Jest dług czy go nie ma?

Jest dług czy go nie ma?

Dług istnieje, dopiero gdy się go udowodni

Piotr Soboń – założyciel i partner zarządzający w Kancelarii Doradztwa Prawnego i Gospodarczego AntyWindyk, antywindyk.pl

Czy dług w ogóle istnieje?
– Istnieje dopiero wtedy, gdy się go udowodni. Do tego momentu wszystko jest „rzekome”. Inaczej równie dobrze mógłbym powiedzieć, że jest mi pan winien milion i ma mi pan go oddać, a pan mówi, że nic mi nie jest winien. A ja znowu, że pan jest winien, wtedy pan mówi: „Idź pan do sądu i udowodnij”. I kiedy udowodnię, a sąd zasądzi, to znaczy, że był dług. Jeżeli pana pozwę i przegram, to znaczy, że żadnego długu nie było. Tak samo jest w sytuacji bank-klient. Jeżeli bank twierdzi: „Panie, masz pan dług, oddaj kasę”, ja mówię: „Nie mam żadnego długu, jak chcecie, idźcie do sądu”. Idą do sądu i albo wygrają, czyli był dług, albo przegrywają, co znaczy, że długu nie było, lub inaczej – powód nie był w stanie udowodnić jego istnienia co do zasady lub co do wysokości.

Czyli tak naprawdę rozmawiamy nie o tym, czy długi istnieją, tylko o systemie prawnym, który to reguluje. Cały system windykacyjny, przeżywający dzisiaj w Polsce bum, jest konsekwencją tego, że państwo mówi: rozstrzygnijcie to między sobą. Nie istnieją mechanizmy kontroli. Firmy windykacyjne mają gdzieś to, że są długi przedawnione, bazują na ignorancji prawniczej i braku środków ludzi, którzy nie są w stanie zawalczyć o swoje prawa. Mamy potężne firmy, notowane na giełdzie, z przychodami liczonymi w setkach milionów, które zyski zbudowały na oszustwie – skupowaniu i odzyskiwaniu długów przeterminowanych, niewymagalnych.
– Oszustwo to odrobinę za mocne stwierdzenie. Powiedziałbym, że na niewiedzy, ignorancji, naiwności i strachu. Firmy windykacyjne wykorzystują wszelkie dostępne środki i metody, aby zarobić jak najwięcej. Najczęściej unikają drogi sądowej, bo tam może się okazać, że wcale nie mają racji, lub z wielu innych przyczyn sąd może to powództwo oddalić. Ich głównym orężem jest zastraszanie ludzi poprzez uporczywą windykację, bardzo często niezgodną z obowiązującym prawem i naruszającą dobra osobiste. Przekonują, że warto podpisać ugodę, że warto się dogadać, współpracować, czyli tak naprawdę…

Że warto im płacić.
– No tak. Złożenie pozwu w sądzie wiąże się z wniesieniem opłaty, trzeba jeszcze zapłacić prawnikowi, jakiejś kancelarii, więc dobrowolna spłata jest najszybszym, najtańszym i najskuteczniejszym sposobem ściągania rzekomych długów, które kupiło się od kogoś. Najpierw ktoś zadzwoni, postraszy, za chwilę zadzwoni inna pani, która będzie miła i będzie zachęcać do ugody, potem przyjdzie pan, który powie, że jutro będzie meble wynosił…

Dobry windykator i zły windykator.
– To w Polsce działa. Dlatego firmy kupują takie duże pakiety długów, często nie zwracając uwagi na to, czy są przedawnione, czy nie, bo ze statystyk wynika, że ponad 98% ludzi i tak nie podejmie obrony w sądzie. Zaledwie niecałe 2% wyśle jakiekolwiek pismo. Abstrahuję od tego, czy zostanie ono złożone w terminie, czy będzie poprawne, skuteczne i merytoryczne. Czysto statystycznie i tak opłaca się pozywać ludzi o długi przedawnione lub nawet takie, których nie dałoby się udowodnić w uczciwym procesie. Windykatorzy wykorzystują to, że system sądowy niespecjalnie wnika w pozwy i zasądza z zasady. A zasada mówi: „Skoro mówią, że jest winien – to tak jest”.

Skala zjawiska przekłada się bezpośrednio na pieniądze.
– Bardzo duże pieniądze. Mówimy nie o milionach, ale o miliardach złotych.

Bank nie poczeka na raty

Skoro są tam takie ogromne pieniądze, to dlaczego pańska kancelaria nie zajmuje się windykacją, tylko nazywa się AntyWindyk i pomaga tym 2% ludzi, którzy są skłonni zareagować?
– Pracowałem w banku jako doradca finansowy i pomagałem ludziom uzyskać kredyty, których, jak im się wydawało, potrzebowali. I często okazywało się np. po roku, że potrzebują więcej pieniędzy, a później jeszcze więcej. Byli pewni, że za chwilę to odrobią. A jest milion powodów, dla których raczej coś się nie uda. I w pewnym momencie ktoś zostaje z wielkimi długami i nie ma gdzie zwrócić się o pomoc. Sam byłem w takiej sytuacji. Związałem się z branżą bankową, współpracowałem z bankiem na wyłączność, oferując kredyty hipoteczne. Szło całkiem dobrze przez dwa, trzy lata, po czym bank z dnia na dzień wycofał się z akcji kredytowej i podziękował nam za współpracę. Dochody i oszczędności się skończyły, pojawił się problem. Rozpocząłem na włas­ną rękę działalność jako niezależny doradca, pośrednik już niezwiązany z jednym bankiem, ale rozkręcenie czegoś takiego po kilkuletniej współpracy z jednym podmiotem wymaga miesięcy. A system bankowy jest tak skonstruowany, że bank nie poczeka na raty. Bank daje miesiąc, dwa, trzy, po trzech miesiącach, czasem wcześniej, wypowiada umowę i sprawa musi trafić do sądu. A jeszcze niedawno wystawiał bankowy tytuł egzekucyjny, szedł do sądu po klauzulę wykonalności i po dwóch miesiącach wkraczał komornik. Na wnioski o restrukturyzację dostawało się krótką odpowiedź odmowną, bez wyjaśnień.

Coś jednak się zmieniło.
– Tak, wszedł art. 75c Prawa bankowego, który mówi, że bank musi pouczyć o możliwości restrukturyzacji, złożenia wniosku. Jeżeli bank odmawia zgody na restrukturyzację, musi pisemnie, obszernie uzasadnić tę decyzję. Próbuje się działań, które pozornie cywilizują tę sytuację. Ale tak naprawdę żadnej restrukturyzacji nie ma i nigdy nie będzie. Bankowi nie opłaca się utrzymywać kredytu, który jest restrukturyzowany, podlega ugodom czy jakimkolwiek innym negocjacjom, bo na niego musi odprowadzać rezerwy, musi go wpisać do puli kredytów zagrożonych, w związku z czym odprowadza kolejne środki. Dużo bardziej opłaca się wypowiedzieć umowę, zrzucić go jako kredyt niespłacany całkowicie. A najlepiej w ogóle się go pozbyć, sprzedając funduszowi za 10%, 15%, a czasem 1% wartości. I co z tego, że klient informował bank, że zmienia pracę, że za dwa miesiące znów będzie miał dochody albo że potrzebuje wakacji kredytowych na pół roku i wróci do spłaty. Tutaj system działa zupełnie odwrotnie, najlepiej klientowi odmówić, poszczuć go windykatorami, zgnoić, potem kredyt sprzedać za bezcen i wprowadzić to jako zysk do bilansu.

Czyli bank poprzez działania reklamowe zachęca do brania kredytów, na których spłaceniu mu nie zależy?
– Tak, bo to nie jest w jego interesie. Bank nie tylko zachęca do kredytów w mediach, on te kredyty wciska ludziom, którzy w ogóle ich nie potrzebują. Nakłada na doradców w oddziałach plany sprzedażowe, a ci muszą te plany zrealizować. Doradca łapie telefon, obdzwania ludzi i wciska im kredyt na siłę. Pół biedy, jeśli ktoś ma potrzebę, gorzej, jeśli jej nie ma, ale kredyt bierze. A jeszcze gorzej, jeżeli nie stać go na spłatę, a i tak bierze, bo doradca „doradza”, namawia, kusi. Celem jest wciśnięcie produktu klientowi, a nie to, czy on go będzie spłacał. Mamy tu zjawisko odpowiedzialności zbiorowej, czyli de facto niczyjej. Słupki się zgadzają, pracownik zadowolony, szef zadowolony, prezes zadowolony, są obroty, jest ruch. A kredytobiorca nie spłaca, bo wciśnięto mu coś, na co go nie stać.

To znaczy, że system produkuje ludzi z kłopotami finansowymi.
– Sam wpadłem w takie kłopoty. Miałem zobowiązania, których już nie byłem w stanie regulować, i zaciąg­nąłem kolejne na spłatę poprzednich. A wiedziałem, że tak dobrze, jak było, nie będzie. Ludzie często się łudzą, że za chwilę los się odmieni, jeszcze pół roku i będą więcej zarabiać. Guzik prawda, życie pokazuje, że w ponad 90% jest tylko gorzej, zaciąganie kolejnych zobowiązań na spłatę poprzednich nic nie daje. Trzeba szukać innego rozwiązania – przynajmniej czasowo wstrzymać spłatę, a jeśli się uda, to w ogóle spłacić mniej, na zasadzie ugody. Po pewnym czasie okazało się, że to niemożliwe i albo spłacamy wszystko, albo nic. W związku z tym, że nie było mnie stać na spłatę wszystkiego, wybrałem opcję nic. I obserwowałem, jak to dalej się potoczy.

W 2015 r., kiedy zaczynaliśmy, w Polsce nie było żadnej kancelarii, która zajmowałaby się obsługą dłużników czy osób mających problemy z płatnościami. Nikt na tym się nie znał. Kiedy konsultowałem swój przypadek u znakomitych prawników, na koniec każdy mówił, że trzeba spłacać, bo bank zawsze wygra. Ale okazało się, że jak się wczyta w przepisy, to one wcale nie są takie jednoznaczne, albo inaczej – są jednoznaczne, ale w drugą stronę. Tyle że nikt nie podnosi argumentów, które sprawiłyby, że sąd nabierze wątpliwości w sprawie tego, co twierdzi bank. De facto na sobie rozpracowywałem ten system, po to by dojść do wniosku, że to jednak działa.

Prowadzi pan kancelarię antysystemową?
– Nie miałem takiego celu i nie lubię tego określenia, bo naszym celem nie jest walka z systemem. Nam chodzi o ratowanie ludziom życia, żeby nie umierali w wyniku chorób, na które często zapadają pod wpływem stresu, nerwów, zastraszania. O to wreszcie, żeby nie odbierali sobie życia – w 2016 r. mniej więcej 1,7 tys. osób zginęło w Polsce w wypadkach drogowych. A ofiar samobójstw było ponad dwa razy tyle. Według mojej wiedzy długi to jeden z głównych powodów samobójstw. Znam kilka rodzin, w których ktoś popełnił samobójstwo po wizycie windykatorów z firmy pożyczkowej, którzy przyszli i powiedzieli, że jak pani do jutra nie spłaci, to wyniesiemy meble, telewizor… A ona nie wiedziała, że tak nie można, że to są tylko werbalne groźby i zastraszanie. Nie wytrzymała psychicznie i tego samego dnia się powiesiła.

Czyli AntyWindyk to kancelaria nie antysystemowa, ale humanitarna?
– Myślę, że w jakiś sposób na pewno. Kancelaria nie robi tego bezinteresownie, natomiast cieszę się, że jesteśmy po stronie zadłużonych, a nie po tej drugiej. Wiem, że tym ludziom trzeba i warto pomóc, i wiem, że nie ma w Polsce innych miejsc, które zrobią to rzetelnie i skutecznie.

Ziemia zaludniona dłużnikami

Czy nadzór państwa nad systemem bankowym, przez instytucje, stanowienie prawa, jego egzekucję, jest fikcją? Państwo się wycofało, pozwoliło bankom i windykatorom na to wszystko?
– Dokładnie tak jest. Zdarzają się pozorne ruchy zmieniające prawo, które miałyby ucywilizować sytuację. Na początku roku weszły np. zmiany w ustawie o komornikach i w prawie cywilnym. Generalnie są to dobre zmiany. Natomiast problem jest tak obszerny, że nie ma możliwości uzdrowienia systemu pojedynczymi zmianami. Konieczna byłaby zmiana nadzoru, zmiana przepisów zakazująca pewnych praktyk. Jednak lobby drugiej strony jest tak potężne, że żaden rząd nie zdecyduje się na wprowadzenie takich zmian.

Zobaczył pan lukę i ziemię niczyją, ziemię zaludnioną dłużnikami. I okazało się, że…
– Większość dłużników pracuje, osiąga jakieś dochody, ale to nie wystarcza na spłatę zobowiązań. Czasem chodzi o jeden kredyt z ratą 500 zł, a czasem tych zobowiązań jest na 10-30 tys. zł miesięcznie. Tylko sporadycznie dłużnik przychodzi z prośbą, by go uwolnić od długów, żeby nie musiał nic spłacać. Ludzie mają zakorzenione poczucie sprawiedliwości – jeżeli wziąłem, powinienem oddać. Ja to widzę. Bardzo łatwo mi wyczuć cwaniaka, który wziął ileś kredytów, stwierdził, że nie będzie spłacał, i chce, żeby go teraz wybronić za ułamek procenta tego, co wziął. Takich przypadków miałem może trzy, cztery na kilka tysięcy zgłoszeń i nie podjęliśmy się tych spraw.

Jak pan działa?
– Banki są dużymi instytucjami, mają takie, a nie inne procedury, im po prostu się nie opłaca spłacanie przez dłużników. Skoro tak, trzeba znaleźć rozwiązanie spośród tych, które są możliwe. Jeżeli ktoś ma pięć zobowiązań, to jeśli będzie spłacał jedno czy dwa, a trzy odpuści, to będzie miał na głowie jednego albo dwóch komorników. Zabiorą mu część pensji, zostanie mu 1,5 tys. zł gwarantowane ustawowo na zapewnienie podstawowego bytu. On by chciał z tych 1,5 tys. zł jeszcze 700 zł przeznaczyć na raty i zostanie mu 800 zł na utrzymanie siebie i trójki dzieci. Tak się nie da. Spłacamy więc wszystko albo nic. Czy ma pan pięciu komorników, czy jednego, konsekwencje są takie same. Jeżeli to jest zobowiązanie na kilkadziesiąt tysięcy, a pan zarabia 1,8 tys. zł, i tak nigdy w życiu pan tego nie spłaci. Jedyna możliwa opcja – przestajemy spłacać wszystko, walczymy w sądzie, próbujemy wygrać jak najwięcej spraw, jeżeli uda się wygrać wszystkie, to super. Jeżeli nie uda się wygrać, pojawi się komornik i dług tak szybko narośnie z uwagi na opłaty sądowe, egzekucyjne i odsetki, że nie da się go spłacić w normalnym trybie. Co potem może się wydarzyć? Dług od banku może za parę procent wykupić fundusz. I przyjdzie po ugodę, która funduszowi jest bardzo na rękę.

I co dalej?
– To, czy iść na ugodę, czy nie, zależy od sytuacji klienta. Nie ma z góry gotowych rozwiązań. Na przykład ktoś miał pięć zobowiązań, cztery wygraliśmy, zostało jedno, bank nie chciał się dogadać i nie poszedł do sądu, fundusz je kupił i mówi, że jest to 25 tys. zł. Im by wystarczyła rata 350-400 zł miesięcznie. I ktoś mówi: „Stać mnie na to, czy mam podpisać ugodę?”. Odpowiadam wtedy: „Może pan podpisać ugodę, jeżeli ma pewność, że będzie pana stać na spłatę tego do końca. Bo jeżeli za miesiąc czy za pół roku przestanie pan spłacać, tą ugodą tylko się pan pogrąży”. Bo celem ugody jest ściąg­nięcie należności, ale też uznanie długu. Czasem warto tę ugodę podpisać, ale jeżeli ktoś ma cztery, pięć zobowiązań, każde po kilkadziesiąt tysięcy, to wysokość rat przekroczyłaby jego dochody. W takiej sytuacji nie ma sensu podpisywanie żadnej ugody, trzeba przyjąć komornika na klatę. Dlatego każdorazowo musimy poznać pełną sytuację klienta, jego zobowiązania, dochody, ich źródło, posiadany majątek i wiele innych danych, żeby zaproponować mu najlepsze dla niego rozwiązanie. Przedstawić plusy i minusy każdego, a on sam zdecyduje, którą ścieżką pójdzie.

Nie wszystko stracone

Prowadzi pan też blog. Pojawiają się w nim zdroworozsądkowe porady, za które nie bierze pan pieniędzy. Opisuje pan różne historie, kiedy udało się wygrać sprawę rzekomego długu, w rzeczywistości niesłusznego. Już został pan zauważony przez banki jako trudny przeciwnik?
– Banki początkowo nas ignorowały. Dość szybko jednak zauważyły, że pojawił się na rynku podmiot – pełnomocnicy, którzy skutecznie podejmują obronę i zaczynają wygrywać. Zaczęto o nas mówić na zamkniętych forach internetowych, na których pełnomocnicy banków wymieniają się informacjami, ciekawostkami z sal rozpraw, doświadczeniami. Dowiedziałem się tego niezależnie od kilku osób. Banki zaczęły też inaczej formułować pozwy, składają inne dokumenty. Teraz wytaczają naprawdę ciężkie działa i coraz trudniej z nimi wygrywać. Między tym, jak banki reagowały na nasze pisma procesowe cztery lata temu, a nawet dwa lata temu, a obecną sytuacją jest przepaść. Nie boję się zaryzykować stwierdzenia, że wprowadziliśmy dużo zamieszania w systemie bankowym, jeśli chodzi o egzekucję roszczeń w sądach. Natomiast nadal są na rynku banki, które mimo wielu przegranych spraw popełniają te same błędy. Na szczęście w mojej ocenie cały czas wyprzedzamy banki o dwa, trzy kroki i dzięki temu utrzymujemy wysokie statystyki wygranych. Jednak jest to okupione bardzo ciężką pracą.

A jak reszta środowiska przyjęła pana antywindykacyjną specjalizację?
– Bardzo szybko zostaliśmy zauważeni przez komorników. Zdarzają się nam klienci, którzy zostali skierowani do nas przez komornika. On oczywiście swoje czynności wykonał, ale powiedział: „Pani się zgłosi do takiej kancelarii”, bo widział, że coś nie gra. Z niektórymi komornikami współpracujemy, konsultujemy trudniejsze zagadnienia, które wymagają ścisłej wiedzy lub doświadczenia, ale przede wszystkim oni bardzo chętnie dzielą się wiedzą, żeby uzdrowić ten system i eliminować takie czarne owce jak komornik, który zabrał traktor sąsiada.

Mówił pan, że prawo mamy dobre.
– Nie widzę tutaj jakichś ogromnych luk, błędów i gdyby sędziowie bardzo ściśle się go trzymali i faktycznie stosowali jego wykładnię, wygrywalibyśmy 90% spraw z bankami. Niestety, sądy mają różne podejście. Są sędziowie przekonani, że „długi trzeba spłacać” i koniec. I choćby sprawa była oczywista, bank i tak wygra. Są takie miejsca w Polsce i to mnie najbardziej boli, a nie to, że czasem przegramy. Jeżeli sędzia potrafi w trzech zdaniach napisać, że bank udowodnił swoje roszczenie i koniec, to co to jest za sąd, co to jest za sędzia? Gdzie tu prawo do uczciwego procesu, prawo do obrony?

Banki mają kredyt… zaufania.
– Mają, choć wielokrotnie udowodniły, że na niego nie zasługują, nie są instytucjami zaufania publicznego. To już tylko pusty slogan, i to od dawna, a w sądach są dalej uprzywilejowane. W 80% wyrok pierwszej instancji zostaje podtrzymany w apelacji i często nie dlatego, że jest prawidłowy, ale dlatego, że wtedy nie trzeba tracić czasu na pisanie obszernego uzasadnienia. Łatwiej zrobić kopiuj-wklej i przyklepać to, co orzekła pierwsza instancja, szczególnie gdy wielkość kwoty nie pozwala na kasację czy inne odwołania.

To niewesoła wiadomość.
– Taka jest prawda. Jeżeli bym przeprowadził 30 czy 50 spraw, nie miałbym prawa wysnuwać żadnych wniosków, bo to może być zbyt mała próba. Ale jeżeli tych wyroków mamy ponad tysiąc, a spraw w toku kilka tysięcy, i to rozsianych po całej Polsce, można już pewne wnioski wysnuwać. Jak sprawa trafia do tego i tego sądu albo do konkretnego sędziego, z góry mogę się spodziewać albo sprawiedliwej oceny materiału, albo przegranej, bo to jest taki sędzia. Są sądy i miasta, w których żadnej sprawy jeszcze nie wygraliśmy i pewnie nigdy nie wygramy, mimo że identyczne sprawy w innych sądach wygrywamy prawie wszystkie. Nie dlatego, że źle poprowadziliśmy sprawę, tylko nastawienie jest takie, a nie inne. Trudno tu, niestety, mówić o uczciwym, rzetelnym procesie.

Ma pan współpracowników w całej Polsce.
– Siedziba kancelarii jest w Gdańsku. Tam jest większość zespołu. Współpracujemy z różnymi osobami rozsianymi po Polsce. Czy to z komornikami, czy z pełnomocnikami procesowymi, którzy reprezentują naszych klientów na rozprawach. To niezbędne, bo pomaga w reprezentowaniu klientów z całego kraju, a nie tylko z naszego miasta.

Jaką rolę odgrywają wpisy na blogu, porady, sugestie? To budowanie wiarygodności firmy?
– Niektóre rzeczy można, a nawet trzeba, mówić ludziom otwarcie, żeby sami mogli z tego korzystać. Mamy mnóstwo opinii na blogu, dostajemy też mejle, że przeczytali to, zastosowali i zadziałało. Są w szoku, bo nie wierzyli, że to się uda, ale teraz ich życie się odmieniło. To bardzo budujące. To, co piszemy, stanowi jakiś mały ułamek naszej wiedzy. Nie możemy pisać wszystkiego, żeby nie zdradzać naszego know-how, które zdobywaliśmy przez ileś lat, i żeby nie uczyć strony przeciwnej, co ma robić. Inna rzecz, że później wykorzystują to pseudofirmy, które reklamują się, że pomagają, wyciągają z długów, a tak naprawdę biorą kasę i wiele nie robią. To też duży problem, bo pojawia się wielu naśladowców, których klienci potem do nas trafiają i okazuje się, że oni nie dość, że nie pomogli, to jeszcze pogorszyli sytuację.

A co z tymi, którzy już wszystko stracili?
– Pomagamy nie tylko ludziom, którzy obecnie mają problemy, ale i tym, którzy w kłopoty wpadli wiele lat temu, np. zlicytowano im mieszkanie. Oni myślą, że już wszystko jest zamknięte, długi zostały, bo jak komuś zlicytują mieszkanie, to zaledwie jeden na dziesięciu ma spłacony w ten sposób dług – pieniądze z licytacji przeważnie nie pokrywają zadłużenia. Czasem na licytacji takie mieszkanie sprzedaje się za 100 tys. zł, czasem za 500 tys., czasem za milion. Bardzo często po dokładnej analizie sprawy okazuje się, że nie wszystko było do końca zgodne z prawem albo wręcz było bezprawne. Co wtedy możemy zrobić? Możemy udowodnić, że były błędy, coś się wydarzyło niezgodnie z prawem, i odzyskać pieniądze, które wierzyciel uzyskał na licytacji. Mało tego, możemy odzyskać różnicę między realną wartością nieruchomości a kwotą, za którą mieszkanie zostało sprzedane, i jeszcze pociąg­nąć bank do odpowiedzialności za zlicytowanie komuś dorobku całego życia, jakim był wymarzony dom, mimo że formalnie w dokumentach były błędy. Tu uczulam ludzi, którzy myślą, że jest po sprawie i nic się nie da zrobić. Właśnie w tych sytuacjach osiem na dziesięć przypadków jest do odkręcenia. Wiele jest powodów i argumentów, dzięki którym można sprawę przywrócić, wygrać i odzyskać dużo pieniędzy, często majątek życia. To dotyczy nieruchomości, ale też wieloletnich egzekucji z wynagrodzenia, kiedy np. ktoś dobrze zarabiał, ale połowę przez ileś lat mu ściągali. Potrafią się uzbierać kwoty 50, 150 tys. zł i okazuje się, że cała egzekucja to była wielka lewizna. Nie tylko cofamy sprawę, wygrywamy i pozbywamy się długu, ale jeszcze odzyskujemy pieniądze dla naszego klienta. Fajnie jest przywracać ludziom poczucie wiary w jakąś sprawiedliwość, w to, że nie zostali sami, że warto czasem powalczyć. Odmienia się ludzkie życie i to daje olbrzymią satysfakcję.


Polak zadłużony
1 191 368 – liczba dłużników kredytowych
34,04 mld zł – łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych
28 575 zł – średnia wartość zaległego zobowiązania kredytowego na osobę
170 270 zł – średnia wartość zaległego kredytu hipotecznego
22 279 zł – średnia wartość zaległego kredytu konsumpcyjnego
5121 zł – średnia wartość kredytu na karcie, koncie osobistym

Źródło: Raport InfoDług, marzec 2019 r. Na podstawie danych z baz Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej


Książki o długu
Brawurowa i monumentalna opowieść o historii długu. Autor, aktywista, antropolog, wykładowca London School of Economics, jedna z najważniejszych postaci ruchu Occupy Wall Street, nieoficjalnie autor ówczesnego hasła „We are 99%”, prześledził fenomen długu, stereotypy, kłamstwa, mity i manipulacje związane z tym pojęciem, wędrując poprzez epoki, kultury, religie, szkoły gospodarcze, tradycje i instytucje społeczne, państwowe czy globalne, lichwę oraz kryzysy finansowe. David Graeber nieakademicko wraca „Długiem” do filozoficznej tradycji zadawania Wielkich Pytań.
David Graeber, Dług, Pierwsze pięć tysięcy lat, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018

Janis Warufakis, ekonomista, przez kilka miesięcy 2015 r. minister finansów Grecji z ramienia Syrizy, twardo negocjował z tzw. Trojką: Europejskim Bankiem Centralnym, Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Komisją Europejską, warunki spłaty i przyszłości greckiego zadłużenia. Jego książka wypełniona jest zapisami zakulisowych rozmów i rozgrywek z najważniejszymi graczami polityczno-ekonomicznymi Europy. Czytamy o kuchni politycznej współczesnej Europy, poznajemy skrywaną arogancję przedstawicieli najbogatszych państw oraz ustalających reguły gry szefów instytucji finansowych i europejskich.
Janis Warufakis, Porozmawiajmy jak dorośli. Jak walczyłem z europejskimi elitami, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019

François Chesnais, wykładowca ekonomii Uniwersytetu Paris 13 Nord, próbuje znaleźć i nazwać główne, systemowe przyczyny wielkiego kryzysu gospodarczego 2008 r. Wskazuje patologiczną, powszechną finansjeryzację gospodarki. Zajmuje się argumentacją na rzecz anulowania (bezprawnych) długów publicznych. Postuluje, że „najwyższy czas zająć (a nie niszczyć) banki, by mogły wypełniać swoje, właściwe im, istotne funkcje”.
François Chesnais, Bezprawne długi. Jak banki sterują demokracją, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2012


Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 15/2019

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 14 kwietnia, 2019, 12:51

    System bankowy w Polsce jest w przeważającej większości w obcych rękach. Zagraniczne banki stosują w Polsce praktyki, na które nigdy by sobie nie pozwoliły w swoich krajach macierzystych, bo zostałyby tam zniszczone przez państwo albo stowarzyszenia konsumentów. W Polsce państwo jest tylko teoretyczne, a stowarzyszenia konsumentów są fikcją. Najlepsi polscy specjaliści (w tym prawnicy czy ekonomiści) pracują dla firm zagranicznych i dbają o ich interesy, bo za to się im płaci. Ten proces trwa od początku transformacji ustrojowej i jest to klasyczny drenaż mózgów, jeden z głównych czynników, który uniemożliwił krajom postkolonialnym wydobycie się z zapaści gospodarczej. To typowy element neokolonizacji – dokonywanej poprzez wielkie korporacje, metodą kupowania sobie lokalnych wodzów i szamanów, którzy pod kłamliwym hasłem „kapitał nie ma narodowości” przekonują ludność tubylczą, że zdanie się na łaskę i niełaskę kolonizatorów to dla nich największe szczęście – bo jak nie, to „wróci komunizm, ocet na półkach” itp. bla, bla, bla.
    Polska od 1989 roku jest po prostu kolonizowana, ku radości pana Balcerowicza i jego neoliberalnych apostołów. Obserwowana obecnie zapaść w edukacji czy służbie zdrowia to także typowe cechy państwa kolonizowanego, które pozbawione własnej bazy gospodarczej, zwyczajnie nie ma z czego utrzymać tych podstawowych usług socjalnych. Prowadzona przez PiS „polityka socjalna” to tylko wielka mistyfikacja dla zdobycia poparcia u maluczkich. takie przyklejanie tapety na pękające ściany.
    Ponadto, obniżanie poziomu edukacji w koloniach gwarantuje krajom-kolonizatorom, że nie wyrośnie im niebezpieczna konkurencja. Podsumowując, rzekomy „polski cud gospodarczy” ostatnich 30 lat, to wielka propagandowa manipulacja i zamiatanie śmieci pod dywan. Śmieci właśnie zaczynają spod dywanu wyłazić – a to dopiero początek. Jakie jest rozwiązanie? Polskę musi opuścić kolejne parę milionów młodych ludzi, którzy poprzez transfery pieniężne zapewnią w miarę łagodną starość i godną śmierć pozostawionym za sobą rodzicom czy dziadkom. Liczba Polaków musi spaść do 10-15 milionów, bo tylko tyle będzie w stanie utrzymać gospodarka bazująca na prymitywnych montowniach, usługach biznesowych, rolnictwie czy turystyce. Koniec z polską kulturą czy sportem – bez mecenasu państwa nie ma szans na przetrwanie. I nikt na tzw. Zachodzie, w który Polacy są zapatrzeni jak w święty obrazek, się tym nie przejmie, to mogę zagwarantować.
    Taką przyszłość zaczęła Polakom pichcić „demokratyczna opozycja” już od 1980 roku i odwrotu od tego nie ma.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Stella Rene
    Stella Rene 7 maja, 2019, 08:01

    cześć wszystkim jestem Krzysztof przyszedłem dać świadectwo o tym, jak wczoraj dostałem pożyczkę, szukałem kwoty pożyczki, aby spłacić cały mój dług i byłem całkowicie bankrutem, a kiedy powiedziałem mojemu przyjacielowi, że mnie przedstawia firma o nazwie Stella Rene Loan Firm, która udziela pożyczek o stawce 3% i złożyłem wniosek o pożyczkę w wysokości 100 000,00tys. Wczoraj dostaję sukces od pożyczki wczoraj i otrzymuję pożyczkę na moje konto bankowe POK, więc mój wspaniali ludzie pomagają mi podziękować tej wspaniałej i legalnej firmie, ponieważ przybyli do kraju, aby pomóc wielu z nas w osiągnięciu sukcesu kredytowego, aw razie potrzeby kontaktu, prosimy o kontakt mailowy mrsstellareneloanfirm1@gmail.com w celu uzyskania szybkiej i bezpiecznej pożyczki z tego Firma jest zaufana i gwarantuje 100%.

    Krzysztof

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Kredyty Porównywarka
    Kredyty Porównywarka 12 lipca, 2019, 12:05

    art. 75c Prawa bankowego, który mówi, że bank musi pouczyć o możliwości restrukturyzacji – świetny przepis! Pamiętajmy o tym, że kredyt hipoteczny w myśl nowej Ustawy o kredycie hipotecznym i nadzorze nad pośrednikami i agentami, również można restrukturyzować.

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Aśka
    Aśka 22 lipca, 2019, 22:16

    Różne sytuacje się w życiu zdarzają ale niezależnie od nich, to co się pożyczyło trzeba zwrócić. Mi niestety też się zdarzyła nieprzyjemna sytuacja ale jakoś udało mi się bez bólu dogadać z eos ksi.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Andriej
      Andriej 20 listopada, 2019, 10:38

      Jako pracownikowi podrzędnej firmy EOS KSI raczej łatwo ci się zawsze dogaadać. Nie reklamuj tego dziadostwa.

      Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy