Kino na zakręcie

Kino na zakręcie

Równo 50 lat temu, po Październiku ’56, polskie kino przeżyło najbardziej ożywczy przełom w swojej historii Po rewolucyjnych zmianach polskiego Października 1956 r. trafiło na ekrany całego świata. Filmy Wajdy, Munka i Kawalerowicza podziwiano od Nowego Jorku po Wenecję. Taka koniunktura nie zdarzyła się ani przedtem, ani potem. „Właśnie kinematografia z największym zapałem bezlitośnie niszczyła i karczowała każdą śmielszą myśl, każdy ciekawszy temat”, grzmiał Ryszard Lassota na łamach „Po prostu”. Już było wiadomo, że kino musi się zmienić do gruntu. Tyle że odwilż na ekranie można było zobaczyć dwa, trzy lata po październiku, czyli w okresie, kiedy pisarze powoli zapominali już o całym „przełomie ’56”. Taki był cykl produkcji ówczesnych filmów. Choć odnowa w filmie zaczęła się – jak w literaturze – już na rok przed Październikiem. Przypomnijmy atmosferę. Już w kwietniu 1955 r. sam prezes Związku Literatów, Leon Kruczkowski, i to nie byle gdzie, tylko w „Nowych Drogach”, wystąpił z ostrą krytyką socrealizmu. W ślad za tym wystąpieniem posypały się setki podobnych. Z księgarskich półek znikała powieść „Odwilż” Illii Ehrenburga, która opisywała Rosję po śmierci Stalina. W sierpniu Adam Ważyk opublikował w „Nowej Kulturze” „Poemat dla dorosłych”, a teatr STS w programie „Myślenie ma kolosalną przyszłość” atakował socjalistyczną biurokrację. Pod naporem setek podobnych faktów partia przechodziła do defensywy. „Na naszym froncie ideologicznym i kulturalnym obserwujemy objawy słusznej krytyki, a obok tego agresywność wrogich ośrodków burżuazyjnych, a w szczególności klerykalnych” – podsumował rok 1955 na dzień przed Wigilią członek KC, Jakub Berman. A w marcu 1956 r. Jan Kott żalił się na sesji Rady Kultury i Sztuki: „Musimy powiedzieć z wielkim smutkiem, że w tym procesie odnowy nie otrzymaliśmy ze strony kierownictwa partyjnego ani pomocy, ani zachęty”. W maju 1956 r. z Moskwy dociera informacja, że samobójstwo popełnił Aleksander Fadiejew, jeden z filarów socrealizmu, autor „Młodej Gwardii” i – o czym wówczas nie mówiono – alkoholik, który po pół roku spędzał w zamkniętych zakładach leczniczych. Zmarł, wpatrując się w portret Stalina. Tuż przed październikiem w Krakowie rusza kabaret Piwnica pod Baranami z programem „Polska Stajnia Narodowa”, gdzie zamiast zwyczajowych skeczy i piosenek aktorzy czytają fragmenty z dzieł Marksa, słynnego Raportu Chruszczowa, przemówienia gen. Witaszewskiego, a także fragmenty rozkładu jazdy i encyklopedii. Kabaret przyjmowany jest jako łyk świeżego powietrza w zatęchłym światku polskiej rozrywki. Milionowa zapaść W dobie październikowej odwilży film znalazł się w dołku. Socrealistyczne agitki już się publiczności znudziły całkiem, a nowa fala z Wajdą i Munkiem miała wystartować dopiero za dwa, trzy lata. Poza tym film nie był już taką atrakcją jak tuż po wojnie, kiedy zastępował wszystkie inne rodzaje rozrywki. To w tamtych czasach na „Zakazane piosenki” przyszło prawie 13 mln widzów, a na komedię „Skarb” – 8 mln. Przy ówczesnej sieci kin! Ta miłość do kina sprowadzała niekiedy skutki katastrofalne. W małopolskiej wsi Wielopole, gdzie w maju 1955 r. pożar strawił wiejską świetlicę w trakcie wyświetlania filmu, spłonęło żywcem 58 osób. Okazało się, że budynek nie wytrzymał naporu widzów – zwalił się na nich płonący dach. A jak film był zupełnie marny, to mu organizowano widownię zbiorową. Wanda Jakubowska na „Żołnierza zwycięstwa” o generale Karolu Świerczewskim – cztery godziny nudy – ściągnęła aż 5 mln wojskowych i milicjantów z rodzinami. Na socrealistycznego gniota „Jasne łany” przyszedł tylko milion widzów, co uznano za klęskę artystyczną. Doszło do tego, że w dobie „październikowej” na polski film przychodziło niewiele ponad 3 mln widzów. Dzisiaj byłby to oszałamiający sukces, ale wtedy uznawano to za zapaść w branży. Kiedy w 1958 r. 4 mln widzów wykupiło bilety na „Kanał” Andrzeja Wajdy, władze kinematografii uznały, że film polski zaledwie odbija się od dna. A tu koniecznie należy przypomnieć, że ceny biletów były wówczas wręcz symboliczne, zwłaszcza na wsi. Mnożyły się więc coraz to nowe projekty ratunkowe. Tadeusz Konwicki proponował, aby wynająć kamery samym reżyserom. Niech kręcą, a potem sprzedają wytwórni swoje dzieła. Sam zresztą nakręcił w ten sposób „Ostatni dzień

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2006, 41/2006

Kategorie: Kultura