Kłamstwa i wpadki IPN

Kłamstwa i wpadki IPN

Nawet władze państwowe wolą milczeć, niż narazić się wszechpotężnemu urzędowi

Jakie są największe grzechy i kłamstwa IPN?

Prof. Andrzej Romanowski,
filolog, historyk, Uniwersytet Jagielloński

Największym grzechem jest pomieszanie porządku historycznego z porządkiem prawnym, a tworzenie trybunału sprawiedliwości dla historii jest absurdalne. Drugi grzech to preferowanie czarno-białego widzenia przeszłości. Nie ma tutaj żadnego środka, mamy tylko „obóz zaprzaństwa” i „obóz walczący”. Taka opcja, zapoczątkowana jeszcze za prezesury Janusza Kurtyki, zalazła swój posiew w postaci żołnierzy wyklętych. Oba grzechy są na tyle ciężkie, że z nich wyrastają inne, bardziej szczegółowe. One stanowią fundament, konstrukcję myślenia o Polsce, z gruntu nieprawdziwego. Można polemizować ze stwierdzeniem prof. Ludwika Stommy, który pisał o fałszerzach historii z IPN, nikt bowiem tutaj nie podrabia dokumentów, ale kształtowany jest fałszywy obraz. Nikt nie interesuje się np., dlaczego ktoś, powiedzmy Stanisław Mikołajczyk, chciał pracować dla ówczesnej Polski, wychodząc z założenia, że nikt nas nie zwolnił ze służby dla niej. Ogromnym grzechem jest więc zatruwanie umysłów całego społeczeństwa, a zwłaszcza młodzieży, która jest w tej kwestii bezbronna. Zatruwa się wszystkie wyprodukowane na tej bazie filmy, programy telewizyjne, książki przedstawiające stereotypowy obraz realiów życia, z obowiązkowym czarnym charakterem – ubekiem.

Prof. Marek Jabłonowski,
historyk, dyrektor Instytutu Dziennikarstwa, Uniwersytet Warszawski

Nie chodzi o grzechy IPN. Po prostu dokumenty będące w gestii instytutu traktowane są w sposób szczególny, tymczasem powinny być udostępniane zainteresowanym osobom i instytucjom na ogólnych zasadach, równych dla wszystkich, tak jak pozostałe akta, np. zgromadzone w Archiwum Akt Nowych. Wszystko to są bowiem dokumenty dotyczące historii Polski w XX w. i nic więcej. Jeśli zatem można mówić o grzechu, to jest to grzech ustawodawcy, a wszystko inne, co się dotąd zdarzyło, jest tylko jego pochodną.

Prof. Tomasz Nałęcz,
doradca prezydenta RP ds. historii, Akademia Humanistyczna w Pułtusku

Czytam sporo publikacji IPN i o większości z nich mam dobre zdanie. Jest to literatura fachowa. Ale jedną pozycję uważam za oczywiste nieporozumienie. Mam na myśli głośną pracę Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o Lechu Wałęsie. Oczywiście w wolnej i demokratycznej Polsce każdy może pisać, co chce, ale wydaje się, że naszemu bohaterowi narodowemu należy się od państwa w pierwszej kolejności solidna biografia, wydana po polsku i np. po angielsku, będąca świadectwem osiągnięć wielkiego ruchu „Solidarności”. Tymczasem wydanie przez instytucję państwową pierwszej książki o Lechu Wałęsie w tym kształcie jest nieporozumieniem. Nie odmawiam IPN prawa do poszukiwań, ale sam pomysł, aby tylko raz zaprezentować sylwetkę Lecha Wałęsy właśnie w takim kształcie, mnie razi. Uważam, że IPN, wydając tę pozycję także z moich pieniędzy, w tym wypadku ich nadużył.

Prof. Andrzej Garlicki,
historyk, Uniwersytet Warszawski

Dla mnie klasycznym przykładem absolutnej kompromitacji była ekshumacja gen. Władysława Sikorskiego, nie tylko bezsensowna i kosztowna, ale również uwłaczająca pamięci tego polityka. Moja opinia o IPN jest w zasadzie jak najgorsza, choć po odejściu prof. Kieresa nie śledzę bacznie jej działalności. Uważam ją za nieprzyzwoitą instytucję, która ma olbrzymi budżet, większy niż inne instytucje naukowe, a pieniądze są wydatkowane niekiedy bez sensu, bo poza interesującymi badaniami i opracowaniami naukowymi stworzono tam wygodne synekury dla specjalistów od represji komunistycznych.

Notował BT

Krzysztof Wasilewski

W przekonaniu prawicy Instytut Pamięci Narodowej stoi na straży prawdy i sprawiedliwości dziejowej. Absolutny charakter jego orzeczeń sprawia, że każda próba ich podważenia jest skazana na klęskę. W myśl zasady: Instytut przemówił, sprawa skończona. Nawet władza państwowa, przed którą IPN formalnie odpowiada, woli milczeć, niż się narazić temu wszechpotężnemu urzędowi. Tymczasem lista pomyłek, przeinaczeń i zwyczajnych kłamstw pracowników IPN stawia pod znakiem zapytania sens jego istnienia.
Instytut Pamięci Narodowej został powołany ustawą z dnia 18 grudnia 1998 r. Od tego czasu dał się poznać jako instytucja nie upamiętniająca ofiary nazizmu i komunizmu, lecz łamiąca ludziom kręgosłupy i kariery. Na długiej liście osób, którym IPN odmówił świadectwa moralności, znaleźli się m.in. Lech Wałęsa, Karol Małcużyński, Józef Oleksy i Krzysztof Skubiszewski.
Ostatnio do tego grona dołączył sędziwy gen. Zbigniew Ścibor-Rylski. Wszystko przez to, że honor nie pozwolił mu milczeć, gdy gwiżdżąca tłuszcza chciała uniemożliwić przedstawicielom władz udział w tegorocznych obchodach wybuchu powstania warszawskiego. Dziwnym zbiegiem okoliczności kilka dni po tym incydencie okazało się, że generał figuruje w materiałach IPN jako TW (tajny współpracownik) „Zdzisławski”.
„Daleki jestem od ocen badawczych, choć z materiału, który przejrzałem, wynika niezbicie, że generał współpracował”, skomentował sytuację wiceszef Biura Edukacji Publicznej IPN Władysław Bułhak. Co prawda w dokumentach nie znaleziono ani deklaracji o współpracy Ścibora-Rylskiego ze Służbą Bezpieczeństwa, ani tym bardziej podpisanych przez niego meldunków, ale nie powstrzymało to historyków z IPN przed zniszczeniem kolejnego życiorysu.
Protesty generała na niewiele się zdały. Wiadomo – tylko winny się tłumaczy. Co z tego, że – jak sam twierdzi – kontakty z SB nawiązał na rozkaz swojego dowódcy, aby zdobyć ważne informacje? Co z tego, że dzięki temu uratował wielu kolegów przed aresztowaniem, a może nawet przed śmiercią? Dla historyków instytutu takie niuanse tylko niepotrzebnie zamydlają obraz. W końcu, cytując za głównym obrońcą IPN, „żadne krzyki nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne”.

MODELOWY PRZYKŁAD

Nawet pobieżny przegląd najgłośniejszych spraw lustracyjnych wystarczy, aby nabrać przeświadczenia, że większość z nich opierała się na słabych lub wręcz żadnych dowodach. Modelowym przykładem jest nagonka na Lecha Wałęsę, rozpoczęta w 2008 r. publikacją książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”. Główna teza tej liczącej
ok. 750 stron publikacji brzmiała: Lech Wałęsa był aktywnym agentem SB, który donosił na kolegów przez prawie sześć lat.
W 2000 r. Sąd Lustracyjny uwolnił byłego prezydenta od zarzutu współpracy ze służbami specjalnymi PRL. Sędzia Paweł Rysiński, który uzasadniał decyzję, stwierdził, że „poza trzeciorzędnymi, budzącymi najzupełniej w tej sytuacji zasadnicze wątpliwości dokumentami nie ma – oprócz wypisu z rejestru byłej SB – jakiegokolwiek dowodu, który potwierdzałby fakt współpracy Lecha Wałęsy jako tajnego współpracownika o pseudonimie »Bolek« z byłą SB”.
Od tej decyzji do publikacji książki minęło osiem lat. Ktoś powie, że to wystarczająco długo, aby znaleźć nowe materiały. Problem jednak w tym, że reklamowana jako historyczna sensacja „SB a Lech Wałęsa” nie zawierała żadnych nieznanych wcześniej dokumentów, a jedynie autorską reinterpretację od dawna dostępnych materiałów. Mimo to Instytut Pamięci Narodowej w osobach dwóch historyków postanowił poprawić niezależne sądy i samemu ferować wyroki. „Kiedy obraduje sąd – stwierdził Gontarczyk – nikt nie może czuć się bezpieczny”.
Czy w takim przypadku może dziwić, że historycy z IPN przyznali sobie prawo skorygowania wyroku sądu? W końcu przecież, jak chcą tego Cenckiewicz i Gontarczyk, „trudno jednoznacznie stwierdzić, co w sprawie lustracji Lecha Wałęsy odegrało rolę decydującą: problematyczność w interpretacji niekompletnego materiału dowodowego, niesprzyjające okoliczności procesu, niekompetencja czy zła wola”.
Warto więc się zastanowić, po co w ogóle nam sądy, skoro jest IPN. W końcu instytut dysponujący olbrzymimi zasobami materialnymi i osobowymi może sam osądzić, kto zasługuje na miano bohatera, a kto na miano zdrajcy. Aby się przekonać, jak niebezpieczna – choć coraz popularniejsza na prawicy – jest to teza, wystarczy się cofnąć do roku 2005. Wówczas to IPN o kontakty z kontrwywiadem PRL oskarżył znanego dziennikarza telewizyjnego i publicystę Karola Małcużyńskiego. Pomijając sam fakt robienia przestępstwa ze współpracy z wywiadem własnego państwa – będącej zjawiskiem znanym i powszechnym w każdym, nawet najbardziej demokratycznym kraju świata – zarzuty stawiane przez instytut okazały się wyssane z palca.
Na oczyszczenie Karol Małcużyński czekał ponad rok. Na nic się zdały jego wielokrotne zapewnienia, że nigdy nie donosił na zachodnich korespondentów w Warszawie. W końcu poddał się szantażowi IPN i zwrócił się o upokarzającą procedurę autolustracji. Oto w kraju mieniącym się demokratycznym i prawym oskarżony musiał sam udowodnić swoją niewinność. Przeciwko niemu stanęła cała machina państwowa, z ówczesnym budżetem prawie 100 mln zł i ponad 2 tys. pracowników.
W trakcie rozprawy lustracyjnej doszło do nie lada skandalu, kiedy się okazało, że IPN nie przekazał sądowi wszystkich informacji. „Możemy tylko rozłożyć ręce i zwrócić się do IPN o nadesłanie tych akt w trybie pilnym”, przyznawała prowadząca sprawę sędzia Małgorzata Mojkowska, dodając: „IPN po raz kolejny nie stanął na wysokości zadania”. Przez zaniedbanie (celowe?) ze strony instytutu Karol Małcużyński zmagał się z piętnem agenta przez kilkanaście miesięcy, aż w końcu sąd go uniewinnił. Przynajmniej oficjalnie. Kto bowiem raz zostanie oskarżony przez IPN, nigdy w pełni nie odzyska dobrego imienia.

OBRONA BEZ KAMER

Jednak Karol Małcużyński, Lech Wałęsa i inne osoby publiczne mogą mówić o szczęściu. Mimo że IPN próbował pobrudzić im życiorysy, swojej godności mogli bronić przed kamerami. Każdy choć trochę logicznie myślący widz wyrobił sobie zdanie o IPN i jego metodach. Co jednak mają zrobić ci oskarżeni, którzy na co dzień pracują z dala od fleszów i wrzawy medialnej? Z pewnością wiele na ten temat mógłby powiedzieć Tadeusz Lipski, nauczyciel z Kościerzyny, nękany przez IPN od kilku lat.
Jego przeprawa z instytutem zaczęła się w kwietniu 2007 r. Niecały rok wcześniej rząd Jarosława Kaczyńskiego rozszerzył lustrację m.in. na dyrektorów szkół. Tadeusz Lipski nigdy nie był miłośnikiem lustracji, ale uważał, że prawo – nawet najgłupsze – musi być przestrzegane. Zgodnie z wymogami napisał więc odręczne oświadczenie, że nie współpracował ze służbami specjalnymi PRL. To był jego pierwszy błąd. Pod koniec 2007 r. nowelizacja ustawy o IPN została uznana za niekonstytucyjną, co nowa koalicja PO-PSL przyjęła z nieukrywaną ulgą. Nauczyciel zapomniał więc o całej sprawie. Podobnie jak tysiące innych dyrektorów szkół, domów opieki społecznej i różnych instytucji samorządowych, którzy wcześniej wypełnili specjalne deklaracje.
W 2010 r. popełnił drugi błąd. Zdecydował się bowiem kandydować do rady powiatu. Lista, z której startował, grupowała lokalnych działaczy, a nie polityków, chociaż Tadeusz Lipski nigdy nie ukrywał, że daleko mu do PiS-owskiej prawicy. Jak się wkrótce okazało, to był kolejny błąd. Ku jego zdziwieniu na obwieszczeniach Państwowej Komisji Wyborczej przy jego nazwisku widniała adnotacja: „Pracowałem, pełniłem służbę i byłem współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa”. Łatwo się domyślić, jak zareagowali jego znajomi. Niby każdy rozumiał tłumaczenia, że to nieprawda, że to pomyłka, lecz niedomówienia pozostały.
„No i klops, konsternacja – przyznał jeden z radnych w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. – Zaczęli zaraz mówić, że mamy tu agenta, bo na wsiach jak nasze to takie wiadomości idą jak błyskawica”. Chociaż gdzie tylko mógł, nawet w lokalnym kościele, Tadeusz Lipski zaprzeczał współpracy z SB, ostatecznie przegrał wybory. Jednak nie to było teraz najważniejsze, skoro stawką było jego dobre imię.
Po wyborach zwrócił się do IPN z prośbą o udostępnienie mu jego oświadczenia lustracyjnego. Otrzymał dwa. Pierwsze pochodziło z kwietnia 2007 r. i było tym, które własnoręcznie wypełnił po nowelizacji ustawy. Drugie oświadczenie, datowane na grudzień 2007 r., zawierało przyznanie się Lipskiego do współpracy ze służbami PRL. Poszkodowany od razu zgłosił podejrzenie fałszerstwa. Domyślał się, że pismo mógł spreparować ktoś z kuratorium. W tamtym czasie instytucją rządzili ludzie PiS, którzy – łagodnie mówiąc – nie darzyli go sympatią. Policja jednak umorzyła śledztwo. Argumentacja zawierała się w stwierdzeniu, że oświadczenie zostało napisane cienkopisem i jako takie nie nosiło śladów fałszerstwa.
Ręce umył także sprawca całego zamieszania. Co prawda IPN oświadczył, że „dane osobowe Tadeusza Lipskiego (…) nie są tożsame z danymi funkcjonariuszy, współpracowników, kandydatów na współpracowników organów bezpieczeństwa PRL”, ale – jak podkreślił instytut – nie znaczyło to, że Lipski z SB nie współpracował. Jedynym sposobem na oczyszczenie się z zarzutów pozostawał wniosek o autolustrację. Oznaczałoby to jednak kolejne miesiące, jeśli nie lata, procesu sądowego, w którym Lipski musiałby udowadniać swoją niewinność. Wszystko w majestacie państwa prawa, które podobno opiera się na zasadach cywilizacji zachodniej.
Porównanie z „Procesem” Franza Kafki nasuwa się niemal automatycznie. W końcu Tadeusz Lipski został oskarżony, a następnie zniszczony na podstawie jednego dokumentu, w dodatku sfałszowanego. W całym tym zamieszaniu nikt nie zadał sobie pytania o koszty społeczne i moralne postępowania, które bez względu na wynik zrujnowało karierę zasłużonego dyrektora szkoły. Gdyby nawet nauczyciel zdecydował się na autolustrację i został uniewinniony, plamy na honorze nie zmyje. Wszak kolejne sądy potwierdzają, że Lech Wałęsa nie był tajnym współpracownikiem, a dla sporej części polskiego społeczeństwa nadal pozostaje agentem „Bolkiem”. Małcużyński udowadniał niewinność przez rok. W końcu przekonał sędziów, że nie donosił na zachodnich korespondentów, ale czy przekonał środowisko dziennikarskie? Do tej pory jego nazwisko pojawia się w kontekście współpracy z wywiadem.

HISTORIA NA ŚMIETNIK

Skoro najlepsi adwokaci nie są w stanie przywrócić dobrego imienia Lechowi Wałęsie, jakie szanse ma Tadeusz Lipski i jemu podobni? Jego dane osobowe w dalszym ciągu są dostępne na stronie internetowej z wykazem „1706 osób pełniących funkcje publiczne, które przyznały się do współpracy z SB”. Zapewne nawet oficjalne oczyszczenie go z zarzutów nie skłoni administratorów strony do zaktualizowania listy. Prawda, że to nie IPN sfałszował materiały. Jednak łatwość, z jaką można dziś oczernić człowieka, obciąża także instytut. Zamiast bowiem bronić pokrzywdzonych, zbyt często IPN wykorzystuje cały swój aparat przeciwko nim.
Zwolennicy IPN odpowiedzą, że lustracja to nie wszystko. Że pracownicy instytutu realizują dziesiątki interesujących projektów badawczych oraz konferencji. Że każdego roku wydają wiele wartościowych publikacji naukowych i popularnonaukowych. Że dzięki instytutowi zapanowała w Polsce moda na historię. Wszystko to po części prawda. Sukces komercyjny gry planszowej „Kolejka” pokazuje, że IPN doskonale umie trafić w gusta młodzieży. Zresztą trudno się temu dziwić, skoro dzieci i młodzież to najbardziej pożądana przez instytut grupa odbiorców. Ze słabą wiedzą historyczną i brakiem znajomości wszystkich niuansów niczym gąbka wchłaniają skrajnie uproszczoną wizję przeszłości, lansowaną przez IPN. I to jest chyba największy problem z instytutem.
IPN, jak każdy inny urząd, powinien realizować interesy państwa polskiego. Tymczasem od momentu powstania został on zawładnięty przez nieliczną grupę historycznych ekstremistów, dla których prawda jest ważna o tyle, o ile potwierdza przyjęte przez nich tezy. W innym przypadku nie należy zaprzątać sobie nią głowy. Historycy z IPN – funkcjonujący niemal jako oddzielna kategoria historyków – wydają się nie zauważać, że
IV RP już dawno się skończyła i lansowany przez nią model pisania o historii zasłużenie trafił na śmietnik. Nadal mamy więc w IPN do czynienia z niespotykaną w normalnej nauce hipokryzją, przekręcaniem faktów czy wręcz kłamstwem.
Na poparcie powyższych słów warto przypomnieć debatę, która toczyła się przy okazji tegorocznych obchodów Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. W licznych artykułach prasowych oraz wystąpieniach telewizyjnych historycy z IPN dobitnie wyrazili stosunek do najnowszej historii Polski. Na łamach „Naszego Dziennika” dr Wojciech Muszyński przekonywał, że „po 1944 r.
nie było suwerennego państwa polskiego. Tak zwana Polska Lubelska czy Polska Ludowa to eufemizmy, którymi komunistyczna propaganda próbowała zamaskować fakt, że nasz kraj miał status obszaru podbitego przez Sowietów”.
Naturalnie taka wizja historii prowadzi do gloryfikacji całego polskiego podziemia. Zdaniem IPN na miano bohaterów zasługują wyłącznie tacy bohaterowie jak Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” czy Józef Kuraś „Ogień”, którzy wszelkimi sposobami stawiali opór „sowietyzacji Polski”. Jak pisała Zuzanna Kurtyka, wdowa po Januszu Kurtyce, „fenomen »Ognia« polega na tym, że potrafił zgromadzić wokół siebie tak wielu ludzi. Szli do niego młodzi chłopcy w czasie, gdy komuna ofiarowała im, nie burżujom, tylko synom małorolnych chłopów, tak »piękny« nowy świat, świat, w którym władza jest w rękach »ludu pracującego miast i wsi«”. Jednocześnie nikt w IPN nawet nie zająknął się o oskarżeniach, które „Ogniowi” stawia chociażby słowacki Instytut Pamięci Narodu.

Duże pieniądze

IPN bynajmniej nie poprzestaje na reinterpretacji historii. Wielu jego pracowników używa swojej wiedzy do prowadzenia bieżącej polityki, której głównym celem jest skompromitowanie III RP. Stosunek instytutu do współczesnego państwa polskiego sprecyzował cytowany już wcześniej dr Muszyński: „III RP pozostała prawną kontynuacją PRL – kontynuatorami PRL byli też jej architekci”. Tak oto instytucja powołana przez państwo jawnie występuje przeciwko niemu. W każdym normalnym kraju fakt ten spowodowałby bądź rozwiązanie instytutu, bądź wymuszenie na nim głębokiej wewnętrznej reformy. Chociaż obecne władze trudno uznać za fanatyków IPN, to będąc od pięciu lat u steru, nie zrobiły nic, aby go ucywilizować.
Pisząc o instytucie, nie wolno zapominać, że jest to przede wszystkim urząd państwowy. Nie byle jaki urząd – należy dodać – bo w dobie kryzysu ma budżet w wysokości 223 mln zł oraz ponad
2,1 tys. pracowników, których średnie wynagrodzenie wynosi 5,3 tys. zł. Oddzielną grupę stanowią prokuratorzy z miesięcznymi przychodami sięgającymi prawie 13 tys. zł. Dla porównania – Polska Akademia Nauk, mająca pięć wydziałów zajmujących się różnymi dziedzinami nauki, może liczyć na roczny budżet rzędu 80 mln zł. O zarobkach pracowników PAN nie warto nawet wspominać.
Im większy budżet, tym większa pokusa jego roztrwonienia. Do kroniki marnotrawstwa pieniędzy publicznych przejdzie decyzja katowickiego oddziału IPN o ekshumacji ciała gen. Władysława Sikorskiego. Kilkanaście miesięcy prac kosztowało podatników ponad 570 tys. zł, a jedynym rezultatem było stwierdzenie, że „Sikorski to jednak Sikorski”. Kolejne 330 tys. zł IPN w Katowicach wydał na dochodzenie w sprawie zamachu na papieża Jana Pawła II z 13 maja 1981 r. Efekty tego śledztwa – jak można się domyślić – były żadne. Podobnych spraw jest z pewnością więcej, chociaż instytut niechętnie wypowiada się o ponoszonych kosztach. Cytując rzeczniczkę katowickiego oddziału IPN, „W sytuacji, kiedy część mediów kontestuje, a wręcz czasami próbuje ośmieszać wszelką działalność IPN, informacja o kosztach, źle wykorzystana przez dziennikarzy, może godzić w dobre imię tej Instytucji”.
IPN, mieniący się ostoją prawdy i sprawiedliwości, sam nie jest wolny od tych wszystkich ułomności, które trawią pozostałe polskie urzędy. Między bajki można włożyć frazesy, że pracę w instytucie zdobywają najlepiej wyedukowani i doświadczeni ludzie. Przy obsadzie stanowisk, łącznie z kierowniczymi, bardziej niż przygotowanie merytoryczne decydują lokalne układy i układziki. Skład osobowy poszczególnych oddziałów IPN wyjątkowo często odpowiada miejscowym wpływom politycznym. Przy czym zatrudniani są nie tylko ludzie kojarzący się z PiS. Bezpieczną przystań w instytucie znajdują także osoby związane z PSL, PO, a nawet niedobitki z Samoobrony.
Przy tej swoistej różnorodności spoiwem łączącym poszczególne oddziały instytutu jest nie tyle alergiczny antykomunizm, ile troska o własny interes. Doskonale to widać na przykładzie warszawskiego oddziału IPN. Obok siebie pracują w nim tak różne pod względem charakteru osoby jak prof. Jerzy Eisler, doświadczony historyk stroniący od polityki, oraz dr hab. Jan Żaryn, otwarcie utożsamiający się z partią Jarosława Kaczyńskiego, z której listy startował bezowocnie do Senatu w ubiegłym roku. Więcej szczęścia miał za to prof. Ryszard Terlecki, obecnie poseł PiS, a do niedawna szef krakowskiego oddziału IPN.
Podległość bieżącej polityce sprawia, że historycy instytutu nie mają dobrej opinii w środowisku naukowym. W przeciwieństwie do pracowników naukowych PAN czy uniwersytetów, którzy muszą regularnie przedstawiać raporty ze swoich badań, dorobek historyków zatrudnionych w IPN pozostaje bez jakiejkolwiek oceny. Na poziom naukowy tej instytucji wpływa ponadto brak debaty wewnętrznej, bez której żadne środowisko naukowe nie przetrwa. Czy można więc się dziwić, że większość publikacji IPN stanowią prace będące niemalże kopią raportów SB, wzbogaconą co najwyżej kilkoma przypisami?

Z IPN DO POLITYKI

Ci pracownicy, którzy próbują wybić się ponad przeciętność, szybko żegnają się z instytutem. Niechęć do cytowania w swoich tekstach esbeckich donosów zmusiła prof. Rafała Wnuka do odejścia z IPN, choć do jego pracy jako naczelnika Biura Edukacji Publicznej lubelskiego oddziału instytutu nie było większych zastrzeżeń. Jeszcze głośniejszy był przypadek prof. Witolda Kuleszy, który przez sześć lat pełnił funkcję wiceprezesa IPN. Wniosek o jego dymisję złożyli w 2006 r. ówczesny szef instytutu Janusz Kurtyka oraz minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Ich zdaniem pion śledczy IPN, który podlegał prof. Kuleszy, zbyt mocno koncentrował działania na zbrodniach hitlerowskich, co skutkowało marginalnym zajmowaniem się prześladowaniami opozycji w latach 70. i 80.
Patrząc na losy profesorów Wnuka i Kuleszy, można mieć wątpliwości co do przyszłości innego „kontrowersyjnego” pracownika IPN, Andrzeja Brzozowskiego. W kwietniu 2012 r. stanął on na czele nowego miesięcznika instytutu „Pamięć.pl”. Już po ukazaniu się pierwszego numeru spadły na niego gromy ze strony współpracowników, którzy zarzucali mu pomniejszanie zasług poprzedniego kierownictwa IPN, a także stosowanie cenzury. Miała ona polegać przede wszystkim na zakazie używania przymiotnika sowiecki. „W moim przekonaniu takie postawy należy z całą stanowczością zwalczać – zaopiniował guru prawicy,
dr hab. Sławomir Cenckiewicz – gdyż świadomie czy nieświadomie nawiązują one do wytycznych »polskich« bolszewików, którym termin »sowiecki« kojarzył się z »pańską« i antykomunistyczną Polską, dlatego zastąpili go słowem »radziecki«”.
IPN ma niemalże monopol na badanie i popularyzowanie najnowszych dziejów Polski. Jest to szczególnie widoczne w wymiarze lokalnym, gdzie oddziały instytutu pozwalają profesorom i doktorom uniwersyteckim nieźle dorobić na etacie. IPN nie tylko ma do zaoferowania zarobki wyższe od uczelnianych, lecz ponadto kusi możliwością druku prac, co przy obecnej zapaści wydawnictw uniwersyteckich nie jest bez znaczenia. Uzależniając w ten sposób lokalnych badaczy, IPN łatwo pozbywa się konkurencji. Trudno bowiem oczekiwać, aby historycy zatrudnieni w instytucie kwestionowali jego politykę podczas wykładów i ćwiczeń prowadzonych na uczelni.
Niełatwo znaleźć badacza dziejów najnowszych, który nie byłby w jakiś sposób związany z IPN. Dotyczy to nie tylko zatrudnienia na etacie, lecz także udziału w płatnych projektach, konferencjach czy wydawnictwach. Obecna degradacja humanistyki w połączeniu z niżem demograficznym na uczelniach wymuszają na historykach poszukiwanie nowych źródeł zarobkowania. W dobie kryzysu znaczna suma przelana na konto osobiste skutecznie łagodzi wyrzuty sumienia związane z przekreśleniem dotychczasowego dorobku.
Droga do przełamania oporu części historyków wobec IPN wiedzie przez konferencje. Zazwyczaj dotyczą one rzeczywiście interesujących zagadnień, które na pozór w żaden sposób nie odnoszą się do propagandy antykomunistycznej. Obok sztampowych konferencji na temat żołnierzy wyklętych czy „Solidarności” instytut organizuje więc seminaria poświęcone np. ziemiom zachodnim czy roli kobiet w najnowszych dziejach Polski. Wystarczy jednak wysłuchać kilku referatów, by się przekonać, że bierze się udział nie w konferencji naukowej, lecz w kolejnej próbie pisania historii na nowo.

BEZ DOROBKU

Wysoka pensja i pozostałe profity oferowane przez IPN skutecznie przyciągają osoby z tytułami naukowymi. To, że te tytuły zostały często zdobyte w Polsce Ludowej, jest przemilczane, oczywiście pod warunkiem że ich posiadacze złożą stosowną samokrytykę. Zastanawiające, jak wielu doktorów i profesorów uniwersyteckich robi kariery w IPN, natomiast żadna z gwiazd instytutu nie zrobiła kariery w drugą stronę.
Historycy, którzy dystansują się od IPN, są skutecznie marginalizowani. Kto pamięta, kiedy o komentarz w sprawie najnowszej historii Polski główne media poprosiły osobę niezwiązaną z instytutem? W świadomości społecznej tacy ludzie po prostu nie istnieją. Swoje badania drukują w nakładzie tak niskim, że nie lada problem stanowi wysłanie po jednym obowiązkowym egzemplarzu do krajowych bibliotek naukowych. Wydźwięk takich prac jest prawie żaden i ograniczony do kilkudziesięciu osób. Z kolei ci, którzy wybierają współpracę z IPN, mogą liczyć na profesjonalną promocję oraz obecność ich książek niemal we wszystkich empikach.
Trudno się dziwić, że każda próba likwidacji lub ograniczenia władzy IPN kończy się głośnymi protestami nie tylko na prawicy. Politycy wraz z usłużnymi historykami starają się wyrobić w społeczeństwie przekonanie, że od istnienia instytutu zależy istnienie niepodległego państwa. Wystarczy przypomnieć słowa dr. hab. Jana Żaryna, który w sierpniu br. mówił: „Jeżeli ta instytucja rzeczywiście zostanie zmazana z mapy polskiej państwowości, byłby to groźny sygnał, dotyczący nie tylko kwestii pamięci historycznej, ale i naszej przyszłości. Trzeba się tego w dwójnasób obawiać”.
Kto jednak miałby się obawiać likwidacji instytutu? Z pewnością nie państwo polskie ani jego obywatele, którzy doskonale sobie radzili i bez niego. Także rodzima historiografia zbytnio nie ucierpi. Poza kilkoma kontrowersyjnymi publikacjami instytut nie dorobił się bowiem żadnych znaczących prac naukowych, które zmieniłyby nasze postrzeganie najnowszych dziejów Polski. Co najwyżej kolejne jego publikacje posłużyły do zaostrzenia bieżącego sporu politycznego.
Mimo to trudno się spodziewać likwidacji IPN w ciągu najbliższych kilku lat. Jedyne, co wydaje się możliwe, to jego ucywilizowanie. Jako instytucja państwowa IPN powinien podlegać tym samym wymogom co wszystkie inne urzędy. Oznacza to m.in. pełną kontrolę jego poczynań, a przede wszystkim jego dezideologizację. Skoro ma to być główna instytucja zajmująca się badaniem i popularyzacją dziejów najnowszych, musi ona bezwzględnie przestrzegać zasad naukowego obiektywizmu. Innymi słowy, IPN powinien skończyć z masowym publikowaniem peanów na cześć żołnierzy wyklętych i „Solidarności”, a zająć się faktycznym badaniem historii Polski z lat 1944-1990, do którego zobowiązuje go ustawa.
Kto miałby dokonać takiej naprawy IPN? Odpowiedź jest zaskakująco prosta i wskazują ją odpowiednie ustawy. Parlament ma do dyspozycji wszystkie narzędzia, by skutecznie kontrolować funkcjonowanie instytutu. Po nowelizacji ustawy o IPN z marca 2010 r. do odwołania jego władz wystarczy zwykła większość sejmowa. W końcu będąc urzędem państwowym, instytut nie może stać ponad wszystkimi, lecz musi realizować zadania powierzone mu przez polskie władze. Nie chodzi tu bynajmniej o wywieranie politycznej presji na badania naukowe, ale właśnie o ukrócenie obecnej patologii, kiedy IPN stał się straszakiem w ręku tylko jednej partii.
IPN powstał w myśl zasady, że „historię piszą zwycięzcy”. Został powołany głównie po to, aby dokonać politycznej wendety na znienawidzonych „postkomunistach”. Jednak, parafrazując znane powiedzenie, okazał się dzieckiem rewolucji,  które szybko zaczęło pożerać swoich ojców. Czy może więc dziwić, że najwięcej ofiar IPN stanowią byli opozycjoniści? To, czego nie dokonała Służba Bezpieczeństwa, zrobił urząd powołany przez demokratyczne państwo.
Dziś instytut jest karykaturą samego siebie. Dla wielu stał się symbolem całego zła, które trawiło rodzimą historiografię w tak wyszydzanej przez prawicę PRL. Różnica między dniem dzisiejszym a okresem minionym polega jedynie na odwróceniu akcentów.
Krzysztof Wasilewski

Wydanie: 46/2012

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 31 stycznia, 2017, 19:57

    IPN to parszywe hieny,oszuści,psy kaczyńskie.,kiedy polacy się obudzą!!!,czas na majdan,wracaj Tusk-ratuj Polskę

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy