Kiedy kobieta kocha butelkę

Kiedy kobieta kocha butelkę

Kobiety piły po kryjomu, nigdy z tym się nie obnosiły

Dorota Kolak – aktorka i reżyserka, absolwentka krakowskiej PWST, od 1982 r. związana z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, gdzie zagrała przeszło 70 dużych ról. Ma na koncie także liczne role w Teatrze Telewizji, filmach oraz serialach. Za kreacje w filmach „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka i „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego otrzymała nagrody za drugoplanowe role kobiece na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. 4 stycznia do kin wchodzi „Zabawa, zabawa” Kingi Dębskiej, w której Dorota Kolak wciela się w postać uzależnionej od alkoholu Teresy.

* * *

Pamiętam z dzieciństwa, jak babcia mówiła, że kiedy mężczyzna się napruje, to jeszcze pół biedy, ale jak kobieta, to już tragedia.
– Pijące kobiety to tabu nie tylko w polskiej kulturze. Z mężczyznami zawsze kojarzono picie ekskluzywne. Panowie zamykali się w swoich klubach, gdzie dyskutowali o polityce, społeczeństwie i kulturze. Zmieniali świat przy cygarach i najlepszych koniakach, które w życiu kobiet się nie pojawiały. Panie występowały w towarzystwie tych mężczyzn jedynie jako szynkareczki, donoszące im alkohol. Popijające kobiety były schowane, piły po kryjomu, nigdy z tym się nie obnosiły. Ten temat jest tajemnicą od dawnych czasów.

Dziś kobieta pijąca wino to nic niezwykłego. Emancypacja à rebours?
– Ta ciemniejsza strona emancypacji. Pamiętam czasy, kiedy kupno wina w Polsce było prawie niemożliwe. Panowała u nas kultura mocnych alkoholi. To się zmieniło, co jest w filmie odnotowane. Bohaterki nie piją wysokoprocentowych trunków, tylko właśnie wino. Ale ich problem nie jest przez to mniej poważny. To, że zaczęliśmy pić wino, nie oznacza, że problemu nie ma.

Polki nadużywają alkoholu?
– Polska nie jest skrajnym przypadkiem. Jesteśmy, jak sądzę, w europejskiej średniej, na co się składa wiele elementów. Alkohol można dostać w Europie wszędzie – jest w sklepikach na rogu, w dyskontach spożywczych, w sklepach z artykułami kosmetycznymi, no i w specjalistycznych sklepach monopolowych. Czasem mam wrażenie, że jest o niego nawet łatwiej niż o żywność. W filmie pokazaliśmy, jak się nasila obecność alkoholu w życiu człowieka. Sportretowane są tu trzy kobiety w różnym wieku, w które wcielają się Maria Dębska, Agata Kulesza i ja. Magda dopiero zaczyna zabawę, a potem w nią wpada. Środkowa bohaterka, Dorota, nie ma świadomości, że choroba zawładnęła jej życiem i coraz bardziej wymyka się spod jej kontroli. Moja postać, Teresa, jest już na równi pochyłej. Poznajemy ją na ostatnim etapie samotności, porzucenia, kiedy nie ma już możliwości powrotu ani nawet zakłamywania stanu, w jakim się znajduje.

Czy te postacie mają zakorzenienie w rzeczywistości?
– O ich rodowodzie niewiele potrafię powiedzieć. Kiedy spotkałam się z reżyserką Kingą Dębską, miała je już ukształtowane w głowie. Wymyśliła trzy bohaterki w różnym wieku, które ze względu na stadia choroby alkoholowej, w jakich się znajdują, tworzą tak naprawdę jedną osobę. Trzy splatające się wątki były według Kingi bardziej interesujące niż opowiadane przez jedną postać.

Alkoholicy wciąż budzą społeczną pogardę. Potrzebowała pani wybronić swoją bohaterkę przed potępieniem ze strony widza?
– Ani kiedy wchodzę na plan filmowy, ani na deskach teatru kompletnie o tym nie myślę. Nie mam potrzeby, żeby bronić postaci. Konstruuję je w taki sam sposób, jak patrzę na ludzi. Uważam, że nie ma ani kogoś nieskazitelnie dobrego, ani do szpiku złego. Nie ma wśród nas aniołów ani przeżartych złem diabłów. Jesteśmy ludźmi i składamy się z jednych i drugich elementów. Takie są też moje bohaterki. Daleka jestem od ich oceniania.

Nie miała pani potrzeby pokazania ludzkiego oblicza Teresy, wytłumaczenia jej?
– Nie, chciałam, żeby to był ktoś, kto dotkliwie uświadamia, że alkohol to nie jest zabawa. Kinowa opowieść ma swoje prawa. To, co się dzieje z człowiekiem w ciągu 20 lat, my opowiadamy w dwie godziny, czyli na każdą postać przypada ok. 40 minut. Takie syntetyzowanie powoduje, że możemy nie poczuć rzeczywistego ciężaru postępującej choroby i degradacji bohaterki. Jest czymś zupełnie innym patrzenie na coś 40 minut, kiedy siedzi się w wygodnym fotelu, a czym innym życie z kimś uzależnionym przez 20 lat, dlatego musieliśmy użyć dosadniejszych środków wyrazu.

Mogło być jeszcze mocniej.
– Na etapie zdjęć rzeczy były bardziej wyostrzone, ale ostatecznie nie znalazły się w filmie. Kinga pozwala mi mówić o tym, że nakręciłyśmy scenę samobójstwa mojej bohaterki. Kiedy Teresa dochodzi do ściany, decyduje się zrezygnować z życia. Ostatecznie film kończy się jednak rodzajem nadziei, opowieść pozostaje otwarta. To jest decyzja reżyserki, która na etapie montażu uznała, że wystarczy kilka mocnych scen, żeby uświadomić widzowi skalę problemu. Zgadzam się z jej decyzją. Mnie najbardziej zależało na tym, żeby to nie była postać konfekcyjna. Nie chciałam, żebyśmy sobie ten alkohol opowiadali, a dookoła było miło i czyściutko. Wolałam wejść w to głęboko.

Nawet za cenę potępienia bohaterki przez widza?
– To nie miało znaczenia, chodziło o to, żeby uświadomić, jak podstępna jest ta choroba. Jest jak niezauważalna morska fala, która najpierw podchodzi ledwie pod stopy, a potem coraz dalej, aż kiedy nastaje przypływ, okazuje się, że stoimy w niej po szyję.

W ten sposób chciałyście edukować widza?
– Aspekt edukacyjny w ogóle nie był zamiarem. Kinga z różnych powodów zaangażowała się w sprawy społeczne i trafiła na problem alkoholu wśród kobiet. Wykorzystała te spotkania do pracy nad scenariuszem. Mamy mnóstwo filmów o tym, co się dzieje, kiedy pije mężczyzna, ale takiej opowieści z kobietami w roli głównej nie było.

Pani także rozmawiała z osobami uzależnionymi?
– Oczywiście, przeczytałam też dostępną literaturę. Jest trochę książek na ten temat – pamiętnikarskich i dokumentujących. Czerpałam również z internetu, gdzie można znaleźć wiele świadectw i prywatnych opowieści. Z tych elementów spróbowałyśmy z Kingą zbudować te „wiarygodnie atrakcyjne historie”. Trzeba je było skomponować, bo to nie jest przecież dokument, tylko film fabularny.

Coś panią zaskoczyło podczas tych rozmów?
– Myślę, że zdawałam sobie sprawę z wielu rzeczy. Jeśli coś było dla mnie zaskakujące, to badania, które mówią, że kobiety wychodzą z alkoholizmu dużo rzadziej niż mężczyźni.

Dlaczego?
– Nie znam prób uzasadnień naukowych, tak jest na poziomie statystyki. Mnie się zdaje, że tak jak wszystko u kobiety – macierzyństwo, seks, relacje, praca – alkohol jest bardzo silnie powiązany z emocjonalnością. Ta emocjonalność komplikuje leczenie. Oczywiście zawsze jest pytanie, co było najpierw. Czy najpierw było coś nieprzepracowanego, a potem zjawił się alkohol, czy odwrotnie – zjawił się alkohol, który uruchomił coś nieprzepracowanego.

To ciekawa sprawa w filmie, bo dajecie sygnały, że w przeszłości bohaterek coś się pojawiło, ale nigdy nie dowiadujemy się co.
– Dobrze, że diagnozy nie są postawione. Nie mówimy, dlaczego ani przez co to się stało, bo nie ma takiej możliwości, żeby wskazać jednoznaczną przyczynę. To jest zawsze rodzaj pomysłu, śladu. Tak to jakoś ustawiałyśmy.

Rozmówczynie próbowały tłumaczyć przed panią swój alkoholizm?
– Nie, a ja do pracy potrzebowałam pomocy osób, które wyszły z nałogu. Ta moc potrzebna mi była na poziomie wyborów artystycznych. Nie pytałam, dlaczego piły, tylko czy to, co ja zaproponowałam, jest wiarygodne. Interesowało mnie, czy widzą możliwość takiej reakcji i czy ich zdaniem coś takiego mogłoby się zdarzyć. Nie drążyłam życia człowieka, traktowałam te spotkania użytkowo.

Te rozmowy zmieniły pani podejście do Teresy?
– Z rozmów z tymi kobietami wynikało, że to nie jest tak, że przychodzi przewidywalny moment, kiedy się zaczyna droga ewidentnie w dół, że to nie jest proces. To raczej taki niezauważalny pstryk, kiedy kompletnie przestajemy panować nad tym, co się dzieje. Pomyślałam, że Teresa to postać, która walczy i walczy, i walczy, i zamiata pod dywan, aż przychodzi taki pstryk i już niczego nie da się zrobić.

Koleżanka, która prowadzi terapię uzależnień, opowiadała mi, że do jej gabinetu trafiają osoby, którym cały czas się udawało zataić problem – nie było szefa, gdy nie przyszły do pracy, wykpiły się z umówionych zobowiązań, zataiły zawalone sprawy i terminy. Aż w końcu się nie udało i wszystko się zawaliło.
– Wiemy z terapii uzależnień, że alkoholika, seksoholika czy narkomana trzeba zostawić samemu sobie. Należy przestać pomagać, nie sprzyjać, nie kryć jej czy jego wpadek. Wtedy jest szansa, że się odbije od dna. Ale moja Teresa już się nie odbije. Zostawiona sama sobie ginie. Dla mnie w scenie, kiedy siedzi na przystanku, autobus jest bardzo piękną metaforą śmierci albo wyzwolenia. Autobus mógł zabrać Teresę do czegoś nowego, ale ona została na przystanku, nie wsiadła do tej szalupy ratunkowej.

Dlaczego Teresa nie potrafi się odbić od dna? Jest lekarzem, musiała wcześnie rozpoznać u siebie problem.
– Teresa ma w sobie jakiś brak, jakieś łaknienie czegoś, niespełnienie. To było dla mnie ważne, żeby nawet jeśli nie ma tego na ekranie, dla siebie, dla konstrukcji roli, wiedzieć, czego jej brakowało. Teresa ma sukcesy, miłość studentów, córkę, świetny zawód, ale to nie daje jej siły, żeby walczyć. Wyposażyłam ją w brak poczucia własnej wartości. Żaden sukces, żadna nagroda nie uleczyły jej nigdy z tego. W tym widziałabym pierwotną przyczynę jej upadku. Taka była moja diagnoza aktorska. Nie wiem, jakie są metody terapeutyczne, ale myślę, że też się szuka jakichś praprzyczyn.

Kinga też tak patrzyła na Teresę?
– Z Kingą jest tak, że się porozumiewamy w pół słowa. Ona po prostu mnie puściła w tej roli, pozwoliła eksperymentować, eksplorować różne przestrzenie mojej bohaterki. Dopiero na stole montażowym dokonywała cięć i podejmowała decyzje o tym, jak zamknąć tę opowieść. Miałyśmy bardzo dużo materiału, ale film nie jest z gumy, trzeba dokonywać wyborów. Była dla mnie bardzo ważnym obserwatorem. Mówiła: „No to dobra, jedź, zobaczymy”. Choć serce mnie boli, że tyle materiału nie znalazło się w filmie, ufam, że dokonała dobrych wyborów.

Po pracy przy takim filmie widzi pani potrzebę działania?
– Może powinnam? Zupełnie nie mam zapędów społecznikowskich. Wydaje mi się, że nie da się tego problemu rozwiązać systemowo. Mamy za sobą okres, kiedy alkohol był sprzedawany dopiero od godz. 13, mamy prawo, które reguluje, jak daleko od kościoła można nim handlować. Czy to coś zmieniło? Zakazy i nakazy niczego nie poprawią. Myślę, że jak zawsze i we wszystkim najważniejsza jest edukacja. Uświadamianie, pokazywanie, rozmawianie – tylko to może trafić do głów ludzi.

„Zabawa, zabawa” trafi do głów widzów?
– Sztuce nigdy się nie udało naprawić świata, choć próbowała wielokrotnie. Chcę wierzyć, że takie filmy też do czegoś się przyczyniają. Wierzmy w to, ale poza wiarą też działajmy.

Pani działa na rzecz zmiany świata?
– Na Kaszubach, dokąd wyjeżdżam na wakacje, z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości kupiliśmy z mężem sto drzew i zasadziliśmy je. Uważam, że to jest coś, co mogę zrobić naprawdę. Oczywiste jest segregowanie śmieci, oszczędzanie wody i recykling, ale kto ma ogród i przydomową ziemię, ten powinien sadzić drzewa. Sadźmy je wszędzie, gdzie nam pozwolą, a gdzie nie pozwalają, walczmy, żeby pozwolili. Walczmy także o to, żeby nie wycinali w parkach ani ogródkach tych, które są już stare i wydają się niepotrzebne. Takiej zmiany bym sobie życzyła, bo przestrzeń lęku, którą w sobie noszę od jakiegoś czasu, wiąże się też z niepokojem o świat. Ostatnio uświadomiłam sobie, jak jego problemy oddziałują na moją rodzinę.

Przy jakiej okazji?
– Zadzwoniła do mnie córka, z którą przed świętami wyjeżdżamy razem do Krakowa, by złożyć życzenia mojej mamie. Mówi do mnie: „Słuchaj, a może by w prezencie kuzynkom i twojej mamie kupić takie maseczki antysmogowe? Są po 30 zł”. Zatkało mnie. To jest bardzo smutne, że moja córka myśli o takim prezencie.

Czyli życzymy sobie więcej drzew.
– I więcej globalnej refleksji. Chciałabym, żebyśmy, kiedy już spotykamy się na noworocznym obiedzie i cieszymy się z bycia w naszych małych komórkach rodzinnych, pomyśleli też szerzej i może coś zrobili. Albo chociaż się sprzeciwili temu, co nam niektórzy tutaj gotują. Cały czas życzymy sobie nawzajem zdrowia, a skoro zdrowia, to przecież czystego powietrza! A skoro czystego powietrza, to trzeba dosadzić drzew, żeby było ich więcej, a nie mniej.

Fot. Robert Jaworski

Wydanie: 1/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy