Jest cudnie!

Jest cudnie!

Overview

Maryla Rodowicz: złoty jubileusz

Tegoroczny festiwal w Opolu pewnie jednak się odbędzie i Maryla da popis na swoje estradowe 50-lecie. A potem zostanie zgodnie uznana za dobro narodowe. Cóż, „Pół wieku Polski i Maryli Rodowicz” to temat na pięciotomową monografię. Tu możemy ją zaledwie streścić w paru zdaniach.

Rok 2014, Maryla mówi w wywiadzie: „Gdy coś opowiadam mojej fryzjerce i makijażystce, odbierają to jak opowieści o bitwie pod Grunwaldem. Fani odwiedzają mnie za kulisami po koncercie i deklarują, że znają »cały mój repertuar«. Mówi mi taki: »Znam wszystkie pani piosenki, od samego początku«. I wymienia utwór z lat 90. »Ale to już było«…”.

Bo zjawisko Rodowicz ujawniło się w 1967 r. i z miejsca uznano, że jest na nią za późno. Wszyscy ważni w ówczesnej piosence zagospodarowali już całą – jak się wydawało – rodzimą publiczność. Czerwone Gitary, Skaldowie i Blackout grali od 1965 r., a Niemen nawet od 1962. Debiut zajął studentce warszawskiej AWF rodem z Zielonej Góry (studia nieukończone do dziś) przeszło pięć lat. Musiała odśpiewać swoje na licznych wówczas giełdach, studiach i przeglądach piosenki – bez sukcesu. Dopiero jesienią 1967 r. na konkursie piosenkarzy studenckich w Krakowie ta sportsmenka wysunęła się na prowadzenie przed innego studenta – architektury – nazwiskiem Marek Grechuta. Który nawet nie tyle śpiewał, ile melodeklamował „Tango Anava”.

Marylka – z domu właściwie Maria Antonina – objawiła się publiczności jako lnianowłosa słowiańska hipiska o buzi cherubinka, obwieszona paciorkami, obnosząca kwieciste spódnice i gitarę pudłową. Śpiewała Boba Dylana i Pete’a Seegera, ale grzecznie. Ot, taki pogodny folk z amerykańskiego Południa. Taką Marylę oklaskiwała publiczność opolska w 1969 r. W bufiastej bluzce, z przepaską na włosach, w kierpcach i cygańskiej spódnicy zaśpiewała wraz z całym amfiteatrem swój pierwszy przebój „Mówiły mu”. Do podobnych ballad, np. „Jadą wozy kolorowe”, dobierała jeszcze chusty lub wianki i zrzucała obuwie przed występem.

Ale przede wszystkim dobierała autorów piosenek. Jak duet Katarzyna Gärtner-Agnieszka Osiecka, który wykreował Marylę na Małgośkę z Saskiej Kępy. To taka niefrasobliwa, może nawet lekko stuknięta romantyczka. Małgośka pędzi „w podróże szalone”, choćby do Zakopanego na „trzy, może nawet cztery dni” „autobusem zapłakanym deszczem”, wreszcie wsiada „do pociągu byle jakiego”. „Dla mnie »Małgośka« to była błahostka o dziewczynie porzuconej przez kochasia – mówiła piosenkarka – po latach zrozumiałam, że musiało być w niej coś więcej. Słowa Agnieszki, połączone z moim stylem śpiewania, ubierania się, stworzyły nową postać: dziewczyny wolnej, silnej, odważnej życiowo, kolorowej”.

Ten wizerunek wzmacniały kolejne teksty Osieckiej. Maryla śpiewała: „Nie mam głowy do dyplomu, do poziomu, zbiórki złomu. Nie, mnie nie zrozumie pan”. Jeżeli miliony rodaków miały w tamtej epoce kontakt z poezją, to nie dzięki wierszom przyszłej noblistki Szymborskiej, lecz dzięki strofom Osieckiej śpiewanym przez Marylę.

Maryla wysiada z pociągu byle jakiego

Tym „pociągiem byle jakim” mogła tak jechać i jechać, ale Maryli-Małgośce robi się w tym wdzianku przyciasno. Próbuje udowodnić, że umie więcej. Tylko że nikt tego od „Madonny RWPG” nie oczekuje. Gdy wykrzyczała przesterowanym głosem piosenkę Niemena „Kiedy się dziwić przestanę”, jury bułgarskiego Złotego Orfeusza w 1973 r. zignorowało ją zupełnie. A jak u schyłku lat 70. próbowała skończyć z kawałkami festiwalowymi, straciła miliony fanów w Czechosłowacji. Z kolei dla publiczności węgierskiej okazała się – w trakcie nobilitujących koncertów z grupą Locomotiv GT – za bardzo festiwalowa.

W kraju tymczasem rolę królowej festiwali przejęła Anna Jantar, a radio lansowało piosenkarzy bezstylowych i bezproblemowych, jak Jacek Lech. Ale znowu: pamiętamy, co w 1974 r. zdetronizowało jego superprzebój „Dwadzieścia lat, a może mniej”? Ano – „Ludzkie gadanie” Osieckiej i Krajewskiego, bo Maryla zaatakowała publiczność od innej strony – balladą, w której słowiańska mitologia przeplatała się z biurowymi ploteczkami w mieście średniej wielkości. Małgośce przybyło kilka lat i kilka kilogramów, nie jest już postrzeloną pannicą, lecz panią w średnim wieku o temperamencie księgowej. Ale nawet księgowa miewa marzenia. Raz po raz wypuściłaby się zza biurka w Polskę, „trzymając w ręku kamyk zielony”, albo poleżałaby pod gruszą „na dowolnie wybranym boku”.

A że i księgowe musiały chadzać na pochody, wiece i akademie, więc Maryla też. Piosenką „Urodzajny rok” (1974) wpisywała się w ówczesny bizantyjski rytuał dożynkowy. Kiedy zaś śpiewała na spółkę z Olbrychskim – Kmicicem tej epoki – kawałek „Wrócą chłopcy z wojny, jak należy”, wspierała nasz siermiężny militaryzm spod znaku „czterech pancernych i psa”. Zaśpiewała to nawet w Kołobrzegu – choć z playbacku. A jak na placówkę ruszał nasz pierwszy kontyngent z ramienia ONZ, żegnała żołnierzy na Okęciu refrenem „Gdy piosenka szła do wojska”. Na słynne mistrzostwa w piłce nożnej w roku 1974 odpowiedziała kawałkiem „Futbol, futbol, futbol”. Ale też umiała się zdystansować. Za schyłkowego Gierka Maryla zaczęła wystawiać pastisze. Śpiewając „Sing, Sing” czy „Damą być”, obnosiła strusie pióra, boa i suknie maksi.

W sumie niewiele ma w biografii ideologicznych serwitutów, jeżeli zważyć, że była to epoka, w której takie Czerwone Gitary serio aspirowały do stworzenia hymnu ZSMP – za pomocą piosenki „Młodość naszą siłą”. Gdy sytuacja się wahnęła w latach 80., niejedna dobra dusza radziła jej, by zaśpiewała coś bogoojczyźnianego, bo „to jej dobrze zrobi na karierę”. Odmówiła.

Ale szum, ale tłum

Poza tym Maryla umiała kluczyć w sferach elitarnych PRL. Kokietowała, ale jednocześnie trzymała na dystans. Choćby Andrzeja Jaroszewicza, syna premiera, Mieczysława Wilczka, ówczesną prywatną inicjatywę o szerszym rozmachu, a nawet Mieczysława Moczara – w czasach, kiedy był już w głębokiej odstawce jako dyrektor Instytutu Kultury Polskiej w Dreźnie. Musiała miarkować awanse samego Cyrankiewicza, a wakacje w Bułgarii spędzała w tym samym hotelu co Jerzy Urban, ówczesny wpływowy redaktor „Polityki”. Jak pozowała do grupowego zdjęcia z Fidelem Castro, to się potem nie wypierała.

Z tym wszystkim przechodziła na własność społeczeństwa. Jej kolejne romanse, sukienki i makijaż bywały oplotkowywane w tysiącach biur i kawiarni. Z ust do ust biegła wieść, że jak miała przyjechać do Poznania, premierowicz Jaroszewicz latał nad miastem samolotem i sypał kwiaty na jej przybycie. A jak jadła z nim kolację w przeszklonej restauracji hotelu Merkury, to urażony, wzgardzony i zazdrosny Daniel Olbrychski – jak sam wspomina – chodził dookoła budynku i wyłamywał palce z wściekłości. To się ciągnie do dziś: najnowszy przewód rozwodowy także ma priorytet w magazynach plotkarskich. Z wyssanych z palca sensacji na jej temat można by ułożyć osobny tom. Co wcale nie takie dziwne, bo personel biurowy, kawiarniany i sklepowy żył jej życiem niejako zastępczo: uważał, że to w porządku, Maryla spija śmietankę w jego imieniu. Raz po raz zdarzył się oczywiście taksówkarz, który rzucił, że on to musi harować, podczas gdy ona… A tak w ogóle to żyje i bawi się „na koszt klasy robotniczej”.

Owszem, zabawa była, Maryla tę zabawę lubiła. Daniel Passent – wówczas mąż Osieckiej – wspomina, jak Maryla z żalem pokazywała mu kalendarz, w którym było mnóstwo wolnych terminów. A to znaczyło, że tego dnia nikt nie chce jej słuchać. A ona lubiła sobie zdzierać głos – foniatra dawno ją ostrzegał! – w trakcie niekończących się tournée. A nie zawsze były to amfiteatry – produkowała się po małych salkach i klubach studenckich. Po dwa-trzy razy w ciągu jednego popołudnia. A przecież nie musiała: widownia widziała, że tuż obok parkuje jej czerwone porsche. Często za wycieraczkę ktoś wkładał różę. Udzielała się także dlatego, by grający z nią muzycy mieli za co wyżywić rodziny. Z estrady nie schodziła nawet w zaawansowanej ciąży. „Jeździłam z koncertu na koncert. Rzygałam i śpiewałam – wspomina w autobiografii. – Brzuch nauczyłam się zakrywać gitarą…”. W polskich halach sportowych, chicagowskich klubach, w kinoteatrach całego bloku KDL. Publiczność to doceniała. Więc kiedy zległa na atak ślepej kiszki w leningradzkim szpitalu, tłumy tamtejszych fanów przygotowały specjalnie skonstruowane transparenty z życzeniami i przytykały je z zewnątrz do szyb, by ulubiona piewica mogła je przeczytać. A żeby jej urządzić polską Gwiazdkę, choinkę wycięto w drodze absolutnego wyjątku ze szpaleru tych, które rosły pod murem Kremla.

Wariatka tańczy

Rok 1980 okazał się dla jej kariery niebezpieczny i przegubowy. W sierpniu pojechała na Wybrzeże z rutynowym występem w „Szalonej lokomotywie” jako flagowa gwiazda peerelowskiej estrady. Ale już parę miesięcy później, podczas pamiętnego zjazdu Solidarności w hali Olivii, przedstawiono ją przewodniczącemu Wałęsie. Jednak i on – nawet gdyby bardzo chciał – nie mógł nic poradzić na to, że Rodowicz zaczęła być gwiazdą epoki, która właśnie się kończyła. Dla nastolatków, którym władze dawkowały „muzykę młodej generacji” jako substytut paszportów i swobód politycznych, Maryla nie mogła być kumpelą – stała się ciotką. Tyle że była to ciotka z mnóstwem pomysłów. Próbowała cepeliowskich pastiszów piosenki ludowej („Powiadają, żem jest ładna”). Śpiewała piosenki Starszych Panów, koncertowała dla dzieci, monologowała językiem podrzędnej biurwy („Szparka sekretarka”), dorobkiewicza spoconego w pogoni za pieniędzmi („Kasa i sex”). Zainscenizowała nawet parodię ówczesnego rocka, udzielając się w formacji Różowe Czuby. Publiczność przyjmowała te wysiłki z uznaniem, ale czekała na towar sprawdzony – przebój, który raz jeszcze rozkołysze festiwalową widownię. Znalazł się. „Niech żyje bal” autorstwa weteranów – Krajewskiego i Osieckiej.

No i Maryla się utrzymała. Bo np. Helena Vondračkova śpiewa tylko okazyjnie. Chętnie na festynach partii, które mają „chrześcijaństwo” w nazwie. Karela Gotta najłatwiej zobaczyć w niemieckich telewizjach, gdzie koi nostalgię byłych enerdowców. Śpiewając po niemiecku oczywiście. Ałła Pugaczowa, gwiazda z tytułem „Ludowy Artysta ZSRR”, poddała się licznym zabiegom chirurgicznym upiększającym i redukującym wagę. Nie pomogło jej to jednak zostać ministrem kultury, o co zabiegała. Zsuzsa Koncz – odpowiedź Węgier na Suzi Quatro – po pięćdziesiątce wycofała się z branży, podobnie jak Kati Kovács oraz kadry zespołów Locomotiv GT i Omega. Klári Katona z trudem utrzymywała się na rynku, zmieniając repertuar z rockowego na soulowy.

Maryla wróciła, ale na rozsypującym się rynku lat 90. potrzebowała czasu na oddech. Wykorzystała więc koniunkturę na biesiadę i wyśpiewała cały weselny repertuar jako „Marysia biesiadna”. Raz w stylu soul, raz z big-bandem dixielandowym, raz z kapelą rockową, ale słuchało się. Pozazdrościła wzięcia młodszym koleżankom, jak Kasie Nosowska czy Kowalska, i na krążku „Złota Maryla” zestawiła piosenki bez melodii i wdzięku, z chropawą aranżacją. Ślepa uliczka. Cóż, na czele nowego pochodu piosenkarka już kroczyć nie będzie, choć ciągle robi przymiarki, jak ta sylwestrowa z Zenkiem Martyniukiem. Maryla wciąż jeszcze zapełnia ogromne sale, ale publiczność jest głównie w jej wieku. To dla tych fanów śpiewa: „Choć już życia, psia mać, popołudnie, jest cudnie…”. Na następnym rocznicowym koncercie będziemy pewnie słuchać recitalu Maryli z pomocą aparatów słuchowych. Ale – co tam: „Chociaż tyle się zdarzyło, to do przodu wciąż wyrywa głupie serce…”.

Wydanie: 32/2017

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy