Jakie państwo, jaki prezydent

Jakie państwo, jaki prezydent

Wyborcy lewicy powinni skończyć z myśleniem w kategoriach mniejszego zła. Prezydent popierany przez lewicę oznacza prezydenturę dialogu i bezpiecznego rozwoju

Dzieje się dużo, a jednak bardzo wielu z nas ma wrażenie, że Polska stoi w miejscu. Triumfy święci polityka wizerunkowa, którą obecny gabinet opanował do perfekcji.
W demokracji okazją do rozmowy o przyszłości i do zmian są wybory. Stoimy właśnie u progu swoistego wyborczego maratonu. Będziemy wybierali nowego prezydenta, nowe samorządy i nowy Sejm. To najlepsza pora na debatę o tym, jakiego państwa – po 20-letnim, nie zawsze łatwym doświadczeniu demokracji – chcemy. I jakie cechy powinna reprezentować nowa prezydentura.
Odpowiedzi na pytanie: „jakie państwo?” trzeba przede wszystkim szukać w konstytucji RP. Są w niej trzy – najważniejsze, w moim przekonaniu – zdania w polskim prawie: „Rzeczpospolita Polska jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli”, „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej” oraz „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Takiego państwa chcą obywatele, a potwierdzili to w referendum konstytucyjnym.
Czy rzeczywiście ludzie uważają swoje państwo za takie, jak to opisano w ustawie zasadniczej? I w jakim stopniu się z nim identyfikują? Respektowanie konstytucji w działalności państwa uważam za najistotniejszą cechę państwa. I nie ograniczam jej do potocznie rozumianej praworządności.
Zatem

po pierwsze – państwo demokracji konstytucyjnej.

Trąci to oczywiście banałem. Kiedy jednak zaczniemy rozwijać konstytucyjne sformułowania i mówić o państwie bezpiecznym, sprawiedliwym, sprawnym, przyjaznym, skutecznym, przejrzystym itp. i patrzeć na nasze państwo z punktu widzenia ludzi i ich doświadczeń, to szybko się okaże, jak bardzo poważny jest to problem.
Zakres identyfikacji obywatelskiej znaleźć można w badaniach opinii. Listopadowy raport CBOS wskazuje np. na dominujący związek Polaków ze społecznością lokalną. Co więcej, to poczucie przynależności rośnie i dziś wynosi już 61%. Na deklarowane poczucie przynależności do Polski wskazuje prawie co piąty badany (19%). Związanych silnie z Europą jest tylko 3% badanych. Wniosków może być wiele. A najważniejszy, jak sądzę, dotyczy potrzeby rozwijania samorządności.
Zatem

po drugie – państwo obywatelskie.

A to oznacza nakaz tworzenia warunków do rozwoju samorządności lokalnej i społeczeństwa obywatelskiego w ogóle. Silna samorządność i społeczeństwo obywatelskie to współczesne źródła siły państwa. To jednocześnie mniej tradycyjnie rozumianej władzy centralnej. I dobrze. Nie ma czego żałować.
Państwo obywatelskie musi oznaczać wyczulenie na kwestie sprawiedliwości. To jest zresztą nakaz konstytucyjny. A państwo sprawiedliwe to takie, które gwarantuje obywatelom ochronę przed krzywdą i przekonanie, że znajdą oni w swoim państwie konieczną i skuteczną pomoc. Z drugiej zaś strony to państwo sprawiedliwości społecznej, niwelujące rozwarstwienie ekonomiczne i wszelkie inne nierówności. Gwarantujące każdemu jednakowe prawa i szanse w dostępie do nauki i kultury.
Wśród wielu cech, jakich oczekujemy od swojego państwa, dziś wyróżniłbym jego zdolność (zdolność jego zespołów kierowniczych i elit intelektualnych) do właściwego odczytywania charakteru i skutków szybkich zmian, jakim podlega świat i nasze najbliższe otoczenie – Europa. Umiejętność stałego definiowania interesu narodowego, sojuszy dających pewność bezpieczeństwa państwu i obywatelom, a także umiejętność planowania strategicznego w innych obszarach. Rzecz nie dotyczy tylko kwestii militarnych. Ograniczanie się do nich wskazywałoby na anachronizm myślenia. Ale też nie wolno ich lekceważyć i traktować pochopnie. A to się nam ciągle zdarza. Mamy właśnie problem skali zaangażowania Polski w Afganistanie. Trzeba go rozważać w kontekście bezpieczeństwa Polski i sojuszniczej rzetelności oraz naszych możliwości materialnych i ludzkich. I przejrzyście, jawnie. Tu nie ma miejsca na żadną pochopność, ani w jedną, ani w drugą stronę. Tymczasem raz słyszymy o potrzebie zdecydowanie większego zaangażowania sprzętowego w operację afgańską, a innym razem – jak obecnie – zwiększenia kontyngentu osobowego. O co więc naprawdę rządowi chodzi? Czy rząd ma w tej sprawie jakąś koncepcję polityczną, jakiś strategiczny zamysł, czy też mamy do czynienia tylko z chaotycznymi doraźnymi reakcjami? W Iraku mieliśmy własną koncepcję stabilizowania tego państwa. Na ile była ona respektowana przez głównych sojuszników, to inna sprawa. Jaką koncepcję mamy w przypadku Afganistanu? Oferujemy tylko krew, pot i łzy, nie oferujemy myśli. Chyba że są one skrywane przed opinią publiczną.
Zatem

po trzecie – państwo bezpieczne

w tradycyjnym rozumieniu, ale też bezpieczne wobec skutków globalnych wyzwań. Dziś takim wyzwaniem, chyba najważniejszym i najbardziej długofalowym, jest problem klimatyczny. W tym kontekście obecna zdolność państwa do międzynarodowej kooperacji w zakresie przewidywania skutków procesów klimatycznych i umiejętności ich ograniczania przez działania podejmowane już teraz oznacza większe bezpieczeństwo w przyszłości. Czy coś istotnego w tej sprawie czynimy ponad konieczną normę? Czy edukujemy w tym kierunku nasze dzieci? Pytania to raczej retoryczne.
Edukacja do wyzwań, do intelektualnego przygotowania do zmian – to kolejny postulowany kierunek zaangażowania państwa.
W katalogu cech pożądanych jedną z najważniejszych jest przejrzystość państwa. Państwo przejrzyste to takie, które nie ukrywa się za tarczą tajemnicy państwowej, wyraźnie u nas nadużywanej. Jakaż to bowiem tajemnica każe osłaniać sprawę śmierci Barbary Blidy i tak bardzo przeciągać jej wyjaśnienie? Tajemnica procedur prokuratorskich i służb specjalnych? A cóż one znaczą w przypadku śmierci obywatela w tak bardzo niejasnych okolicznościach? Co tu jest ważniejsze? Takie sprawy jak śmierć Barbary Blidy czy gen. Marka Papały są hańbą dla państwa, zawsze i wszędzie. Za takie rzeczy rachunki polityczne płaci się długo, także gdy idzie o załamane zaufanie do państwa i jego instytucji.

Przejrzystość działania państwa

i jego instytucji to podstawowy krok do poszanowania ludzkiej godności. Państwo przejrzyste to takie, w którym jasne, zrozumiałe i dostępne dla wszystkich są jego struktury, przepisy prawa, zasady działania i motywy decyzji władz. W którym istnieje system komunikacji władz państwa ze społeczeństwem dający obywatelom poczucie pewności, że wiedzą, co się w ich kraju dzieje, i nikt nie ukrywa przed nimi czegoś, co wpływa na ich życie. Gdzie istnieją i działają niezależne media, których celem jest przekazywanie ludziom prawdziwych informacji i sprawowanie w ich imieniu społecznej kontroli, nie zaś aspirowanie do tworzenia rzeczywistości i udziału w grze politycznej.
Takiemu państwu i jego obywatelom ma służyć prezydent RP. O zakres kompetencji prezydenta właśnie zaczął się spór. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni. Wywołał go Donald Tusk w połowie kadencji swojego rządu, na rok przed wyborami prezydenckimi i w okolicznościach, które muszą budzić pewną nieufność co do rzeczywistych intencji wnioskodawcy. Donald Tusk zgłosił swoje pomysły jako premier, co jest „bardzo niefortunne”, jak zauważył w wywiadzie dla „Angory” (nr 49) konstytucjonalista dr Ryszard Piotrowski, rząd bowiem nie ma prawa zgłaszania projektów zmian konstytucji. A inne okoliczności to stały, już kilkuletni konflikt rządzącej PO z PiS-owskim prezydentem i wciąż świeży zapach afery hazardowej. Teza, że rząd nie potrafi przeprowadzić reform ustrojowych, bo przeszkadza mu w tym niejako programowo prezydent, trzeba więc zmodyfikować (czytaj: ograniczyć) jego kompetencje, jest po części prawdziwa, ale w wielkiej części bałamutna. Skoro bowiem tak jest, to dlaczego rząd nie szuka skutecznie koalicji parlamentarnych dla swoich pomysłów ustrojowych? Bo na razie były to pozory prób budowania koalicji. I – co tu kryć – pozory reform.
Ale problem podniesiony przez premiera oczywiście istnieje i pozorny nie jest. Dotyczy podstaw ustroju politycznego i kompetencji poszczególnych władz. Politycznym szaleństwem i całkowitą nieodpowiedzialnością byłoby jednak zmienianie konstytucji w tempie i trybie proponowanym przez rządzących i pod ich doraźne potrzeby polityczne. To wymaga pracy spokojnej i wieloletniej, i wielkiej rozwagi. Żaden nacisk nie może tu wchodzić w rachubę.
A co do szczegółów – uprawnienia prezydenta miałyby być, według przedstawionego pomysłu, zdecydowanie mniejsze, rządu zaś odpowiednio większe. Mielibyśmy zatem bardzo silną, skoncentrowaną i praktycznie niekontrolowaną władzę wykonawczą. Kontrola parlamentarna jest bowiem – jak dotąd – mała i nieskuteczna. Przy zwiększonych uprawnieniach rządu byłaby jeszcze mniejsza, już całkiem iluzoryczna. Silna władza oczywiście kusi, ale dla Polski – przy obecnych standardach klasy politycznej, nieodpowiedzialności wielu polityków i nagminnym partyjniactwie – jest za wcześnie na władzę kanclerską. Propozycja zaś wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe jest już zupełnym nieporozumieniem. Z jednej strony, niezwykle ten wybór upartyjnia, z drugiej, pozbawia obywateli części istotnych praw. Zmniejsza demokrację. To zaprzeczenie państwa obywatelskiego i droga w zupełnie inną stronę.
Prezydent więc, przynajmniej w najbliższej kadencji, powinien utrzymać zakres kompetencji. Nie są to kompetencje duże, ale też nie są małe. Powinna to być jednak jakościowo odmienna prezydentura, zarówno co do jej charakteru, jak i sposobu realizowania obowiązków.
Gdyby szukać jakiejś analogii, to bliska powinna być rozumieniu prezydentury przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Mam na myśli

prezydenturę koncyliacyjną,

szukającą porozumienia, nastawioną na wspomaganie realizacji strategicznych celów, na współpracę z rządem, a nie na konkurencję w bieżącym zarządzaniu państwem. To współdziałanie jest obowiązkiem i nakazem, a nie wyrazem dobrej woli. Jego brak zagraża państwu. Małostkowość, stronniczość i skłonność do politycznych bójek jest wykluczona. Prezydentura nie jest czasem na wykształcanie w sobie umiejętności służenia całemu społeczeństwu i odsuwania na bok osobistych poglądów politycznych. Te cechy trzeba już mieć. Potoczne powiedzenie o „prezydencie wszystkich Polaków” nie jest tylko politycznym hasłem, ale uzasadnionym oczekiwaniem społeczeństwa. Z drugiej zaś strony – obowiązkiem każdego prezydenta wynikającym z istoty tego urzędu. Jego zadania sięgają bowiem w przyszłość państwa i obywateli, a tę budować może tylko społeczeństwo nieskłócone, zdolne do współpracy. Umiejętność łączenia ludzi wokół celów strategicznych, zwracania uwagi obywateli na ważne, wspólne dążenia oraz przecinania sporów to jedna z głównych pożądanych cech przyszłej prezydentury.
Naczelnym obowiązkiem i uprawnieniem prezydenta jest stać na straży konstytucji. Mam dziwną pewność, że w najbliższej kadencji konstytucja będzie wymagała ochrony, będzie to zatem rzeczywiście najważniejsze zadanie nowego prezydenta.
Jego konstytucyjne obowiązki, w tym w polityce zagranicznej i obronnej, wskazują na skalę odpowiedzialności i potrzebę najwyższych kompetencji wynikających z praktyki i doświadczenia politycznego. To nie jest urząd, na którym można by się dopiero uczyć polityki i znajomości spraw.
Niemałe są uprawnienia i możliwości prezydenta w procesie tworzenia prawa: wetowanie ustaw, kierowanie ich do Trybunału Konstytucyjnego, własna inicjatywa ustawodawcza, wykorzystywanie instytucji Rady Gabinetowej do wyrażania opinii dotyczących stanu państwa i prawa. Rzecz w tym, by ich używać nie w imię partykularnych interesów partyjnych, ale w interesie ogółu i przyszłości.
Wcale niemałe możliwości ma też prezydent jako reprezentant państwa w stosunkach zewnętrznych. I tak samo dwie drogi do wyboru. Drogę kooperacji, twórczej aktywności międzynarodowej, kreowania inicjatyw, wspierania wszystkiego, co służy Polsce i jej interesom, albo – jak niestety obecna prezydentura – kierowania się ubiegłowiecznym wyobrażeniem o naturze świata, poczuciem wszechobecnego zagrożenia, fobiami, lękami, urazami, coraz mniej zrozumiałymi. By nie być gołosłownym: w Unii Europejskiej jesteśmy już ponad pięć lat, a wciąż, mimo oczekiwań i niewątpliwej potrzeby, nie budujemy nowych stosunków z Rosją. Występujemy wobec niej w pojedynkę, zapominając, że możemy mieć za sobą Europę. I żalimy się, że Europa nas nie rozumie. A może to

my nie rozumiemy Europy

i zmian, jakie wokół nas zachodzą?
Gdy wyobrazimy sobie przyszłą prezydenturę, niewielu będzie miało chyba wątpliwości, za jakimi jej cechami się opowiedzieć.
Polacy będą mieli możliwość wyboru i nie powinien to być wybór tylko między Donaldem Tuskiem a Lechem Kaczyńskim.
Oni zdają się nie rozumieć, że najwyższe urzędy w państwie sprawuje się w interesie ogółu obywateli i dla rozwiązywania problemów, a nie dla uruchamiania konfliktów i naciągania kompetencji dla własnych celów. Pod tym względem prezydentura Lecha Kaczyńskiego była przewidywalna. Mało kto sadził, że potrafi on wznieść się ponad partyjne interesy swojej frakcji politycznej. Donald Tusk natomiast wielu rozczarował. Mają zwłaszcza prawo czuć się rozczarowani ci wyborcy lewicy, którzy w ostatnich wyborach oddali głos na PO w obawie przed PiS. Nawet jeżeli te obawy wciąż są wśród nich żywe, to ich podsycanie przez PO i jej lidera oznacza, że dla osiągania celów partyjnych wyborców traktuje się instrumentalnie.
Wyborcy lewicy powinni skończyć z myśleniem w kategoriach mniejszego zła. Lewicowy kandydat na prezydenta wniesie wrażliwość społeczną, której brakuje dotychczasowym pretendentom do tego urzędu. Wniesie poszanowanie państwa obywatelskiego, nastawienie na kreowanie przyjaznej polityki sąsiedzkiej oraz najgłębsze przekonanie, że przyszłość Polski jest w Unii Europejskiej. I że im silniejsza jest Unia, tym lepiej będą zaspokajane polskie interesy. Wniesie przekonanie, że prezydentura to nie konkurencja z rządem o zakres władzy, ale szansa na formułowanie celów strategicznych prowadzących do skracania dystansu cywilizacyjnego między Polską a rozwiniętymi krajami Europy. A jeśli ocenianie polityki rządu – to właśnie pod tym kątem. Czas więc na współpracę. Prezydent popierany przez lewicę oznacza prezydenturę dialogu i bezpiecznego rozwoju.

Autor jest wicemarszałkiem Sejmu i wiceprzewodniczącym SLD

Wydanie: 50/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy