Klimat na wybory

Klimat na wybory

Coraz więcej osób przy urnie kieruje się stosunkiem kandydatów do środowiska naturalnego

Amerykańskie prawybory dopiero się rozkręcają. Demokraci próbują się pozbierać po katastrofie w Iowa, gdzie zawiodła aplikacja do liczenia głosów, przez co rywalizujący ze sobą kandydaci co chwilę ogłaszali się zwycięzcami. Republikanie z kolei wykazują stosunkowo niewielką aktywność, bo do teraz nie objawił się żaden wyrazisty kandydat mogący chociaż teoretycznie rywalizować o nominację z Donaldem Trumpem. Objazdowy cyrk polityczny na razie przemieszcza się po wschodzie kraju, ale już 3 marca przyjedzie do Kalifornii – stanu bardzo silnego, bogatego, ale mającego własne problemy. I choć do głosowania na Zachodnim Wybrzeżu pozostało jeszcze trochę czasu, już wiadomo, co dla tamtejszego elektoratu będzie najważniejszą kwestią w programach kandydatów.

Druga połowa roku to od lat w Kalifornii sezon pożarów lasów i łąk. Podobnie jak w przypadku wielu innych katastrof naturalnych pożary te same w sobie nie są anomalią – występowały dużo wcześniej na tych samych obszarach. Nowością jest jednak ich intensywność. Tylko od września do grudnia ub.r. tamtejszy departament ochrony przeciwpożarowej doliczył się ponad 7,6 tys. niekontrolowanych źródeł ognia. Śmierć poniosło pięć osób, 22 zostały poważnie ranne. Ten sezon pożarowy i tak nie był najgorszy, mieszkańcy uznali go wręcz za łaskawy w porównaniu z poprzednim. W listopadzie 2018 r. pożar szalejący w hrabstwie Butte przyniósł szokującą liczbę 86 ofiar śmiertelnych, a wygaszanie go trwało kilka tygodni i wymagało pomocy władz federalnych. Kalifornia pali się z roku na rok coraz częściej, mocniej i bardziej śmiertelnie – wszystko przez susze, zaburzanie cieków wodnych oraz nieodpowiedzialną pod względem klimatycznym politykę mieszkaniową i infrastrukturalną poprzednich dziesięcioleci.

Dlatego, jak podaje amerykański portal polityczny The Hill, dla ponad 50% zarejestrowanych wyborców Partii Demokratycznej w Kalifornii podejście do katastrofy klimatycznej jest najważniejszą kwestią, na którą będą zwracać uwagę przy wyborze kandydatów. To dość duże odchylenie od normy ogólnokrajowej – całościowo dla elektoratu o poglądach lewicowych i centrowych dominującym tematem jest darmowa opieka zdrowotna, ale tylko co trzeci kalifornijski demokrata uważa to za kluczowy problem. Co ciekawe, doświadczenie na sobie skutków katastrofy klimatycznej determinuje preferencje wyborców nie tylko wewnątrz ich partii. Jest też w stanie skłonić wyborców do zmiany opcji i przeważyć w przypadku niezdecydowanych.

Tygodnik „The Economist” opublikował sondaż, z którego wynika, że prawdopodobieństwo poparcia proekologicznego kandydata jest wśród Kalifornijczyków tym większe, im mniejsza odległość ich miejsca zamieszkania od dużego pożaru. Innymi słowy, im bliżej ognia, tym większe szanse, że wyborca zagłosuje na opozycję, a wewnątrz niej na kandydata, który zadeklaruje najostrzejszą walkę z przyczynami katastrofy klimatycznej.

Zmiany w środowisku naturalnym są coraz silniejszym czynnikiem decyzyjnym nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Z globalnego punktu widzenia – oczywiście politycznego – najbardziej zyskuje na nich akurat ta partia, która w USA jest ugrupowaniem marginalnym, czyli Zieloni. Do ich obecności na narodowych scenach politycznych wprawdzie już się przyzwyczailiśmy, ale zawsze były to przystawki dla silniejszych partii, co najwyżej mniejszościowi partnerzy w koalicji. Dzisiaj zielone partie na całym świecie stają się coraz poważniejszymi graczami w polityce najwyższego szczebla. Zwłaszcza jeśli ich wyborcy cierpią z powodu zmian klimatu.

Zjawisko przechodzenia pokrzywdzonych klimatycznie obywateli na stronę Zielonych już od ponad dekady obserwują politolodzy w Australii, która też zmaga się z pożarami. Grupa badaczy z University of Queensland w Brisbane już w 2010 r. zaobserwowała, że wzrost odsetka populacji, który wierzy w antropogeniczne przyczyny katastrofy klimatycznej o 10 pkt proc. wiązałby się ze spadkiem poparcia dla konserwatystów o 2,6 pkt proc., przy jednoczesnym wzroście notowań Partii Pracy (2 pkt proc.) i właśnie Zielonych (1,7). Choć liczby te mogą się wydawać niewielkie, ordynacja wyborcza w tym przypadku dałaby popalić Partii Konserwatywnej. Taki przepływ wyborców przełożyłby się bowiem w parlamencie na aż 21 miejsc więcej po stronie Zielonych i laburzystów, czyli dwóch partii lewicowych i całkiem prawdopodobnych partnerów koalicyjnych. A ponieważ australijski parlament składa się tylko ze 150 deputowanych, liczby te pokazują, że nastawienie do klimatu może całkowicie zmienić układ sił.

Podobne prawidłowości odnotowano w Niemczech, gdzie Zieloni w ostatnich latach coraz skuteczniej przebijają się na najwyższe szczeble polityki. Ubiegłoroczne wybory do europarlamentu były ich największym triumfem przy urnach wyborczych. Drugie miejsce w skali kraju i ponad 20,5% poparcia dało im aż 21 mandatów, o 10 więcej niż w poprzednim głosowaniu, pięć lat temu. To skok olbrzymi, ale jak najbardziej możliwy do przewidzenia. U naszych zachodnich sąsiadów widać bowiem trendy zbliżone do tych za oceanem. Przy wyborze europarlamentarzystów w 2014 r. tylko 28% głosujących uważało zmiany klimatyczne za „jakkolwiek ważny” czynnik. W ubiegłym roku odsetek ten wzrósł znacząco, do 49%, jak podaje Deutsche Welle. Niemieckiej zielonej fali nie da się jednak wytłumaczyć pożarami, powodziami czy masowym wymieraniem zwierząt – te katastrofy jeszcze na kraj nie spadły. Skąd zatem taki przechył?

Intuicja podpowiada, że przynajmniej na Starym Kontynencie sukces Zielonych był możliwy dzięki tzw. efektowi Grety Thunberg. Młoda Szwedka, która zaledwie w ciągu dwóch lat stała się ikoną młodzieżowego aktywizmu w obronie klimatu, jest jedną z najbardziej wpływowych postaci wśród młodzieży. Mobilizuje też innych do działania, wspierając chociażby protesty z cyklu Fridays for Future, w Polsce znane pod hasłem Piątki dla Klimatu. Ruch ten jest w Niemczech niesamowicie aktywny – kolejne manifestacje, organizowane raz na kilka miesięcy, odbywają się jednocześnie w ponad 500 niemieckich miastach, a zbiera się na nich łącznie nawet 250 tys. osób, głównie młodych. To ważne z punktu widzenia niemieckiej polityki, bo w wyborach samorządowych w niektórych landach można głosować już po ukończeniu 16. roku życia.

Fridays for Future zwróciły na siebie uwagę na tyle skutecznie, że w czasie kampanii wyborczej do europarlamentu regularnie wspominała o nich nawet kanclerz Angela Merkel. Socjalistom niewiele to jednak pomogło. I tutaj dochodzimy do drugiego źródła sukcesu Zielonych. Tradycyjne, wielkie partie nie są przecież zupełnie głuche na postulaty społeczeństwa i same próbują zbić kapitał na tematach klimatycznych. Rzadko kiedy przynosi to jednak spodziewany efekt. Najbardziej zyskują na nich ugrupowania nowo powstałe lub właśnie Zieloni. „Dzieje się tak dlatego, że wyborcy nie wierzą już starym formacjom w tematach klimatycznych”, tłumaczy Ursula Nonnemacher, kandydatka Zielonych z Brandenburgii, w rozmowie z portalem The Local. „Nasza partia od zawsze walczyła w obronie klimatu, często stając przeciwko właśnie tym politykom, którzy dziś chcą się przyłączyć do naszego sukcesu. Problem w tym, że to przez nich jesteśmy w takiej sytuacji, przez lata nic nie zrobili, by ocalić planetę. Dlatego dzisiaj nie mają w tym zakresie żadnej wiarygodności”, dodaje.

Przypisywanie przez wyborców coraz większego znaczenia zmianom klimatycznym może mieć jednak różne skutki. Ci, którzy sami zmian doświadczają lub po prostu wierzą w ich antropogeniczną przyczynę, zagłosują najpewniej na partie zielone lub lewicowe. Ale rośnie też grupa głosujących, którzy coraz ostrzej zaprzeczają, że klimat w ogóle się zmienia. Ważnym czynnikiem wpływającym na postawy przy urnie jest także zróżnicowanie kraju. W Brazylii, gdzie pożary lasów Amazonii wywołują niepokój prawie całego świata, społeczeństwo wybrało na prezydenta negacjonistę klimatycznego Jaira Bolsonara – również dlatego, że degradacja środowiska widoczna jest szczególnie z dala od wielkich ośrodków miejskich i gęściej zaludnionych terenów. Pożary dżungli są tak odległe, że niemal dzieją się w innym kraju.

Jak widać, wciąż nie wszyscy rozumieją, że klimat mamy jeden, a jego zmiany dotkną każdego, bez względu na preferencje wyborcze.

Fot. Mika Baumeister/Unsplash

Wydanie: 8/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy