Kampania do ostatniego dolara

Kampania do ostatniego dolara

Wybory w USA to nie tylko pojedynek Romneya i Obamy,
to również tysiące kandydatów do władz wszystkich szczebli

6 listopada Amerykanie wybiorą prezydenta. Wynik nie jest jeszcze przesądzony, ale sondaże wskazują, że to Barack Obama zdobędzie wymagane 270 głosów w kolegium elektorskim i zostanie prezydentem na drugą kadencję. Nim to nastąpi, ludzie na całym świecie będą z zapartym tchem śledzili końcówkę najwspanialszego politycznego show na Ziemi. Tegoroczna kampania wyborcza to jednak nie tylko wybory prezydenckie, chociaż mogłoby tak się wydawać podczas oglądania programów informacyjnych lub czytania prasy i wiadomości w portalach internetowych. Poza prezydentem „w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada” Amerykanie będą wybierać również 33 senatorów, 435 reprezentantów, a wraz z nimi delegatów do Kongresu z Dystryktu Kolumbii oraz terytoriów stowarzyszonych. Tego samego dnia wybranych zostanie też 11 gubernatorów stanów i dwóch gubernatorów terytoriów, a także 6015 człon-
ków parlamentów stanowych. Oprócz nich wybierani będą stanowi skarbnicy, kontrolerzy, prokuratorzy, sędziowie, burmistrzowie (m.in. San Diego, Honolulu i Orlando) oraz radni miejscy i samorządowcy aż po członków rad okręgów szkolnych. 6 listopada odbędzie się wiele referendów stanowych i lokalnych, często o potencjalnie dużym znaczeniu dla całego państwa. W jednym z takich referendów mieszkańcy Portoryko wybiorą między niepodległością, byciem jednym ze stanów USA lub pozostaniem terytorium stowarzyszonym Stanów Zjednoczonych. Żadne z tych wydarzeń nie przyciąga uwagi światowej opinii publicznej w sposób choćby zbliżony do wyborów prezydenckich, jednak ich znaczenie dla funkcjonowania USA oraz polityki prowadzonej przez amerykańskie władze na poziomie stanowym i federalnym jest nie do przecenienia.

Kasa, misiu, kasa

Wiadomo już, że tegoroczna kampania wyborcza będzie najdroższa w historii amerykańskich wyborów. Im bliżej wyborów, tym większe kwoty zasilają fundusze wyborcze Bara-
cka Obamy i Mitta Romneya. Tylko we wrześniu urzędujący prezydent zebrał na kampanię 181 mln dol., a jego konkurent 170 mln dol. Pieniądze te zasilą również krajowe komitety wyborcze obu dużych partii politycznych. Sytuacja zmieniła się w porównaniu z wakacjami, gdy więcej pieniędzy zbierał republikanin. Demokraci na reelekcję Baracka Obamy zgromadzili na razie 441,5 mln dol. W tym samym czasie Republikanie na wygraną w starciu o Biały Dom zebrali 424,8 mln dol. Pieniędzy na prowadzenie kampanii wyborczej potrzebują jednak nie tylko kandydaci na prezydenta. Oprócz nich zbiera je każdy kandydat na reprezentanta i senatora. W czasie obecnego cyklu wyborczego (obejmującego czas od poprzednich wyborów w 2010 r.) kandydaci Partii Demokratycznej do Izby Reprezentantów zebrali na fundusze wyborcze ok. 422 mln dol. Ich koledzy i przeciwnicy z Partii Republikańskiej w tym samym okresie zgromadzili ponad 548 mln dol. Mniejsze kwoty uskładali kandydaci w wyborach do Senatu. Politycy reprezentujący Partię Demokratyczną otrzymali od darczyńców 216,8 mln dol., a reprezentujący Partię Republikańską – 240,7 mln dol. Duże pieniądze zostały również zebrane i wydane na prowadzenie kampanii wyborczych w wyborach stanowych oraz lokalnych. Kandydaci obu głównych amerykańskich partii politycznych w wyborach stanowych do tej pory zgromadzili łącznie na funduszach wyborczych prawie 821 mln dol. Sumy te wystarczą, żeby przyprawić o zawrót głowy każdego, tymczasem to jeszcze nie koniec. Lista zbierających i wydających pieniądze, aby wpłynąć na wynik wyborów, jest znacznie dłuższa. Oprócz oficjalnych komitetów wyborczych partii politycznych i polityków są na niej jeszcze m.in. Super PAC, czyli formalnie niezależne organizacje, które w odróżnieniu od polityków i partii politycznych mogą przyjmować wpłaty o nieograniczonej wysokości, pochodzące z kieszeni zarówno osób prywatnych, jak i firm. Do tej pory Super PAC zebrały ponad 378 mln dol., które zostaną wydane na wsparcie walki wyborczej prowadzonej przez kandydatów i partie polityczne.

Jak wydawane są pieniądze?

Pieniądze zebrane z niemałym trudem przez polityków i organizacje działające w ich imieniu mają zagwarantować zwycięstwo w wyborach. Nie wydaje się ich jednak równomiernie na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Wiadomo bowiem, że są regiony, które murem głosują za jedną z partii politycznych i gdzie wynik wyborów już teraz jest przesądzony. Ani Mitt Romney, ani Barack Obama nie zawracają sobie zatem głowy prowadzeniem kampanii wyborczej w Utah. Przyczyną tego jest fakt, że Utah to jedyny stan, gdzie dominującą religią jest mormonizm, a tego wyznania jest Romney. Przekłada się to na wskaźniki poparcia dla niego. Sondaże pokazują, że w tym stanie wygra on z Obamą z przewagą prawie 40 punktów procentowych. Pieniądze wydawane są za to w tych stanach, gdzie wynik wyborów nie jest jeszcze przesądzony, np. w Wirginii, gdzie kandydaci mają identyczne poparcie. Ta sama zasada stosowana jest również w wyborach do Kongresu. Duże środki na kampanię wyborczą obie partie wydają w stanie Massachusetts, gdzie urzędujący senator, republikanin Scott Brown, idzie w sondażach łeb w łeb z reprezentującą Partię Demokratyczną profesor prawa z Uniwersytetu Harvarda Elizabeth Warren.
Sondaże przedwyborcze wskazują wyraźnie, że Partia Demokratyczna nie ma szans na odzyskanie utraconej w 2010 r. większości w Izbie Reprezentantów. Nawet w najbardziej optymistycznym dla niej wariancie, zakładającym, że wszystkie zacięte wyścigi wyborcze zostaną rozstrzygnięte na korzyść Demokratów, zabraknie im do osiągnięcia tego celu co najmniej 10 mandatów. Z tego powodu Demokraci koncentrują się na obronie stanu posiadania w Senacie, co jest dużym wyzwaniem. Obecnie dysponują w nim minimalną większością, dzięki czemu w Kongresie panuje równowaga sił, a Demokraci są w stanie blokować działania Republikanów. Silna polaryzacja postaw i podzielona między partiami kontrola nad Kongresem powodują, że jest on sparaliżowany, a podjęcie decyzji w większości spraw wymaga od liderów partyjnych nie tylko umiejętności negocjowania z konkurencją polityczną, ale także, a może przede wszystkim, biegłości w taktyce i procedurze parlamentarnej.
Również wybory gubernatorów nie zapowiadają się dobrze dla Demokratów, sprawujących najwyższy urząd w ośmiu z 11 stanów, w których w tym roku odbędą się wybory. The Cook Political Report, niezależny portal słynący z dużej skuteczności prognoz wyborczych, przewiduje, że Republikanie wygrają od czterech do sześciu wyścigów o fotel gubernatora. Tym samym w rękach Republikanów znajdą się co najmniej 33 stolice stanowe.

Kompromis prawie niemożliwy

Wiele wskazuje na to, że mimo prawdopodobnej klęski w wyborach prezydenckich właśnie Republikanie będą faktycznymi zwycięzcami tegorocznych wyborów. To oni będą mieć kontrolę nad Izbą Reprezentantów i być może nad Senatem. Również większość stanów i terytoriów stowarzyszonych będzie kierowana przez nich. Silny konflikt ideologiczny między partiami prowadzi do tego, że obie strony będą walczyły w tych wyborach do ostatniego dolara o to, by druga strona nie zgarnęła całej puli. Niezależnie od wyniku wyborów z całą pewnością dojdzie do pogłębienia się podziałów między partiami i zmniejszenia pola do kompromisu między nimi, o ile w ogóle jest to jeszcze możliwe. Oznacza to, że następne wybory, które odbędą się jesienią 2014 r., będą jeszcze bardziej zacięte, kampania wyborcza jeszcze bardziej brutalna i wyczerpująca – a także jeszcze droższa.
Wydaje się, że amerykański system polityczny staje się błędnym kołem drogich i agresywnych kampanii wyborczych, niedających ani ostatecznego rozstrzygnięcia, ani sposobności do współpracy po wyborach. Otwarte pozostaje pytanie: co lub kto może wyrwać Amerykę z tego stanu rzeczy?

Wydanie: 44/2012

Kategorie: Świat
Tagi: Jan Misiuna

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy