Kiczi, kiczi, kotku kiczowaty!

TELEDELIRKA

W telewizji na pierwszym miejscu Papież, który przebił nawet wicepremiera Kołodkę, następne w kolejności są katastrofy. Żadnych informacji politycznych. Fala upałów, a więc rząd na urlopie, para prezydencka także, znikli nawet protestujący. Wszyscy pochowali głowy w piasek na plaży.
Papież w Kanadzie jest dla mediów przygotowaniem do wizyty Papieża w Polsce. W TV króluje uśmiech. Uśmiechają się redaktorzy i prezenterzy, a także korespondentka z Watykanu. Szczególnie panie, gdy rozpoczynają relację, prezentują niewiarygodne rozciąganie ust, jak w dowcipie z brzytwą, uśmiechają się i uśmiechają coraz bardziej, a gdy kąciki ust sięgają uszu, wydaje się, że za chwilę napięta skóra pęknie, że bardziej nie można, ale jednak można jeszcze o kilka milimetrów. A potem co? Nie rozśmieszajcie mnie kumie, bo mam zajady? To może boleć.
Widz patrzy w napięciu: poleci krew czy nie poleci? Jeśliby poleciała, to też nieźle, od biedy dałoby się podciągnąć to pod cud obwoźny, choć Kościół tego rodzaju cudów współczesnych raczej nie uważa. Niemniej jednak wizja pociągająca: oto widzicie drodzy widzowie, jak krew tryska z rozciągniętych w uśmiechu warg waszej prezenterki podczas sprawozdania z wizyty papieskiej. Oczywiście, że nie chodzi o Bożenę Targosz, która zawsze zachowuje się godnie, mówi pięknie po polsku i dlatego podobno jej dni w TV są policzone.
Potem mówiąc o cudownej atmosferze, damy robią dzióbek charakterystyczny dla dewotek oraz dla nieodżałowanej Alicji Grześkowiak. Telewizja cierpi na totaldewocję. Nie chodzi mi o to, by przedszkolakom pokazywać w „Teleranku” dobrych wujciów, co dają cukierki za małe co nieco, jednak naganę dla żelaznej damy dwójki, Niny Terentiew, z wpisaniem do akt za reportaż o prostytutce nadany w godzinach południowych uważam za aberrację. Jeżeli ktoś chce, żeby jego dzieciak nie dowiedział się prawdy o tym zawodzie, niech go, do cholery, pilnuje. Szczeniakeria ogląda pornosy u kolegów i takie nobliwe reportaże zwisają jej zwiędłym z upału bakłażanem.
Nagana jest wyrazem cholernej hipokryzji, samobiczowaniem się, fałszywym, przymilnym uśmieszkiem mediów pokazujących co minutę przemoc lub zmasakrowane zwłoki, w fabule czy w dokumentach i dziennikach, sygnałem wysyłanym w stronę hierarchii kościelnej. To sygnał, który mówi: widzicie kochani biskupi, jak walczymy z seksem? Bo te trochę przyjemności uchodzi za całe zło świata.
W gazetach tytuły, które można tłumaczyć tylko żywym ogniem z nieba: „Papież pełen energii”. W telewizji uśmiechnięta w wyżej opisany, szczególnie fałszywy sposób prezenterka mówi, że Ojciec Święty pełen energii schodzi sam po schodach, choć mógł zjechać specjalną windą – tu kamera niemiłosiernie pokazuje zmagania starego człowieka, jego stopy, potem twarz wykrzywioną bólem.
Uwierzcie mi na słowo, od wczesnego niemowlęctwa byłam barometrem, jeśli chodzi o fałsz, wiele razy gryzłam w nos pochylające się nade mną zołzy o charakterze hien, ćwierkające nad moją kołyską: tiu, tiu, tiu, śliczności moje… Fałszywe wróbelki. To gryzienie zostało mi do dziś. A miara fałszu przebrała się tego lata w naszym życiu, proszę więc, popatrzcie uważnie, moi drodzy czytelnicy – pozdrawiam przy okazji wszystkich, którzy nadesłali mi ostatnio maile oraz panów i panie, jakich spotkałam na swych krętych ścieżkach, którzy czytają i rozumieją, co piszę, bo to nie to samo – zwróćcie więc baczną uwagę na usta osobowości telewizyjnych, które mówią do nas z ekranu.
Usta to jedno, a ton to drugie. Ten naoliwiony emocją timbre typu wzruszenie łapie mnie za gardło, dusi i nie puszcza, te sentymentalne załamania głosu, to aktorstwo najwyższej próby, na tombaku jednak wyrytej, nie na złocie. Kicz wszechwładny miłościwie nam panujący w TV i na łamach kolorowych gazet, i to wcale nie tylko w prasie kobiecej. Kicz religijny i patriotyczny, razem i osobno, porównywalny z kiczem kiepskich reklam i biesiad.
Nasz kiczi, kiczi, kiczowaty kotek ma rozciągnięty uśmiech oraz dzióbek rozanielonej spikerki, że użyję starszej formy.
Biało ubrana znana i wielbiona na ziemskim i w niebieskim świecie postać schodzi stopień po stopniu, przytrzymując się poręczy, stara się pokonać jeszcze jeden schodek, chwilę odpoczywa i znów podejmuje wyzwanie schodów. W takim momencie nawet zatwardziały wolnomyśliciel czy – jak kiedyś mówiono – ateista, o agnostykach, tej zastępczej nazwie nowej formy złagodzonej niewiary, co straciła zęby jak stara eskimoska żująca skórzany pasek, nie wspominając, a więc nawet taki owaki, pies niedowiarków drapał, czuje skurcz serca, litość, szacunek czy podziw.
Nie ma więc powodu, by wciskać kit-kicz o superenergii, bo to jest po prostu niesmaczne. Znam język i jego konotacje, więc domyślam się, co powiedzą redaktorzy, że tu chodzi o coś więcej niż taka zwykła fizyczna energia, że to boskie naładowanie baterii duchowych. Jeśli tak, to na miłość boską, nie łączcie tego ze schodami i piosenkami, przestańcie się uśmiechać i robić miny jak kiepski doktor w głupiej komedii albo w prawdziwym szpitalu, który stojąc na łóżkiem, mówi do umierającego pacjenta: Jak się dziś czujemy? Widzę, że lepiej, bo już mrugamy oczkiem.
Papież tego nie potrzebuje. Wygląda na to, że osobistości TV ćwiczą te grymasy przed lustrem, a przecież to, że ktoś tak bardzo chory stara się przemóc, jest samo w sobie godne szacunku, można to pokazać bez energetycznego komentarza, bo przecież każdy wie, jak zbiega z samolotu po stopniach zwykły człowiek pełen energii.

 

 

Wydanie: 31/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy