Partia żywi i ubiera

Partia żywi i ubiera

Czy demokracja może sprawnie funkcjonować bez partii politycznych? Kiedyś takie pytanie wydawało się kompletnie absurdalne. A dziś? Kolejne komunikaty z życia partii, zwłaszcza gdy zajrzy się za kulisy, dają obraz tak przygnębiający, że aż chciałoby się krzyknąć: A do cholery z nimi! Do polityki pchają się coraz głupsi i coraz bezczelniejsi. Selekcja negatywna, oparta głównie na kryterium wierności wobec liderów, sprawia, że praktycznie we wszystkich głównych partiach ton nadają ludzie, którzy zainteresowali się polityką na studiach. Krótko działali w młodzieżówkach, później byli asystentami czy sekretarzami polityków, a jak partia wygrała wybory, trafili do rządu. Są dyrektorami, wiceministrami, a nawet ministrami. Czy kraj zarządzany w ten sposób może osiągać sukcesy i spełniać oczekiwania wyborców? W wybranych dziedzinach, tam, gdzie jakimś cudem są jeszcze fachowcy, a nie politycy, może i osiąga. I dzięki temu ten wóz jeszcze – choć powoli – jedzie do przodu. A tam, gdzie rządzą politycy? Śmiech i żenada.
Polskim wynalazkiem, który z całą pewnością nie zostanie przejęty przez kraje rozwinięte, jest powoływanie ludzi od noszenia teczek na wysokie stanowiska rządowe. Z argumentem, by tam się uczyli i rozwijali. To już nie jest nawet czarny humor. To polskie realia. Pierwsza poważna praca w życiu i od razu dyrektor departamentu, wiceminister itd. Mam wrażenie, że choć poziom edukacji w Polsce pomimo nędzy, jaką prezentują niby-uczelnie, jakoś się podnosi, to po politykach tego nie widać. Wrażenie może być oczywiście mylne, bo wszyscy znamy też polityków, których w mediach nie uświadczysz. Mądrych i uczciwych, którzy dobrze robią to, czego się podjęli. Nie ma ich w mediach, bo nie chcą albo nie potrafią robić za celebrycką małpkę. Ale również dlatego, że dla nowej rzeszy wynajętych pracowników mediów, bo nie da się ich nazwać dziennikarzami, są po prostu nudni. Nudni, bo nie opowiedzą plotek i nie dowalą przeciwnikowi słowem łomem. Świat i jego problemy są już dla tych mediów zbyt skomplikowane, a dla ich właścicieli liczy się nie tyle sens, ile oglądalność. Ludzie nie chcą tej papki. Ale nie chcą też merytorycznych i trudnych debat.
Czego więc chcą? Z pewnością jawnych i przejrzystych reguł wydawania pieniędzy publicznych. Choćby tych, które otrzymują partie polityczne stosownie do wyników wyborów. Wokół finansowania partii zrobiła się ostatnio burza, gdy wyszło na jaw, że bardzo swobodnie dysponują one tymi pieniędzmi. Nie chcę brać udziału w sporach o to, czy premier powinien mieć dobre garnitury, bo jest to dla mnie oczywiste. Podobnie jak to, że powinien być na to fundusz reprezentacyjny bez mieszania do tego partii.
Zdecydowanie nie podoba mi się jednak to, co z naszymi pieniędzmi robią partie. Z rosnącym zdumieniem analizowałem wydatki SLD i w pełni zgadzam się z kilkudziesięcioma – do tej pory – czytelnikami, którzy napisali do redakcji, co o tym sądzą.
A ja sobie myślę: jak wobec tych wszystkich hucpiarskich numerów bronić dotacji dla partii? Bo mimo wszystko sądzę, że z różnych pomysłów cywilizowania relacji między partiami a pieniędzmi ten system jest ciągle jedynym do przyjęcia. Tyle że ze zmianami. Pełna jawność, kontrola i ograniczenia w wydatkach. Kasa tylko na cele, które da się publicznie obronić.

Wydanie: 26/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy