radzieckich, sugerowali pewne uspokojenie, radziliśmy pozamykanie obrzeży”.
Główna oś sporu przebiegała wokół liczby wież. Polacy obstawali przy jednej jako rozwiązaniu „mniej bogatym, ale bardziej polskim”, podczas gdy Rudniew upierał się przy jednej dużej wieży i czterech mniejszych. Ostatecznie zawarto kompromis bliższy polskiej koncepcji.
Pół roku później, w kwietniu 1952 r., finalny projekt był już gotowy. „Doszliśmy do wniosku – podsumowywał Rudniew – iż projekt ten powinien mieć na celu stworzenie jednolitego obrazu, obrazu piękna, który by się łączył w jedną całość architektoniczną i stanowił łączność ze starą Warszawą”.
Gmach PKiN – łącznie z prawie 50-metrową iglicą – miał się wznosić na ponad 230 m, co na długi czas dało mu drugie miejsce w Europie, zaraz po budynku głównym Uniwersytetu Moskiewskiego – również autorstwa Rudniewa. Na 42 kondygnacjach (12 ostatnich pięter – w tym Sala Przyjaźni na 32. piętrze – było niedostępnych dla ogółu zwiedzających) rozplanowano m.in. miejsce na centrum naukowe, kompleks muzealno-wystawowy, teatralno-widowiskowy z czterema teatrami i czterema kinami oraz Pałac Młodzieży. W PKiN nową siedzibę znalazła ponadto Polska Akademia Nauk. Dodatkowo – na specjalne życzenie polskich władz – zaplanowano Salę Kongresową, zdolną pomieścić nawet 3 tys. osób.

200% normy

Oficjalnie społeczeństwo dowiedziało się o planach budowy PKiN dopiero 5 kwietnia 1952 r. W ten dzień podpisano dwustronną umowę, w myśl której „rząd Związku Radzieckiego zobowiązuje się zbudować w Warszawie siłami i środkami Związku Radzieckiego 28-, 30-piętrowy gmach Pałacu Kultury i Nauki”. Wszystkie koszty związane z budową miał ponieść ZSRR.
„Że za nic? – dziwił się na łamach „Trybuny Ludu” Karol Małcużyński. – Że jako dowód i wyraz przyjaźni? Po to, żeby bratniemu narodowi pomóc? Kroniki dyplomacji nie znały takich wartości”.
Większość siły roboczej i materiałów pochodziła ze Związku Radzieckiego. Jedynie te surowce, których koszty transportu z ZSRR przekroczyłyby ich wartość, np. gruz czy wapno, kupowano w Polsce – bez bonifikat, jak przekonywały obydwie strony. Umowa szczegółowo regulowała także wynagrodzenie pracowników. Robotnicy radzieccy mieli być opłacani według własnych stawek i norm. Polacy z kolei byli wynagradzani zgodnie z obowiązującymi w Polsce płacami. Strona radziecka płaciła nawet za dni wolne od pracy w święta kościelne.
W kulminacyjnym momencie na placu budowy pracowało ponad 7 tys. robotników, w tym 3,5 tys. z ZSRR. Specjalnie dla nich wybudowano z radzieckich prefabrykatów osiedle Przyjaźń na Jelonkach. W rzeczywistości było to oddzielne miasteczko, z własnymi stołówkami, sklepami, szpitalem, przedszkolem, a nawet biblioteką, kinem i wieczorową szkołą średnią. Do dodatkowych obowiązków robotników należały liczne wizyty w polskich zakładach pracy, wyjazdy edukacyjne na prowincję oraz prelekcje w szkołach. Krajowe media szczególnie upodobały sobie niewielkie grono budowniczych, którzy brali udział w wyzwalaniu Warszawy.
Plac budowy stał się główną atrakcją turystyczną stolicy. Niedługo po rozpoczęciu robót postawiono specjalną rampę, z której warszawiacy i przyjezdni mogli oglądać zmagania robotników z czasem. Władze radzieckie zobowiązały się do ukończenia PKiN w ciągu trzech lat. Tempo robót, od początku mordercze, było jeszcze bardziej podkręcane w celach propagandowych. Przykładowo z okazji 1 maja 1954 r. radzieccy budowniczowie zobowiązali się do wykonania co najmniej 200% normy. Ich polscy koledzy nie pozostali w tyle.
Dowcip z tamtego okresu głosił: „Dwóch turystów wracających z Warszawy kłóci się. – Ja wam mówię, że budują już 31. piętro Pałacu Kultury… – Nigdy w świecie, dopiero 30. – A kiedy zwiedzaliście teren budowy? – W sobotę. – A to nic dziwnego. W sobotę rzeczywiście stawiano 30. piętro, ale ja zwiedzałem w poniedziałek, kiedy już zaczęto montaż 31.”.
Nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem. W 1953 r. z okazji zbliżającego się święta 22 lipca załoga zobowiązała się wybudować nie 25 pięter, jak zakładał plan, lecz 27. Niestety, prace opóźniły się i Narodowe Święto Odrodzenia Polski powitano „tylko” 26 piętrami. Zamiast więc rozpisywać się o kolejnych kondygnacjach, dziennikarze skupili się na metrach, których pod koniec lipca PKiN miał już 110. Na osłodę w rocznicę wybuchu II wojny światowej robotnicy rozpoczęli budowę 31. piętra.
Współzawodnictwo pomiędzy ekipami oraz bicie kolejnych rekordów posuwały prace do przodu. Tworzyły także socjalistycznych herosów, których opisywała prasa, nadając budowie PKiN niemalże mityczny wymiar. O ofiarach mało kto wspominał. Według oficjalnych danych w ciągu trzech lat zginęło 16 radzieckich robotników. Jest to spora liczba, ale w porównaniu z podobnymi ówczesnymi budowami na świecie wcale nie największa. Zostali pochowani na cmentarzu prawosławnym na Woli.
Liczba ofiar PKiN wzrasta do 24, jeśli dodać samobójców. Od początku wieżowiec przyciągał desperatów chcących skończyć z życiem w efektowny sposób. Pierwszy był pewien Francuz, który zamiast z wieży Eiffla wolał skoczyć z tarasu widokowego PKiN. Trudno było o lepszą laurkę dla budowli. Kiedy jednak w ślad za cudzoziemcem zaczęli podążać Polacy, władze zdecydowały się na zainstalowanie na tarasie krat.

Kochany Pałacu

Na początku 1954 r. budynek był już gotowy. „Radzieccy budowniczowie wsparli strop nieba iglicą, której światła nad Warszawą wieszczą zwycięstwo sprawy wielkiej, braterskiej przyjaźni”, pisano w „Po prostu”. W niecałe dwa lata udało się postawić ponaddwustumetrowy gmach, co stanowiło swoisty rekord w skali europejskiej. Nic dziwnego, że duma z ukończenia budowy udzieliła się całemu społeczeństwu.
W lutym przystąpiono do wykańczania wnętrz. Polskie i radzieckie zakłady prześcigały się w dostarczaniu wyszukanych dywanów, mebli, żyrandoli czy kinkietów. W kwietniu zamontowano „centralne oziębianie”, czyli klimatyzację. Powoli sprzątano i porządkowano plac przy wieżowcu. Swoje prace kończyła także stacja badawcza PAN, która od początku towarzyszyła budowie. Zebrane w ten sposób informacje miały posłużyć w dalszych projektach, m.in. przy stawianiu Nowej Huty.
Pałac Kultury i Nauki oddano do użytku 21 lipca 1955 r. Następnego dnia – w Narodowe Święto Odrodzenia Polski – udostępniono wieżowiec zwiedzającym. „Otwierają się szeroko piękne, ozdobne podwoje Pałacu”, relacjonowała „Trybuna Ludu”. Głównym punktem uroczystości było wręczenie budowniczym medali, odznaczeń i dyplomów „od mieszkańców wsi, miasteczek i miast całego kraju”.
Pałac oddziaływał na wyobraźnię. W świadomości wielu ludzi z całego kraju utożsamiał władzę, dlatego tak wiele listów adresowano „Kochany Pałacu” czy „Drogi Pałacu”. Tam poszukiwano sprawiedliwości, sądząc, że w nim mieszczą się siedziby kierownictwa partyjnego i rządowego. Wśród najbardziej osobliwych pism nadesłanych na adres PKiN była skarga pewnej mieszkanki stolicy, utyskującej, że anteny zamontowane na jego szczycie wywołują u niej „niekontrolowane orgazmy, które strasznie wyczerpują”.
Nie tylko budynek robił wrażenie. Przy okazji inwestycji wybudowano ok. 5,5 km nowych ulic, przebudowano prawie 7 km pojedynczych torów tramwajowych. Wylano ponad 101 tys. m kw.
nowych jezdni asfaltowych. Wokół pałacu zlokalizowano parki i zieleńce o powierzchni 9,3 ha, czyli większej niż łączna powierzchnia parku Ujazdowskiego i Ogrodu Krasińskich. Pod ziemią wybudowano ponad 9 km kanałów. Po raz pierwszy w kraju założono też podziemne sieci dla telewizji i radiofonii.
Przez trzy lata budowy PKiN wiele się zmieniło w Polsce i na świecie. Wydarzeniem przełomowym – również dla samej inwestycji – była śmierć Stalina w marcu 1953 r. Odejście fundatora, którego imię miał nosić stawiany wieżowiec, dodatkowo przyspieszyło budowę. Nie na tyle jednak, aby zdążyć z pomnikiem darczyńcy. Obrady komisji przedłużały się, kolejne projekty odrzucano jako zbyt skromne bądź zbyt śmiałe. W końcu nadszedł luty 1956 r. i XX Zjazd KPZR. Krytyka kultu jednostki, spowodowana ujawnieniem ogromu zbrodni Stalina, ostatecznie pogrzebała szansę na postawienie jego pomnika w polskiej stolicy. Ku radości jej mieszkańców.

Symbol stolicy

Sam budynek od początku wywoływał w warszawiakach i przyjezdnych mieszane uczucia. Krótko po jego otwarciu powstała zagadka: „Jakie jest najpiękniejsze miejsce w Warszawie? 30. piętro PKiN, bo stamtąd nie widać Pałacu Kultury”. Szybko przezwano go Pekinem. Jeśli wierzyć Leopoldowi Tyrmandowi, „poza anagramem, jest w tym podtekst: tak nazywano z uszczypliwym lekceważeniem wielką czynszówkę w przedwojennej Warszawie, na rogu Złotej i Żelaznej, siedlisko pokątnych domów rozpusty”. Liczniejsza była jednak grupa sympatyków pałacu, według których wieżowiec przywrócił wciąż odbudowywanej stolicy charakter europejskiej metropolii.
Krytyka PKiN nasiliła się po 1989 r. Wtedy po raz pierwszy oficjalnie pojawiły się żądania jego zburzenia. Co wyrozumialsi proponowali rozebranie wieżowca i przeniesienie go w inne miejsce. Niedawno dyskusję na nowo rozbudził Radosław Sikorski. „W miejsce Pałacu Kultury powinien powstać park centralny dla Warszawy”, ogłosił minister z trybuny sejmowej w styczniu 2012 r. Jego zdaniem zburzenie PKiN mogłoby się stać symbolem końca komunizmu na miarę rozebrania muru berlińskiego.
Na nieszczęście dla min. Sikorskiego w lutym 2007 r. Pałac Kultury i Nauki wpisano na listę zabytków. Oznacza to, że wszelkie prace z nim związane wymagają zgody konserwatora zabytków. Jak przekonywali zwolennicy takiego rozwiązania, PKiN „to wybitny przykład architektury socrealizmu. Nawet w dawnym Związku Radzieckim trudno znaleźć obiekty równie wysokiej klasy”.
Dla wielu pokoleń Polaków PKiN stał się nieodłącznym elementem stolicy, jak kolumna Zygmunta czy Syrenka. Jest to fragment naszej najnowszej historii, symbol Warszawy drugiej połowy XX w. Z kolei obcokrajowcy odkrywają w nim fascynującą architekturę, wyróżniającą się na tle bezkształtnych i pozbawionych wyrazu współczesnych budowli. Liczbą i jakością zabytków Warszawa nie ma co konkurować z zachodnioeuropejskimi stolicami. Na znudzonych turystach z Niemiec czy USA wrażenia nie zrobi także Stadion Narodowy, podobnych konstrukcji jest bowiem w Europie i na świecie bez liku. Natomiast Pałac Kultury i Nauki ze swoją wyjątkową, kontrowersyjną architekturą i przeszłością więcej mówi o tożsamości polskiej stolicy niż jakakolwiek budowla powstała po 1989 r.
Krzysztof Wasilewski

Bibliografia:
Henryk Janczewski, Całe życie z Warszawą, Warszawa 1986
Włodzimierz Kowalski, Walka dyplomatyczna o miejsce Polski w Europie 1939-1945, Warszawa 1979
Józef Sigalin, Warszawa 1944-1980. Z archiwum architekta, tom 2, Warszawa 1986
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Warszawa 1989


Pałacowe tempo

21 kwietnia 1952 r. – uchwała nr 307/52 Prezydium Rządu w sprawie szkicowego projektu architektonicznego Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie
listopad 1952 r. – decyzja o przykryciu żelbetową płytą wykopu kolejowej linii średnicowej
30 kwietnia 1952 r. – porozumienie w sprawie polsko-radzieckich rozliczeń
1 maja 1952 r. – do akcji wyruszają pierwsze radzieckie koparki
21 lipca 1952 r. – rozpoczęcie wylewania fundamentów
4 października 1952 r. – zakończenie wylewania fundamentów
22 listopada 1952 r. – montaż trzeciej kondygnacji
przełom listopada i grudnia 1952 r. – rozpoczęcie montażu piątej kondygnacji
połowa grudnia 1952 r. – prasa donosi: na budowie pałacu zamontowano już 3 tys. ton stali
pierwszy tydzień lutego 1953 r. – 8 tys. ton stali, korpus pałacu osiągnął szóste piętro
koniec marca 1953 r. – rozpoczęcie montażu 10. kondygnacji
połowa maja 1953 r. – gazety donoszą o montażu 13. kondygnacji i 11 tys. ton stali
początek czerwca 1953 r. – początek montażu 15. kondygnacji
10 lipca 1953 r. – zakończenie budowy 20. kondygnacji
połowa sierpnia 1953 r. – osiągnięto 29. piętro

koniec sierpnia 1953 r. – jest już 30. piętro
1 września 1953 r. – gotowa 31. kondygnacja
5 października 1953 r. – montaż 38. piętra i zakończenie kopuły Sali Kongresowej
15 października 1953 r. – zaczyna powstawać 42. piętro
22 października 1953 r. – przystąpiono do montażu iglicy
koniec 1953 r. – pałac wyrósł do 227 m wysokości
luty 1954 r. – przystąpiono do wykańczania wnętrz
11 kwietnia 1954 r. – wokół pałacu znikają ostatnie rusztowania
czerwiec 1954 r. – stan surowy zamknięty osiągnęła Sala Kongresowa, na basenie robotnicy radzieccy stawiają trampolinę
jesień 1954 r. – brygada Bukietowa pracująca przy oblicowywaniu marmurem kolumn Sali Kongresowej wykonuje 280% normy dziennie
luty 1955 r. – stopniowe przekazywanie kolejnych części gmachu: sportowej, muzealnej i teatralnej
21 lipca 1955 r., godz. 16.00 – ambasador ZSRR Pantelejmon Ponomarienko i premier rządu PRL Józef Cyrankiewicz, siedząc przy stole ustawionym przed wejściem głównym do pałacu, podpisali protokół przekazania Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina
22 lipca 1955 r. – pałac został udostępniony „całemu społeczeństwu polskiemu”


Do wykańczania pałacowych wnętrz wykorzystywano piękne polskie kamienie: kolorowe marmury i wapienie, różnokolorowe granity – jasnoszary ze Strzegomia, jasnoróżowy i czarny ze Szklarskiej Poręby. Czasami dochodziło do nieporozumień. Prób na zamarzanie przeprowadzanych w Instytucie Techniki Budowlanej nie wytrzymał np. wapień pińczowski, który miał być wykorzystany do budowy monumentalnego portyku z kilkunastoma kolumnami w gmachu frontowym oraz do obramowania okien w centralnej części pałacu. Przebadano więc fragmenty kamienia wycięte ze zbudowanych z niego pińczowskich zabytków. One również nie przeszły testu. Ostatecznie jednak ITB dał się przekonać, że budynki stojące w Pińczowie od XV czy XVI w. świadczą o tym, że tamtejszy wapień nadaje się do celów budowlanych.

 

 

Wydanie: 16/2012

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Lech Janczewski
    Lech Janczewski 13 listopada, 2013, 09:52

    Warto zwrócić uwage na sprawę zagospodarowania terenu wokół PKiN: na podstawie uzgodnień między rządami, Rosjanie były odpowiedzialni za budowę samego gmachu, natomiast Polacy – za otoczenie.
    Tutaj przytoczę interesującą historię, jaką osobiście opowiadał mi mój ojciec, wymieninany w artykule Henryk Janczewski:
    Budowa Pałacu przyciągała uwagę wszystkich, a w szczególności najwyższych władz Polski. W czasie jednej z tych wizyt ówczesny prezydent, Bolesław Bierut, zwiedzał tereny budowy. W tym czasie ruiny dworca Warszawa Główna (na rogu Marszłkowskiej i Al. Jerozolimskich, mniej więcej tam, gdzie obecnie znajduje się przystanek Warszawa-Śródmieście) były usunięte i widać było wielką dziurę w ziemi, resztki zabudowy i perony dworca linii średnicowej. Już wcześniej było ustalone, że ta część otoczenia PKiN nie będzie zagospodarowana, ze względu na wysokie koszty.
    W czasie owej wizyty mój ojciec, wraz z innymi Polakami, zaprowadził Bieruta na brzeg tej dziury i zaproponował, by to przekryć płytą. Miałoby to znakomity wpływ na uporządkowanie otoczenia Pałacu. Byłoby to jednak bardzo kosztowne. Bierut obiecał zaopiniować sprawę i ku zaskoczeniu wszystkich, już następnego dnia był telefon z jego sekrteariatu, że jest zgoda na tą dodatkową inwestycję. Dzięki temu, w momencie ukończenia budowy PKiN, całe tereny dworcowe wzdłuż Alei Jerozolimskich od Marszałkowskiej do Emili Plater zostały zakryte i powierzchnia zagospodarowana. Wtedy właśnie powstały też te dwa pawilony dworca Warszawa- Sródmieście.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy