Przegrani zwycięzcy

Jak alianci potraktowali żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie

Porzucenie Polski przez mocarstwa w 1945 r. miało nie tylko wymiar symboliczny. Dla niemal 250 tys. żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie oznaczało wybór między powrotem do ojczyzny, której już nie rozumieli, a pozostaniem na obcej ziemi, która już ich nie potrzebowała.
Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia (PKPR), w który w 1946 r. przekształcono Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie (PSZ), stał się wylęgarnią taniej siły roboczej. „Rozbrojona masa żołnierska – wspominał płk Stanisław Pstrokoński – zamieniała się stopniowo na bezdomny, bezsilny rozgoryczony tłum poniewieranych wygnańców, których podstępnie wywieziono na brytyjskie targowisko, chłopom i fabrykantom angielskim na parobków oraz krajom zamorskim do nabycia”.
Tylko niektórzy żołnierze otrzymali możliwość kontynuowania nauki na uniwersytetach. Nielepszy los spotkał generałów. Skromną emeryturę otrzymało tylko czterech z prawie 130 przebywających wówczas na Zachodzie generałów, 15 generałom przyznano specjalny jednorazowy grant w wysokości tysiąca funtów. Wśród tych, których pominięto, znaleźli się prawdziwi bohaterowie lat wojny – generałowie Sosabowski i Maczek. Pierwszy nie mógł nawet liczyć na bezprocentową pożyczkę. Przez resztę swojego życia zarabiał na utrzymanie pracą fizyczną. Dopiero w 2006 r., a więc 39 lat po śmierci, oficjalnie uznano jego zasługi w oswobodzeniu Holandii. Z kolei gen. Maczek po wojnie stanął za barem w lokalu prowadzonym przez byłego podwładnego. Pielęgniarz, windziarz, kreślarz, sklepikarz, rolnik, konserwator mebli, przewodnik turystyczny – to zawody, którymi parała się polska generalicja na powojennej emigracji.
Tworzenie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie rozpoczęło się już w pierwszych dniach kampanii wrześniowej. Na mocy umowy między Warszawą a Paryżem z 9 września 1939 r. władze polskie zyskały prawo do utworzenia we Francji jednej dywizji piechoty. Nim jednak zebrano wystarczającą liczbę ochotników, okazało się, że żaden z aliantów nie spieszy się z pomocą. Co więcej, pojawiły się problemy organizacyjne. Zachodni sojusznicy nawet nie ukrywali, że główną przeszkodą w realizacji umowy była ich niechęć do sanacyjnych przywódców.
Sytuacja odmieniła się wraz z utworzeniem nowego rządu na czele z gen. Władysławem Sikorskim. Słusznie uważany za ulubieńca paryskich salonów, Sikorski zyskał nie tylko przychylność sojuszników, ale także ich wsparcie finansowe. Dzięki kolejnej umowie z 4 stycznia 1940 r. rozpoczęto odtwarzanie Wojska Polskiego. Obok pracujących we Francji czy w Belgii górników, jego szeregi zasilili żołnierze i oficerowie, którzy po klęsce wrześniowej różnymi drogami przedostali się do Francji. W kwietniu 1940 r. Polskie Siły Zbrojne liczyły już ok. 82 tys. żołnierzy, w tym 8 tys. lotników i prawie 1,5 tys. marynarzy. Polska armia miała składać się z dwóch korpusów piechoty i jednej, rozbudowanej, jednostki pancernej. Perspektywa wysłania brytyjsko-francuskiej ekspedycji wojskowej do Finlandii, która właśnie toczyła wojnę z ZSRR, skłoniła Sikorskiego do utworzenia dodatkowej Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich.

FILAR SUWERENNOŚCI

Od początku PSZ uważano za filar polskiej suwerenności. W okólniku z 19 lutego 1940 r. wysłanym do polskich placówek dyplomatycznych August Zaleski, minister spraw zagranicznych, informował, że Polska „kontynuować będzie walkę zbrojną na lądzie, morzu i w powietrzu przy boku Francji i Anglii” oraz będzie prowadzić politykę państwa „mającego z natury rzeczy równy z pozostałymi państwami sojuszniczymi głos we wszystkich sprawach i decyzjach związanych z toczącą się wojną i ustaleniem warunków przyszłego pokoju”.
Polityczny aspekt PSZ zaważył na ich dalszym losie. W myśl doktryny gen. Sikorskiego im bardziej polscy żołnierze zasłużyli się na polu bitwy, tym mocniejsza stawała się jego pozycja w rozmowach z Londynem i Paryżem. Zapewne dlatego zwlekał z decyzją o ewakuacji polskich oddziałów do Anglii w czerwcu 1940 r., skazując swoich żołnierzy na bezsensowną walkę nawet po kapitulacji Francji. Cóż z tego, że jej wódz naczelny, gen. Maxime Weygand, powiedział: „Inaczej potoczyłyby się wypadki wojenne, gdybym miał dziesięć takich dywizji jak polskie”? Spóźniony rozkaz ewakuacji kosztował życie setek ludzi i podkopał morale polskiej armii. Nie poprawił natomiast pozycji Sikorskiego, którego alianci nadal traktowali z góry.
Karta wojenna PSZ to pasmo bohaterskich, choć nie zawsze zwieńczonych sukcesem akcji. Polscy żołnierze byli wszędzie tam, gdzie ich zachodni sojusznicy, wyróżniając się na ich tle bojowością i uporem. Dorobek polskich dywizjonów lotniczych to prawie 900 zestrzelonych i ponad 200 uszkodzonych samolotów nieprzyjaciela. Trudno także przecenić udział 1. Dywizji Pancernej pod dowództwem gen. Stanisława Maczka w oswobadzaniu Belgii i Holandii, a także w walkach w zachodnich Niemczech. W tych ostatnich przez niemal trzy lata oficjalnie funkcjonowało polskie miasteczko o wymownej nazwie „Maczków”.
Niemniej bohaterską postawą wykazała się 4. Brygada Kadrowa Strzelców (przemianowana później na 1. Samodzielną Brygadę Spadochronową) dowodzona przez gen. Stanisława Sosabowskiego. Szykowana do wsparcia powstania warszawskiego, ostatecznie wzięła udział w chybionej operacji „Market-Garden”. Niepowodzenie ofensywy, spowodowane kiepską organizacją i brakiem rozeznania w brytyjskim sztabie, kosztowało Sosabowskiego stanowisko i dobrą opinię. Był on jedynym dowódcą, który jeszcze przed rozpoczęciem operacji zwracał uwagę na jej mankamenty. Alianci, nieprzywykli do wysłuchiwania uwag słabszego sojusznika, uczynili Sosabowskiego kozłem ofiarnym i złamali jego dalszą karierę wojskową.

A PO WOJNIE…

Dla większości jednak Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie wiążą się przede wszystkim z 2. Korpusem gen. Władysława Andersa. Uformowany w ZSRR, zmuszony do ewakuacji do Iranu,
2. Korpus zwieńczył swoją wojenną epopeję zwycięską kampanią włoską, której ukoronowaniem było przełamanie Linii Gustawa i zdobycie Monte Cassino.
Żołnierze gen. Andersa, podobnie jak ich koledzy z pozostałych jednostek PSZ, naiwnie – jak się później okazało – sądzili, że od ich postawy na froncie może zależeć przyszły los Polski. Miesiąc po zakończeniu II wojny światowej w Europie na łamach „Orła Białego”, organu prasowego 2. Korpusu, pisano, że świadomość ta „pozwoliła już niejednokrotnie 2. Korpusowi zająć decydujące stanowisko w sprawach naszych państwowych i uratować politykę polską przed posunięciami dyktowanymi przez słabość i upadek wiary w siłę narodu polskiego”.
W czasie wojny zachodni alianci nie nadążali z pochwałami dla PSZ. Jednak twarde reguły polityki międzynarodowej nie pozwalały im na sentymenty po zakończeniu walk. Utworzony w Polsce
28 czerwca 1945 r. Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej (TRJN) już następnego dnia został uznany przez Francję, tydzień później taką samą decyzję podjęły Anglia i Stany Zjednoczone. Tym samym cofnęły one swoje uznanie emigracyjnemu gabinetowi Tomasza Arciszewskiego. Oznaczało to, że zwierzchnictwo nad całym polskim wojskiem powinno przejść w ręce władz krajowych.
W szeregach PSZ decyzję zachodnich mocarstw przyjęto z rozgoryczeniem. Nastroje polskiego wojska w pełni wyraził gen. Anders, który w rozkazie z 6 lipca 1945 r. pisał: „Zostaliśmy w tej chwili jedyną cząstką Narodu Polskiego, która ma możność i obowiązek głośnego wyrażania swej woli i właśnie dlatego trzeba, abyśmy słowem i czynem dziś stwierdzili, że jesteśmy wierni przysiędze żołnierskiej, wierni naszym obywatelskim obowiązkom względem Ojczyzny. (…) Zmuszony dziś do milczenia Kraj patrzy w naszą stronę. Chce nas widzieć na Ziemi Ojczystej, do której dążymy i tęsknimy z całego serca, ale chce nas widzieć nie jako niewolników obcej przemocy; chce nas widzieć… jako zwiastunów prawdziwej wolności”.
Brytyjczycy doskonale zdawali sobie sprawę z niezadowolenia polskiego dowództwa. Dlatego tę tykającą bombę, jaką były PSZ, starali się rozbroić możliwie szybko i bezboleśnie. Realizację tego zadania rozpoczęto postanowieniem o formalnym włączeniu polskich jednostek w brytyjskie struktury wojskowe. Z jednej strony pozwalało to PSZ pozostać poza zwierzchnictwem rządu w Warszawie. Z drugiej jednak, do minimum ograniczało wpływ „polskiego Londynu” na dalsze losy żołnierzy.

TAJNE ROZMOWY

Jeszcze w 1945 r. rozpoczęły się tajne polsko-brytyjskie rokowania w sprawie przyszłości PSZ. Stroną, która zainicjowała rozmowy, był Londyn, co świadczyło o jego determinacji pozbycia się „polskiego problemu”. Poza pustymi frazesami o konieczności „poszanowania godności żołnierzy PSZ” Brytyjczycy byli skłonni dać Warszawie wolną rękę w sposobie ich dalszego zagospodarowania. Jednak zdominowany przez komunistów TRJN „specjalnie się do tego nie kwapił” – jak trafnie podsumował emigracyjny historyk prof. Tadeusz Wyrwa. W Warszawie obawiano się bowiem obecności ponad 200-tysięcznej, dobrze wyszkolonej i zjednoczonej grupy, której przyjazd do kraju tuż po wojnie mógłby zagrozić pozycji PPR.
Jako próbę storpedowania dalszych rozmów można więc odbierać wydelegowanie do Londynu misji wojskowej na czele z gen. Karolem Świerczewskim. W Warszawie słusznie przewidywano, że dla Brytyjczyków będzie to kandydatura nie do zaakceptowania. Z kolei na wcale niemałą grupę tych żołnierzy PSZ, którzy rozważali powrót do kraju, osoba generała – zdeklarowanego komunisty – działała wręcz zniechęcająco. Złego wrażenia nie zdołała już zatrzeć zmiana w kierownictwie misji, na której szefa wytypowano w końcu gen. Izydora Modelskiego. Pomysł podporządkowania PSZ władzom krajowym szybko upadł, a jego ostateczną klęskę przypieczętował powrót Modelskiego do Warszawy na początku 1947 r.
Problem jednak pozostał. W styczniu 1946 r. szefowie sztabów brytyjskiego wojska uznali, że „trzeba podjąć wszelkie próby, ażeby uzyskać współpracę Andersa, wzywając go do Londynu na konsultacje z ministrem spraw zagranicznych i premierem”. Jak bardzo byli zdeterminowani, świadczyć może to, że w razie niepowodzenia rozmów przewidywano nawet siłowe uniemożliwienie Andersowi powrotu do Włoch, gdzie w dalszym ciągu stacjonował 2. Korpus.
Spotkanie z Andersem odbyło się w lutym. Wzięli w nim udział także postali polscy dowódcy. Bez zbędnych formalności premier Clement Attlee zakomunikował im, że „demobilizacja PSZ została postanowiona. Rząd Jej Królewskiej Mości doszedł do porozumienia z rządem warszawskim odnośnie do dobrego traktowania żołnierzy powracających do Polski i będzie jak najbardziej popierał ich powrót jako najlepsze rozwiązanie”. Jeszcze zanim Anders zdążył wrócić do Włoch, we wszystkich jednostkach PSZ rozpoczęto kolportaż ulotki, w której Brytyjczycy wzywali polskich żołnierzy do powrotu do kraju.

OFICJALNY PROTEST

Ultymatywna postawa Brytyjczyków wywoływała opór w „polskim Londynie”. Kiedy emigracyjne władze dowiedziały się o efekcie spotkania premiera Attlee z dowództwem PSZ (generałowie: Władysław Anders, Mateusz Iżycki, Stanisław Kopański, Stanisław Maczek, Klemens Rudnicki, Józef Wiatr oraz admirał Jerzy Świrski), powzięły decyzję o wystosowaniu do rządu angielskiego oficjalnego protestu. Jej realizację zastopował natychmiastowy sprzeciw Andersa i pozostałych generałów, którzy uważali, że protest „nie dałby żadnych pozytywnych wyników, natomiast wywołałby niepotrzebnie zaognienie sytuacji, co mogłoby jedynie przyspieszyć demobilizację”. Pomiędzy emigracyjnymi władzami cywilnymi a generalicją wybuchła wojna na górze.
Podczas spotkań z dowództwem PSZ prezydent Władysław Raczkiewicz nie ukrywał niezadowolenia. W trakcie jednej z rozmów – jak zanotowano w protokole – „z głębokimi akcentami goryczy wyraził się, że on i rząd są często stawiani przez władze wojskowe wobec faktów dokonanych i że on jest zmuszony brać na swoją odpowiedzialność wystąpienia, na które nigdy by zgodzić się nie mógł, gdyby były one przedstawiane mu do decyzji we właściwym czasie”.
Rozdźwięk między polskim rządem a dowództwem PSZ nie umknął uwadze Londynu. „Ogólnie biorąc – przekonywano w Foreign Office – uzyskamy zapewne najlepsze wyniki, jeśli damy generałom polskim wrażenie, iż są konsultowani oraz proszeni o radę i pomoc”.
Pod koniec maja 1946 r. polskie dowództwo otrzymało do konsultacji, a w zasadzie do akceptacji, projekt przekształcenia PSZ w Polski Przemysłowy Korpus Osiedleńczy, przemianowany wkrótce na Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia. Plany przewidywały m.in. włączenie do PKPR jeńców wojennych z kampanii wrześniowej oraz przeniesienie 2. Korpusu z Włoch do Wielkiej Brytanii. Najwięcej kontrowersji wzbudził pomysł pozostawienia polskiego lotnictwa w ramach RAF, pod warunkiem przyjęcia przez polskich pilotów brytyjskiego obywatelstwa.
Emigracyjne władze nie zostawiły na tych planach suchej nitki. Trzy dni po ujawnieniu pomysłu o utworzeniu PKPR prezydent Władysław Raczkiewicz oświadczył publicznie, że „żołnierze Polskich Sił Zbrojnych, bez względu na narzucone im warunki, nie przestają być żołnierzami Rzeczypospolitej Polskiej, a prawa i obowiązki ich stąd wynikające są nienaruszone”. Ku ogólnemu zaskoczeniu niemal równocześnie zgoła odmienne zdanie wyraziła generalicja PSZ. W piśmie do szefa Foreign Office, Ernesta Bevina, generałowie pisali: „W pełni doceniamy wysiłki i dobrą wolę rządu brytyjskiego w kierunku zapewnienia przyszłości naszym żołnierzom, marynarzom i lotnikom oraz ich bliskim, których wyrazem są powzięte postanowienia i gotowi jesteśmy z naszej strony przyczynić się do ich urzeczywistnienia w poczuciu odpowiedzialności za los naszych podkomendnych i towarzyszy broni”.

NAPIĘTA SYTUACJA

Ugodowość dowództwa nie szła w parze z nastrojami panującymi w szeregach PSZ. Jak wspomina żołnierz i dziennikarz Zbigniew Jasiński, „ówczesny Londyn był zastraszony i służalczy… w masach żołnierskich 2. Korpusu trwał duch zdecydowanie bojowy”. Wykorzystując nieobecność Andersa we Włoszech, wśród oficerów 2. Korpusu zawiązała się grupa z gen. Nikodemem Sulikiem na czele. Jej członkowie wystąpili z propozycją protestu, który miał osiągnąć dwa cele: „polityczny – poruszenie opinii świata – i społeczny, upomnienie się o wszystkich Polaków przebywających za granicami Polski, którym dzieje się krzywda”.
Wśród inicjatorów protestu początkowo panowała opinia, że żołnierze 2. Korpusu powinni odmówić zaokrętowania i przeniesienia do Wielkiej Brytanii. Ostatecznie przeważyło zdanie, że „nie można narażać się jedynemu sprzymierzeńcowi na Zachodzie”. Sytuacja pozostawała jednak napięta. Niewiele zmienił powrót gen. Władysława Andersa, na którego apel o zaniechanie protestu odpowiedziało pozytywnie zaledwie sześciu z 62 oficerów. „Gdy likwiduje się Wojsko Polskie, ostatni zewnętrzny symbol polskości na terenie emigracji – przekonywał ppłk Piotr Harcaj – musimy zaprotestować przeciwko tej krzywdzie, jaka spotyka Naród polski”.
Część oficerów 2. Korpusu, a także emigracyjnych polityków, odrzucała protest jako niewystarczający. Przekonywali, że skoro Brytyjczycy chcieli się ich pozbyć, należało wziąć sprawy we własne ręce. Jak wspominał ks. Walerian Meysztowicz, radca ambasady RP w Watykanie, „majaczyło się nam przejście Korpusu wzdłuż Adriatyku na południe, zajęcie księstwa Bari, wymuszenie na rządzie włoskim młodego króla Humberta żywności, utrzymanie w ten sposób za morzami skrawka niepodległości, podczas gdy bolszewicy okupowali Polskę”.
Ostatecznie nic nie wyszło z tych desperackich planów. Pomimo nalegań ks. Meysztowicza gen. Anders pozostał niewzruszony. Obawiał się, czy jego żołnierze posłuchają takiego rozkazu. W rzeczywistości to jego zgoda na podporządkowanie się Brytyjczykom spotkała się z buntem. Część kadry oficerskiej nadal marzyła o budowie nowej Polski na terytorium jednej z byłych kolonii niemieckich czy włoskich. Jako cel minimum stawiali zorganizowanie polskiej diaspory w jednym miejscu. W żadnym wypadku nie chcieli się zgodzić, aby „roztopić element polski wśród obcych społeczeństw, zużytkowując polską dzielność i pracę, wchłaniając polską młodość i dynamizm”.
Nie wszystkie polskie jednostki podzielały bojowy nastrój 2. Korpusu. Jeszcze w maju 1946 r. dowódca Polskiej Marynarki Wojennej rozkazał przekazać podległe mu okręty „Błyskawica”, „Burza” i „Wilk” pod zwierzchnictwo rządu w Warszawie. Decyzja ta wywołała sprzeciw części generalicji i władz emigracyjnych. Po admiralicji spodziewano się raczej romantycznego gestu w rodzaju zatopienia całej floty, wzorem Francji w 1942 r., niż wsparcia „komunistycznego reżimu”.

PLAN DEMOBILIZACJI

Pomimo protestów napływających z różnych stron polskiej diaspory, Brytyjczycy z całą mocą realizowali swój plan demobilizacji Polskich Sił Zbrojnych. Wszelkie wątpliwości żołnierzy rozwiało oświadczenie gen. Andersa z 12 września 1946 r., w którym rozkazał zapisywanie się do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Uległość generała nie umknęła uwadze Foreign Office. „Anders był jak najbardziej przyjazny i chętny do współpracy podczas swego pobytu tutaj – stwierdzał jeden z raportów. – Należy przewidzieć hojne świadczenie finansowe na utrzymanie generała Andersa”.
Hojne świadczenia okazały się skromną emeryturą. Jeszcze smutniejszy los spotkał żołnierzy 2. Korpusu. Co prawda władze w Londynie pozwoliły im osiedlić się na Wyspach, jednak pozbawiły tego prawa ich włoskie żony. Większość polsko-włoskich małżeństw pozostała więc w Italii, gdzie warunki bytowe były o wiele gorsze niż w Wielkiej Brytanii. Rozżalenie żołnierzy dobrze ujął jeden z nich, późniejszy publicysta paryskiej „Kultury” Juliusz Mieroszewski: „Wtedy, kiedy Korpus był uzbrojoną, zwartą jednostką, nikomu nie chciało się stawiać żądań pod adresem Anglików. Dziś pozwoliliśmy się rozbroić jak barany i na jakiekolwiek żądanie jest za późno. Polskie władze skrzywdziły mnie, bo nie stanęły w obronie moich podstawowych ludzkich praw”.
Epopeja Polskich Sił Zbrojnych zakończyła się 10 lipca 1947 r. uroczystym złożeniem sztandarów. Do września 1949 r., czyli do rozwiązania PKPR, spośród niemal 250 tys. żołnierzy na powrót do kraju zdecydowało się ok. 120 tys., w tym ponad 30 generałów lub dowódców wielkich jednostek i szefów służb. Jedna trzecia z nich otrzymała angaż w Wojsku Polskim. Pozostali starali się wieść normalne życie, choć przez dłuższy czas znajdowali się pod dyskretną obserwacją służb. Powracający do kraju oficerowie (także podoficerowie) wiele przeszli w czasach stalinowskich. Niejeden z nich zaznał brutalnych metod traktowania więzionych, a niektórzy stracili życie.
Ci, którzy wybrali emigrację, osiedlili się w Wielkiej Brytanii bądź rozpierzchli się po całym świecie. W ciągu dnia pracowali w fabrykach, po południu spotykali się w polskich klubach, gdzie wspominali dni wojennej chwały i dyskutowali nad przyszłością Polski.
Prof. Mieczysław Nurek, autor monumentalnej pracy na temat powojennych dziejów Polskich Sił Zbrojnych, pisał: „Los nie oszczędził ani Polaków-żołnierzy, którzy dźwigać musieli brzemię tułaczego losu, ani tych powracających do Polski. Mocarstwa swoją polityką nadały im status przegranych zwycięzców”.
Jakkolwiek oceniać emigrację z jej alergicznym antykomunizmem, trudno przejść obojętnie nad powojennym losem żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych. Większość z nich już nigdy nie odwiedziła ojczyzny. Gen. Anders oraz generałowie i oficerowie, którzy wstąpili do PKPR, uchwałą Rady Ministrów z 26 września 1946 r. zostali pozbawieni nawet polskiego obywatelstwa (uchwałę tę unieważniono dopiero w ustawie o obywatelstwie z 2009 r., która weszła życie w ubiegłym roku). Tęsknotę za domem rodzinnym potęgowało poczucie wielkiej krzywdy. Kiedy ich zachodni koledzy odbierali kolejne laury i medale, oni w całkowitym zapomnieniu ledwo wiązali koniec z końcem.

Powojenne losy żołnierzy
Gen. Stanisław Maczek – po wojnie pracował jako sprzedawca, a następnie barman w hotelowej restauracji. Jego przeszłość znali tylko najbliżsi.
Gen. Tadeusz Bór-Komorowski, ostatni Wódz Naczelny Polskich Sił Zbrojnych – premier emigracyjnego rządu, a jednocześnie pracownik zakładu dekoratorskiego i tapicerskiego.
Gen. Stanisław Sosabowski – pozostający w niełasce Brytyjczyków został pozbawiony wszelkich uposażeń należnych kombatantom. Pracował jako magazynier w różnych fabrykach, żył skromnie, większość pieniędzy przeznaczał na opiekę nad ociemniałym synem, zmarł na zawał serca.
Gen. Klemens Rudnicki – po wojnie założył antykwariat i zajmował się restauracją obrazów.
Płk pilot Janusz Żurakowski – po wojnie wyjechał do USA, gdzie początkowo pracował jako tokarz, karierę zawodową kontynuował w Centrum Badań Obronnych Armii USA jako konstruktor antyrakiety Patriot.
Ppłk pilot Jan Zumbach – dowódca Dywizjonu 303, po wojnie parał się przemytem w Afryce, gdzie posługiwał się pseudonimem Johnny „Kamikaze” Brown.
Mjr pilot Władysław Jan Nowak – dowódca Dywizjonu 317, po wojnie pracował w sklepie delikatesowym i kawiarni.
Ryszard Kaczorowski – żołnierz 2. Korpusu, ostatni prezydent RP na uchodźstwie, po wojnie pracował jako księgowy w brytyjskich bankach.
Podwójny żywot generała
Mieszkałem na Chiswicku i mój Labour Exchange znajdował się w dzielnicy Acton. Poszedłem tam. Nie stawiałem żadnych specjalnych warunków co do rodzaju zajęcia. Zaproponowano mi stanowisko magazyniera w CAV, wielkiej fabryce urządzeń elektrycznych, motorów Diesla itd. (koncern Lucasa). Nie miałem żadnego wyboru. (…) Było to dnia 5 grudnia 1949 r. Tygodniowy mój zarobek wynosił wtedy 6 funtów. (…)
Istotnie nie jest odpowiednim zajęciem dla generała praca w magazynie, polegająca na odbiorze i wydawaniu z magazynu materiałów, prowadzeniu ich ewidencji, utrzymywaniu magazynu w porządku. Nie jest to praca ani drobna, ani też lekka, jak w tym przypadku, gdy materiały są przeważnie z miedzi lub mosiądzu; gdy jest się cały czas pracy na nogach; gdy trzeba dźwigać ciężkie skrzynki; wspinać się po drabince lub nawet bez niej na górne półki, by ustawić lub zdjąć materiał i znieść na dół. Nie jest to praca lekka nawet dla wysportowanego młodego pracownika, a cóż dopiero w moim wieku. (…)
Musiałem samego siebie przekonać i świadomie dostosować się do tego, że w fabryce nie jestem rozkazodawcą, tylko wykonawcą i niczym więcej. Przyjąłem świadomie i bez szemrania rolę szeregowego. (…) Próbowałem w skromnym moim zakresie zrobić pewne ulepszenia, (…) naraziłem się przez to kierownictwu departamentu materiałowego.
Po krótkiej chorobie i urlopie ukończyłem miesięczny kurs handlu zagranicznego, by poniekąd nostryfikować mój dyplom z Polski. Próbowałem znaleźć zajęcie w City. Przekroczyłem wtedy 60 lat… Wysiłki moje rozbiły się o mój wiek i „dostojność generalską”. Wróciłem do fabryki, do tego samego magazynu (…) i otrzymałem wymówienie. I znowu szczęśliwy los zetknął mnie w hali maszynowej z dr. J., dyrektorem produkcji. Znalazł mi zajęcie w Electric Assembly. (…) Zwolniony zostałem z pracy 30 grudnia 1966 r., dobijając do wieku lat 75. (…)
Przez 17 lat pracowałem w fabryce jako oficjalnie nieznany, prowadząc żywot podwójny: zwykłego robotnika przez pięć dni w tygodniu, jako „szeregowiec fabryczny” – „Stan”, oraz dostojny żywot polskiego generała, poniekąd „ojca” polskich spadochroniarzy.
Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem. Wspomnienia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011

Niech złożą podanie
III RP nie potraktowała gen. Maczka lepiej niż alianci. Oto fragment relacji prof. Edwarda Rożka, oficera 1. Dywizji Pancernej, po wojnie profesora na Uniwersytecie Kolorado, doradcy amerykańskich prezydentów, m.in. Ronalda Reagana i George’a Busha: W 1992 r. towarzyszyłem prezydentowi Bushowi w przywiezieniu zwłok Ignacego Paderewskiego do Polski. W rezydencji ambasadora amerykańskiego zwróciłem się do ówczesnego ministra obrony Janusza Onyszkiewicza z prośbą, aby przyznano gen. Maczkowi pensję, ponieważ ten wspaniały bohater żył w prawdziwej biedzie.
Onyszkiewicz nonszalancko odpowiedział, że jeśli jakieś organizacje kombatanckie zwrócą się do niego w tej sprawie, to być może taki wniosek rozpatrzy. Poprosiłem prezesa Stowarzyszenia Weteranów 1. Dywizji Pancernej w Ameryce Antoniego Maziarskiego i Antoniego Rogozińskiego, naczelnego redaktora kroniki dywizyjnej „Pancerniaka”, żeby wysłali takie podanie do Onyszkiewicza. Obaj to zrobili. Niestety, nie otrzymali odpowiedzi.
Następnego dnia, na spotkaniu z posłami i senatorami w parlamencie, wystąpiłem z podobnym wnioskiem, apelując do zebranych, aby rząd przyznał generałowi odpowiednią pensję. Jedyną osobą, która zainteresowała się losem Maczka, był poseł Longin Pastusiak z SLD. Powiedział mi, że nie zdawał sobie sprawy, że gen. Maczek żyje w tak trudnych warunkach, i przyrzekł zbadać, co można dla niego zrobić. Wkrótce potem urzędnik z polskiego konsulatu przyjechał do domu generała z czekiem na 1500 angielskich funtów. Pani Maczek odmówiła przyjęcia pieniędzy.
Edward Rożek, Generał niezłomny, w: Pancernym szlakiem do Polski. Wspomnienia, Warszawa 2001

Wydanie: 17-18/2013

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy