Kazus Ziobry

Kazus Ziobry

Kompromitacja to łagodne określenie pierwszych dni przesłuchań Leszka Millera

Niesmak. To chyba najkrótsze podsumowanie ostatnich dwóch dni pracy sejmowej Komisji Śledczej, na które przypadło przesłuchanie Leszka Millera. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, czy członkowie komisji nie kierują się intencjami politycznymi w swojej pracy, bez wątpienia stracił je 26 i 28 kwietnia. Jeśli były nadzieje, że uda się zapanować nad brzydkimi rachubami jej członków, też raczej zostaliśmy ich pozbawieni.
Efekt generalny jest tragiczny. Cokolwiek dziesięciu (nie)sprawiedliwych członków komisji zrobi w następnych tygodniach, wszystkimi szwami będzie wychodzić podejrzenie co do czystości zamierzeń, uczciwości zadawanych pytań i niezależności (czytaj: ponadpartyjności) w dążeniu do prawdy.
W pamięci, a niewykluczone, że i w politycznej historii Sejmu pozostanie na pewno wspomnienie zachowania posła Zbigniewa Ziobry. Zanim jednak młody polityk PiS otrzyma należne razy w „Przeglądzie”, trzeba zauważyć, że

na wysokości zadania,

i to nie tylko przy okazji przesłuchania premiera, nie stanęli także inni członkowie komisji. Awantury Anety Błochowiak o dostęp do mikrofonu i zadawanie Leszkowi Millerowi pytań przed posłami opozycji też nie wynikały z czystych (czytaj: powodowanych interesem śledczym) intencji. Na domiar złego od pierwszych minut pracy komisji w poniedziałek 28 kwietnia wprowadziły do sali przesłuchań atmosferę napięcia.
Ciśnienie politycznej histerii i cynizmu spętało ręce nawet próbującemu pozostać najsprawiedliwszym człowiekiem w tym gronie, Tomaszowi Nałęczowi. Już wcześniej przewodniczący Nałęcz nie zawsze radził sobie z wybrykami członków komisji. Jego zbyt delikatne próby wymuszenia na posłach zadawania pytań na temat, a nie rzucania niepopartych niczym oskarżeń (patrz: posłanka Renata Beger pytająca o związki szefa Polsatu z sycylijską mafią!) spowodowały, że członkowie komisji uznali, jak się wydaje, że są bezkarni i stoją

ponad prawem oraz ludzką przyzwoitością.

Niewykluczone, że te właśnie przeszłe grzechy nadmiernej dobrotliwości i pobłażania Tomasza Nałęcza sprawiły, iż przy pytaniach, a raczej politycznych tyradach posła Ziobry, formułowanych przy okazji przesłuchania premiera, był on także niemal bezradny. Jeden z obserwatorów telewizyjnej transmisji z tego przygnębiającego spektaklu zauważył – tyleż żartobliwie, co ponuro – że Tomasz Nałęcz wyraźnie cierpiał, będąc zmuszony do uczestnictwa w tym wydarzeniu. Gorzej, że cierpieć musieli wszyscy, którzy tego słuchali. Najgorzej, że cierpiała na tym demokracja, której przyzwoitych standardów nie potrafimy wypracować nawet w Sejmie, co dopiero mówić o całym społeczeństwie.
I poseł Ziobro. Autor i aktor przedstawienia, które musiało budzić zażenowanie. Postać z czarnego snu (jak można przypuszczać) twórców ustawy o Komisji Śledczej. Człowiek, który ma tylko jedną zasługę – swoim sposobem poprowadzenia przesłuchania premiera udowodnił, że prerogatyw komisji można używać w celach politycznych, wbrew intencjom tych, którzy liczyli, że komisja przynajmniej rozjaśni nieco otoczkę tzw. afery Rywina.
W pierwszych dniach po przesłuchaniach Leszka Millera stosunkowo mało było takich refleksji, przynajmniej w mediach. Prasa koncentrowała się raczej na odbiorze zeznań premiera (opinia publiczna oceniła je nie najlepiej), a także na debacie, czy Leszek Miller miał prawo rzucić pod adresem Ziobry słynne już dzisiaj:

„Dla mnie jest pan zerem”.

Zachowania premiera – choć tłumaczy on, że nie ma nerwów ze stali – też nie można pochwalić. Intencja posła Ziobry była czytelna: zdenerwować Millera, zmusić go do emocjonalnych reakcji. Premier powinien to wiedzieć i nie dać się sprowokować. Nie potrafił. Wdawał się w niepotrzebne polemiki.
To wszystko prawda. Ale nie wolno zapomnieć, że pierwsza jest przyczyna, a dopiero potem skutek. Złośliwości Leszka Millera, szkodliwe dla niego samego, były efektem nieczystych zachowań Zbigniewa Ziobry, które momentami ocierały się o granice przyzwoitości.
Polityk PiS na pewno nie pomógł w ten sposób w wyjaśnieniu sprawy Rywina. Na dodatek nie tylko zawłaszczył dla siebie na siedem godzin telewizyjne ekrany, ale sprawił, że podczas następnych przesłuchań premiera każde ostrzejsze pytanie, np. Jana Rokity, będzie od razu filtrowane przez podejrzliwość co do intencji.
W tle są sondaże opinii publicznej i spadek zaufania już nie tylko do premiera – o co przecież posłowi Ziobrze wyłącznie chodziło – ale także do wszystkich instytucji władzy w Polsce. Kampanii europejskiej towarzyszy – paradoksalnie! – próba skruszenia całego systemu i, jeśli wierzyć hasłom, budowa na gruzach mitycznej IV Rzeczypospolitej.
Miłośnicy rewolucji, politycy przymierzający się do stanowisk mają swoje igrzyska. Mało ich obchodzi, że w zgiełku wojny o władzę sprawa Rywina zejdzie na ostatni plan. Przecież nigdy nie chodziło o jej wyjaśnienie. Jak się zdaje – także Zbigniewowi Ziobrze.

Wydanie: 19/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy