Kaleki Wietnam

Kaleki Wietnam

W czasie wojny na działanie szkodliwego herbicydu Agent Orange wystawiono 18 mln Wietnamczyków

Chociaż wojna zakończyła się w Wietnamie trzy dziesięciolecia temu, wiele jej następstw obecnych jest po dziś dzień. To, że nadal giną tam ludzie od niewypałów, można jeszcze zrozumieć. Tego, że rodzą się zdeformowane dzieci, już nie. Oblicza się, że w latach 1962-1971 Amerykanie rozlali w części środkowej i południowej Wietnamu 72 mln litrów herbicydów, zatruwając obszar 3,6 mln ha. Herbicydy zwano Agent Orange od pomarańczowego pasa, jakim znaczono beczki, a stosowano je do niszczenia dżungli i w ogóle wegetacji w partyzanckich „strefach wyzwolonych”. Były zatem środkiem bojowym w walce o poderwanie gospodarczych podstaw przeciwnika. O szkodliwości herbicydów, a przynajmniej ich komponentu, dioksyny – TCDD, przekonano się już na początku lat 70. XX w. i wtedy zakazano jej stosowania w USA i kilku innych krajach. Wkrótce potem zakończono akcje bojowe z użyciem herbicydów w Wietnamie.
Ale było już za późno. Na działanie szkodliwej substancji wystawiono 17 mln ludzi z Południa i około miliona z Północy. Dla wielu miało to skutki bezpośrednie, takie jak choroby nowotworowe czy narodziny zdeformowanych dzieci. Chociaż badania nad działaniem dioksyny na organizm ludzki są kontynuowane w wielu krajach, nadal nie tak wiele wiadomo. Jest pewne, że związek oddziałuje w sposób destrukcyjny na rozrodczość. Wiadomo, że większość trucizny przenosi się na dziecko z mlekiem matki, ale nie wyłącznie. Częściej bowiem ojcowie kalekich dzieci znajdowali się w strefie oddziaływania dioksyny i to oni poprzez swój materiał genetyczny przekazali potomstwu straszliwą chorobę. Deformacje są najprzeróżniejsze – od lekkich po przypadki zupełnie przerażające. Co gorsza, nie wiadomo, jakie są skutki herbicydów, które dziesięciolecia temu wniknęły w ziemię, a wiele z tych obszarów nadal zajmują uprawy.
– Walczyłem z najeźdźcami przez prawie dziesięć lat i wróciłem do domu zdrowy. Moim marzeniem było ożenić się, mieć dzieci i w ogóle szczęśliwą rodzinę. Ale teraz moje dzieci są wstrząsane strasznymi bólami i krzyczą w nocy. Patrząc na to, cierpię dziesięciokrotnie bardziej. Od 30 lat nie miałem ani jednego spokojnego dnia – mówi wietnamski weteran wojny, Nguyen Van Thang.
Być kaleką to straszne, ale nie ma nic straszniejszego niż być kaleką w kraju ubogim. Z ograniczonym dostępem do środków przeciwbólowych, bez wózka i protez, z niefachową, choć troskliwą opieką bliskich. Być zdanym wyłącznie na własną rodzinę lub mizerną opiekę społeczną. Pani Vo Thi Hong jest ubogą wieśniaczką z prowincji Binh Thuan. Jej dzieci urodziły się w 1984 i 1993 r., a ich kalectwo nie pozwala na samodzielne funkcjonowanie. – Myślę tylko o tym, żeby umarły przede mną. Bo nie mam nikogo, kto zająłby się nimi. Jeśli umrą przede mną, to będzie ich wielkie szczęście.
Jak łatwo sobie wyobrazić, opieka nad dotkniętymi skutkami Agent Orange jest bardzo kosztowna, a Wietnamu po prostu nie stać na zapewnienie jej w przyzwoitym zakresie. Stąd rozmaite apele do instytucji międzynarodowych, bo skuteczność procesów o odszkodowania jest iluzoryczna.
Chociaż… W styczniu 2006 r. sąd apelacyjny w Korei Południowej nakazał głównym producentom Agent Orange, amerykańskim koncernom Dow Chemical Com. i Monsanto Co., zapłacić 65 mln dol. 20 tys. poszkodowanych Wietnamczyków. Wobec potrzeb i wysokości roszczeń jest to w istocie suma niewielka, wyrok jednakże stanowi wyłom, w sytuacji wcześniejszego odrzucenia takiej skargi przez amerykański sąd federalny. Poszkodowani są zresztą nie tylko Wietnamczycy, ale również weterani wojsk interwencyjnych: USA, Australii i Korei Południowej. Od pewnego czasu zwarli oni szeregi, występując wspólnie o odszkodowania; głównie z myślą o tysiącach bezradnych ofiar w Wietnamie, z braku środków pozbawionych realnej pomocy.
Z ich inicjatywy jest też organizowana pomoc doraźna ofiarom wojny chemicznej. Jedno z takich świadectw odnaleźć można nieopodal stolicy Wietnamu – Hanoi. Tu, w pewnej odległości od drogi głównej, w okolicy zamieszkanej przez wietnamskich katolików, odnaleźć można nieznaną przeciętnym odwiedzającym ten kraj Wioskę Przyjaźni. Wioska jest rezultatem współpracy organizacji grupujących weteranów wojny różnych krajów, a przede wszystkim Wietnamu, USA, Niemiec, Francji, Japonii i Wielkiej Brytanii. Weterani tych państw utworzyli Międzynarodowy Komitet Wioski Przyjaźni, na którego czele stanął inicjator pomysłu, George Mizo z USA. Od 2002 r. na czele tej organizacji stoi pani Rosemarie Hohn Mizo.
Bez zagranicznych funduszy realizacja pomysłu byłaby mało prawdopodobna, ze względu na wielkie koszty. Niemniej jednak obecnie Wioska Przyjaźni pozostaje w gestii Wietnamskiego Stowarzyszenia Weteranów i na bieżąco obsługiwana jest przez Wietnamczyków. Zagraniczne subwencje natomiast napływają nadal i obok kosztów bieżącej obsługi wspomagają funkcjonowanie wioski.
Budowa zespołu trwała dość długo, bo przeszło cztery lata, a pierwszych podopiecznych przyjęto w marcu 1998 r. Jest to zatem przedsięwzięcie stosunkowo nowe. Zwyczajowo na terenie wioski przebywa 150 podopiecznych, z czego dwie trzecie to kalekie dzieci, a jedna trzecia to weterani wojny wietnamskiej. Kryterium przyjęcia jest oczywiście kalectwo i choć nie wyłącznie, to w największej liczbie przebywają tu porażeni Agent Orange z północnego i środkowego Wietnamu. Oczywiście brane jest pod uwagę współczesne miejsce zamieszkania ofiar, bo chociaż Północ nie była w zasięgu oddziaływania tej substancji, wielu weteranów, którzy zetknęli się z chemikaliami na Południu, pochodziło z Północy. Rotacja wynosi dwa-trzy miesiące dla weteranów i rok, dwa lata dla dzieci, w ciężkich przypadkach zaś dłużej.
Podczas pobytu w wiosce podopiecznym zapewnia się bezpłatne utrzymanie, leczenie oraz środki umożliwiające funkcjonowanie. W niezamożnym kraju, jakim jest Wietnam, są to dobrodziejstwa trudne do oszacowania. Dzieci uczęszczają do szkoły i w miarę możliwości są przyuczane do samodzielnego funkcjonowania lub nawet zarobkowania. Pod okiem nauczycieli uczą się wyszywać według wyrysowanego wzoru, wykonywać drobne przedmioty, w tym piękne sztuczne kwiaty, które później są wykupywane przez instytucje rządowe do ozdabiania wnętrz. Kalecy otrzymują protezy lub wózki, a ci, którym jest ona niezbędna, pomoc psychologiczną. Jest to szczególny problem, gdy w kalekim, potwornie zniekształconym ciele żyje umysł zdrowego człowieka. Tych właśnie łatwo rozpoznać – nie są banalnie otwarci wobec przybyszów, nie potrząsają ręki na przywitanie, kryją się gdzieś. Widać, że pełni są poczucia własnego nieszczęścia.
Chociaż Wioska Przyjaźni to prawdziwa oaza szczęśliwości dla ubogich przecież ofiar Agent Orange, pozostawia u wszystkich odwiedzających wyjątkowo przykre wspomnienia. Odbiór często nieprawdopodobnych deformacji jest bowiem jednoznacznie przygnębiający. Pozostaje zatem bezgraniczny smutek, taki sam jak w osławionej powieści wietnamskiej Bao Ninha „Smutek wojny”. Smutek, bo – poza opieką – nie sposób odnaleźć tam nadziei.

Autor jest profesorem w Instytucie Historii UAM w Poznaniu, zajmuje się dziejami krajów Azji i Pacyfiku

 

Wydanie: 22/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy