Jednorazowi

Jednorazowi

Overview

Aktorzy jednej roli

Niedawno pożegnaliśmy Mieczysława Kalenika, Zbyszka z „Krzyżaków” (1960). Po raz kolejny dało się słyszeć: odszedł aktor jednej roli. To prawda. Ale co to właściwie znaczy? Kto o tym decyduje: rynek filmowy, koniunktura, kaprys publiczności, on sam? Okazuje się, że aktorem jednej roli można zostać ze stu powodów. Oto kilka.

Przystojny mężczyzna bez wieku

Aktorem jednej roli można zostać, bo ma się takie warunki fizyczne, na które akurat jest popyt. I niewiele więcej. Kalenik znalazł się w obsadzie „Krzyżaków”, ponieważ potrzebny był przystojny młody mężczyzna. Reżyser Aleksander Ford rozglądał się za kimś takim i wpadł mu w oko Kalenik, który właśnie pokazał się w „Kiss Me, Kate”, pierwszym amerykańskim musicalu wystawionym u nas po wojnie. W rolę Zbyszka próbował już wprawdzie wpasować Bogusza Bilewskiego, ale ten aktor był zbyt toporny, nawet jak na średniowiecze. Więc Ford doprosił do stolika w SPATiF-ie Kalenika i wezwał go na zdjęcia próbne do Łodzi. Kalenik wypadł fatalnie: w zbroi poruszał się koszmarnie, a najgorsze, że ze zdenerwowania nie był w stanie wydukać najprostszej kwestii. Zainkasował 250 zł dniówki i w poczuciu kompromitacji postanowił rzucić się pod pociąg. A tu przychodzi zaproszenie na drugą próbę – już kostiumową. Cóż, Kalenik się nie popisał, ale Ford nie znalazł nikogo lepszego.

Robota na planie szła jak po grudzie. Scenę filmowaną jako pierwszą – walkę z niedźwiedziem w puszczy – kręcono aż trzy dni. Potem nie było lepiej: Kalenik nigdy nie nauczył się porządnie jeździć konno i w końcu złamał nogę. Widzowie chętnie wypatrują w „Krzyżakach” zegarków, słupów telegraficznych i trampek, których tam nie ma. Nie zauważają jednak, że rycerze okładają się mieczami z gumy, a Kalenik ma nogę w gipsie.

Po premierze nastąpiło to, co nieuchronne: aktor pauzował przez pięć lat, bo za bardzo się kojarzył ze Zbyszkiem. Ale pomocną dłoń znowu wyciągnął do niego Ford – dał mu rolę czarnego charakteru w „Pierwszym dniu wolności”. Żeby zmienić wizerunek. Kalenik miał okazję wykazać się aktorsko jako bandyta, w dodatku gwałciciel. Nie wykazał się. A potem pokazywał się raz po raz (nawet w „Stawce większej niż życie”) jako przystojny młody człowiek. Czyli zatoczył kółeczko.

Z Jerzym Zelnikiem i jego występem w „Faraonie” Jerzego Kawalerowicza było podobnie. Chodziło o to, by do roli Ramzesa XIII znaleźć kogoś, kto dobrze będzie się prezentował w tunice i niemal nago. Kawalerowicz obejrzał i odrzucił 50 kandydatów z ręcznikiem na biodrach. Nagość wyraźnie krępowała wszystkich – z wyjątkiem studenta szkoły aktorskiej Jerzego Zelnika. „Zelnik rozebrany i ubrany wyglądał dokładnie tak samo”, wspominał Kawalerowicz. Kiedy zaczęły się pierwsze zdjęcia do superprodukcji, aktor miał 18 lat i był absolutnym debiutantem. Gwiazdą został błyskawicznie – tylko w roku premiery (1966) „Faraona” obejrzało w Polsce 10 mln widzów. Na planie Zelnik nauczył się wiele, ale nie tyle, by zagrać kogoś więcej niż przystojnego mężczyznę w coraz bardziej zaawansowanym wieku. Po latach pamięta się go może z epizodu w „Ziemi obiecanej”.

Z czasem Jerzy Zelnik odnalazł się w nowej roli: artysty zaangażowanego – mówiąc umownie – po prawej stronie. Z tym że dla prawicy, zwłaszcza tej przytulonej do Kościoła, to sojusznik kłopotliwy. A to się przyzna do niegdysiejszego wysłania partnerki na aborcję, a to się okaże, że donosił do ubecji na kolegów. I zrecenzuje film „Smoleńsk” z własnym udziałem: „To film z gatunku literatury faktu, paradokumentalny. Nie oczekujemy po nim nagród na festiwalach filmowych”. Racja! Nagród „Smoleńsk” się nie doczekał. Wreszcie Zelnik powinszuje rodakom noworocznie na Niezależna.pl: „ Życzę, abyśmy wyprostowali karki, mieli odwagę, żyli w zgodzie z własnym sumieniem”. Jak on?

Epoka mówi: dobranoc

Zdarzało się, że aktor doskonale wyrażał postać charakterystyczną dla jednej jedynej epoki, a kiedy ta przeminęła, stawał się nieaktualny. To przypadek Danuty Szaflarskiej, powstańczej łączniczki Halinki z „Zakazanych piosenek” (1946). Ciepła, krucha, wrażliwa, ale gdy trzeba – twarda, dokładnie taka jak „dziewczęta z tamtych lat”. Ale epoka takich świetlistych panienek przeminęła, gdy Włodzimierz Sokorski zadekretował na zjeździe filmowców w Wiśle (1949), że polskie kino będzie miało nowego, ludowego bohatera. A ta filigranowa Szaflarska w żadnym razie nie nadawała się na traktor. Podobnie jak za 10 lat nie będzie się nadawać na kobietę fatalną, taką jak Teresa Iżewska z „Bazy ludzi umarłych”. Za 20 lat na wydrę w typie Kaliny Jędrusik z „Jowity”, a za 30 lat nie będzie się nadawać na pogrążone w inteligenckich „rozdrapach” mieszkanki M-2 na Ursynowie w typie Mai Komorowskiej. Dopiero pod koniec życia Szaflarska okazała na powrót cały swój dziewczęcy wdzięk, ale już jako staruszka. Filmowa kariera przeszła obok.

Tak było i ze Zbyszkiem Cybulskim. Jako aktor żył tak długo, jak długo pamiętano jego rolę w „Popiele i diamencie”. Tam wykreował ikonę – wedle dzisiejszej nomenklatury „żołnierza wyklętego”. Niby partyzant prosto z kieleckich lasów, ale w dżinsach i kurteczce à la James Dean. Spodobał się tak dalece, że władze kinematografii zakazywały mu grania w ciemnych okularach, żeby nie wzmacniał u publiczności tej akowskiej legendy. A on z każdym rokiem rozumiał wyraźniej, że drugiego Maćka już nie zagra. Tył, markotniał, popijał. „Chcecie mieć kawalerzystę z dupą do kolan?!”, pytał Hasa, gdy ten zaproponował mu główną rolę w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Ale do filmu wypożyczano go sobie, bo co komu szkodziło mieć w obsadzie legendę. „Wszystko porównywano z »Popiołem i diamentem«. Potem już sam nie wiedział, czego od niego chcą”, wspominała żona, Elżbieta Chwalibóg-Cybulska. Młody Olbrychski opowiadał, że „wielbiciele” ciągnęli go – jak to u nas – na wódkę. Ale bez Cybulskiego, bo to staroć, z nim już nie warto…

Czy istnieje życie poza serialem?

Aktorzy serialowi stają się popularni na chwilę z tak różnych powodów, że starczyłoby tego na pełny katalog. Jan Monczka (rocznik 1956), aktor po krakowskiej szkole teatralnej, zagrał w serialu „Tulipan” Jerzego Kalibabkę, oszusta, który rozpalał zbiorową wyobraźnię w połowie lat 80. I jego, i serial wyniosła sytuacja. Erotyka, jak inne tabu, zaczynała się wówczas przebijać – śmiało i dziwacznie. W kraju działało prawie

30 plaż dla naturystów, a poza sezonem urządzano „zimowe pikniki w koedukacyjnej saunie”. Organizowano nawet pierwsze biura matrymonialne dla naturystów. Z łóżek polowych rozstawionych na chodnikach sprzedawano pikantne powieści Zbigniewa Nienackiego czy „Zbrodnię i…” Jerzego Trębickiego. Na tej fali wypłynął serial o Kalibabce, a z nim Jan Monczka. I stał się sezonowym bożyszczem: „Często jeździłem na popularne w tamtych latach spotkania z aktorami. Zawsze były na nich tłumy. Głównie kobiet. Spotykało się wśród nich i takie, którym się wydawało, że w życiu prywatnym też jestem jak Tulipan. Nie da się ukryć, że kobiety za mną szalały!”.

Taka popularność miała swoją cenę – aktora nikt nie chciał angażować, bo przykleił się i do roli, i do epoki. Dopiero kiedy opadła tamta erotyczna gorączka, a sam telewizyjny Kalibabka wyblakł jak wiele sezonowych sław PRL, Monczka wrócił na ekran. Pokazał się w „Klanie”, w „Na dobre i na złe”, w „Złotopolskich” – w epizodach, w figurach z drugiego planu. Czy „Tulipan” złamał mu karierę? A skąd! Sprawił, że w ogóle o nim usłyszeliśmy.
Czy można od serialowego wizerunku skutecznie się odkleić? Ależ tak, zdarzają się i takie cuda.

Młodziutkiemu Januszowi Gajosowi na planie serialu o pancernych pani charakteryzatorka wylewała na głowę wiadra wody utlenionej, byle był słodkim słowiańskim cherubinkiem w radzieckim czołgu. Potem wiadomo – pauza. Godziny spędzał w teatralnym barku, bo angażowano kolegów, a kto zaproponuje rolę szekspirowską Jankowi Kosowi?! Więc Gajos zaczął brać role całkiem odmienne od typu cherubinka.

Pamiętają Państwo woźnego Tureckiego? Otóż to! Podobnie zadziałał Andrzej „Kiepski” Grabowski.
Zgolił łeb, pokazał się nie w formie przetłuszczonej, lecz masywnej, okazał mordę zaciętą i ponurą, zagrał najgorszych zakapiorów. I tu już nikt go nie mylił z ciamajdą Ferdkiem z Polsatu.

Zastanawiający jest fenomen popularności serialowych księży. Włodzimierz Matuszak, proboszcz Antoni Wójtowicz z „Plebanii”, bywa w pozatelewizyjnym życiu brany za kapłana i widzowie zgłaszają się nawet do niego do spowiedzi. W Polsce, w kraju konfesjonałów?! Zapewne dlatego, że proboszcz w jego wykonaniu mocno odstaje od przeciętnej – na plus. Już w latach, o spojrzeniu rozumiejącym, z lekka (jak u „naszego papieża”) zafrasowanym. Przystępny, otwarty, wybaczający. O chciwości, zadufaniu ani mowy. Rewers niejednego duszpasterza, z jakim na co dzień ma do czynienia Polak katolik. A ksiądz Mateusz z sandomierskiego serialu? Toż on cały zbudowany jest z taktu, subtelności, kultury osobistej. Poza tym żyje w rodzinie, w dodatku wielopokoleniowej. I ksiądz Mateusz to wypisz i wymaluj – mąż, ojciec i zięć ideał teściowej. Poza tym suwerenowi podoba się, że ksiądz jeździ rowerem w kraju, gdzie prawie nie zdarza się spotkać kapłana w tramwaju – tak dalece przywiązani są do swoich samochodów. Więc suweren chętnie utożsami ulubionego aktora z granym przez niego kapłanem. W realu, na parafii, takiego księdza w życiu nie znajdzie.

Lilie w kałuży

Zdarzały się aktorki jednorazowe, których sam angaż był ciekawszy niż rola filmowa. „Dzieje grzechu”
Waleriana Borowczyka zostały w 1975 r. dość chłodno skwitowane i przez władzę, i przez publiczność, bo trudno było je podczepić pod cokolwiek, co w Polsce dotąd nakręcono. Kina erotycznego nie mieliśmy wcale. Rolki z filmem pokryły się kurzem, aż tu w roku 1999 Grażyna Długołęcka daje obszerny wywiad, w którym przedstawia reżysera jako erotomana, zboczeńca i nieomal gwałciciela. „Chciał widzieć, jak rozkładam nogi – zwierzała się aktorka. – Zaczynając film, byłam czystą, młodą dziewczyną z tysiącami kompleksów, kończąc, byłam wystraszonym strzępem. Schudłam 14 kg…”. Borowczyk rzekomo uwziął się, by tę lilię zdeprawować za pomocą metod sadystycznych i szantażu. Żalom aktorki nie było końca: „Wychowana przez siostry urszulanki miałam mentalność zakonnicy i żyłam ze ściśniętymi nogami. Rozkładanie ich na planie w obecności reżysera niszczyło wszystko, co było we mnie czyste. Borowczyk z niebywałą złością sączył mi w ucho wulgarne słowa, straszył mnie i obrażał”.

W rezultacie aktorka latami musiała leczyć się z traumy – o karierze filmowej nie mogło być mowy. Tyle że sprawa miała ciąg dalszy. Bo w odpowiedzi na wywiad Borowczyk napisał książkę o „przypadku Długołęckiej”. Równie pikantną jak wywiad aktorki, tylko inaczej ustawiał role: „Około północy zerwał mnie ze snu odgłos otwieranych drzwi: na środku pokoju stała Grażyna Długołęcka! Gwałtownie rozchyliła poły szlafroka i bezwstydnie wypinając owłosione łono, zaczęła stąpać na rozstawionych nogach, w moim kierunku. Cofając się, krzyknąłem: »Proszę natychmiast wyjść, zrywamy z panią kontrakt!«. Potulnie opuściła pokój. Rzuciłem za nią czerwony bukiet i zamknąłem drzwi na klucz…”.

Czy ta narracja nie jest tak samo albo i bardziej interesująca niż wagonowa powieść Żeromskiego? Kto ciekaw ciągów dalszych, znajdzie je w tabloidach na przykładzie Agnieszki Jaskółki z „Psów” (1992) Władysława Pasikowskiego czy Iwony Petry z „Szamanki” (1996) Andrzeja Żuławskiego.

TeTetka woli się bawić

Zdarzali się aktorzy jednej roli z wyboru. Teresa Tuszyńska mogła po występie w „Do widzenia, do jutra” (1960) u boku Cybulskiego zrobić karierę nie tylko polską – napływały propozycje z Zachodu. Ale Tuszyńska wolała podążać tam, dokąd popychała ją skłonność: na imprezę. Krnąbrna i niezależna była od dziecka: mama przenosiła ją z jednej podstawówki do drugiej, bo wszędzie wagarowała. Wieczorami zakładała szpilki i biegła się bawić do klubów studenckich, gdzie teoretycznie nie powinna mieć wstępu. Ale stawiała na swoim i zamiast męczyć się w – elitarnym w końcu! – Liceum Technik Teatralnych, wolała kolekcjonować tytuły Królowej Balu czy Miss Stodoły. Kiedy mając zaledwie 16 lat, trafiła na okładkę „Kobiety i Życia”, matka zrobiła jej awanturę, bo przeczuwała, że to się źle skończy. Piękna, eteryczna, chadzająca kilka centymetrów nad ziemią. Taką przejął ją film. Jeden. Bo po „Do widzenia, do jutra” Teresa celebrowała popularność w trakcie niekończącej się balangi, a potem doszła do wniosku, że regularne aktorstwo to dla niej zbyt wyśrubowany reżim. Popijała w coraz gorszym towarzystwie. Koledzy z filmu widzieli, że się stacza, próbowali interweniować, pomagać – odmawiała stanowczo. Zmarła przedwcześnie, mając zaledwie 55 lat. Nie wiadomo nawet dokładnie kiedy, bo pod koniec życia piła już wyłącznie z tymi, którzy następnego dnia nic nie pamiętają…

Wydanie: 27/2017

Kategorie: Kultura
Tagi: aktorstwo, film

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy