Kogo zabrakło na Westerplatte 2009?

Kogo zabrakło na Westerplatte 2009?

Liberum veto

Część Polaków dokłada starań, aby podsycać polską tradycyjną rusofobię

„Pragniemy, aby w nadchodzącym wieku wolność zapanowała w każdym zakątku świata. Pragniemy, aby pokojowe współzawodnictwo rozwijało się w sposób nieskrępowany, by zachęcało do wzajemnej, korzystnej współpracy, nie w konfrontacji i wyścigu zbrojeń. Pragniemy, aby każdy naród każdego kraju korzystał z dobrobytu, pomyślności i szczęścia. Droga do tego prowadzi poprzez dążenie do świata wolnego od broni atomowej i od przemocy. Wkroczyliśmy na tę drogę i wzywamy inne narody, by też na nią wkroczyły”.
Kto jest autorem tych słów? Czy może prezydent USA albo któryś z przywódców Zachodu? Nic z tych rzeczy. Na zakończenie książki pt. „Przebudowa i nowe myślenie” (polskie wydanie PIW 1988 r.) napisał je sekretarz komunistycznej partii Związku Radzieckiego, Michaił Gorbaczow, bez którego nie doszłoby do „obalenia komunizmu”, do „końca wojny w 1989 r.” i do wszystkiego, co się w Polsce potem działo.
Współautorem zaś Okrągłego Stołu był kombatant, pierwszy sekretarz PZPR, potem prezydent RP, Wojciech Jaruzelski.
Doskonale zdaję sobie sprawę, jak niepoprawne,

nietaktowne, niedyplomatyczne

jest wspominanie tych Nieobecnych na Westerplatte Anno Domini 2009, ale po prostu nie mogę już wytrzymać harców z naszą „pamięcią historyczną”. I to nie tylko w wydaniu PiS.
Mam też świadomość, że z dnia na dzień topnieje garstka naocznych świadków Historii, którzy przyszli na świat po roku 1918 i znają z autopsji II RP, okres II wojny światowej, stalinizm, polski Październik oraz wszystkie późniejsze wydarzenia. Wiem też, że dla pokolenia moich wnuków, Isi i Ksawerego, są to sprawy równie odległe jak dla nas, „Kolumbów”, były lata zaborów. A może nawet odleglejsze, bo myśmy za młodu nie doświadczyli tak radykalnej zmiany ustroju.
Wydarzeniem „bitwy pod Westerplatte”, jak zresztą było do przewidzenia, okazała się bytność premiera Federacji Rosyjskiej, Władimira Putina, poprzedzona jego listem do Polaków („Gazeta Wyborcza”, 31 VIII br.). Swoją drogą ciekawe, kto był konsultantem premiera Putina, gdy redagował ten list, warto by także porównać jego treść z tym, co o „nowym myśleniu” pisał Gorbaczow, ceniony w świecie, ale do Polski jakoś nie zapraszany. Gorbaczow umożliwił bowiem nie tylko nasz Okrągły Stół, ale także „event”, jakim było obalenie muru berlińskiego. Notabene warunkiem zlikwidowania tej zapory była obietnica strony zachodniej, że NATO nie będzie rozszerzać swej strefy wpływów na kraje „obozu socjalistycznego”. Pamięta o tym sam Gorbaczow, pamiętają poważni politycy niemieccy.
Teraz poruszę sprawę szczególnie drażliwą: jaką rolę w przygotowaniu rewolucji październikowej, jej przebiegu oraz powstawaniu „czerwonego totalitaryzmu” odegrali przedstawiciele mniejszości, dyskryminowanych i krzywdzonych w imperium „białego cara”?
Mówią o tym dobitnie trzy głośne nazwiska: Dzierżyński, Trocki i Stalin.
Dzierżyński był ojcem założycielem „czerezwyczajki”, której kontynuacją miało być NKWD. Trocki walnie przyczynił się do organizowania Armii Czerwonej i jej sukcesów. A Dżugaszwili o przydomku Stalin okazał się

beneficjentem zmian,

których ważnymi współkreatorami byli tamci dwaj towarzysze. Trocki zginął na polecenie satrapy z Gruzji rodem.
Jak w tym kontekście wygląda sprawa przeprosin ze strony Rosjan, których domagamy się tak uporczywie, by nie rzec natrętnie?
Część Polaków – jak liczna? – dokłada starań, aby podsycać polską tradycyjną (zresztą zrozumiałą) rusofobię. A to stanowi wodę na młyn polonofobów rosyjskich…
My, Polacy, mamy niestety fatalny zwyczaj pamiętania o naszych krzywdach, cierpieniach, bohaterskich czynach, zasługach, zarazem zaś spychania w nieświadomość krzywd, jakie wyrządzaliśmy innym, zwłaszcza Ukraińcom i Żydom. I niełatwo przychodzi nam uznanie cudzego bohaterstwa i ofiary krwi, choćby przelewanej z korzyścią dla nas.
Wskutek zacietrzewionego polonocentryzmu nie potrafimy zrozumieć, jak złożone są relacje naszych wschodnich sąsiadów ze Stalinem. Dżugaszwili przysporzył Rosjanom, Białorusinom, Ukraińcom ogromu cierpień, ale to pod jego wodzą odnieśli zwycięstwo w „wojnie ojczyźnianej” i zatknęli czerwony sztandar na Bramie Brandenburskiej. Znalazła się tam także polska flaga. Stało się to za sprawą „niewłaściwej” armii, tej, w której swe dorosłe życie zaczynał „sybirak” Wojciech Jaruzelski.
To fakt, że ceną za powstanie tej „armii ze skazą” było kłamstwo katyńskie. Ale czy gdyby nie jej powstanie, Szczecin i Wrocław byłyby polskie? Czy krew przelewana „od Lenino do Berlina” była mniej cenna, a rany mniej bolesne?
Historia kroczy naprzód krętymi drogami, a Los pisze prosto na krzywych liniach…
Okna mojego pokoju wychodzą na Pałac Kultury, ten niechciany dar Stalina. „Pekin” stał się jednak znakiem rozpoznawczym naszej stolicy. Od końca sierpnia na pałacu widnieje wielgachna plansza z podobizną żołnierza w hełmie i dwoma napisami: u góry wyrazisty HONOR, u dołu – mało czytelna Ojczyzna.
Zapewne aluzja do wystąpienia ministra Becka w maju 1939 r.
Mnie zaś od dawna nawiedza myśl, że w Rzeczpospolitej prawo do poczucia honoru przysługiwało tylko „dobrze urodzonym”. Tak więc według tradycyjnych kryteriów szeregowi żołnierze Września 1939, choćby nie wiem jak waleczni – nie byli „ludźmi honoru”. Czy nie to stanowi podtekst obecnego „sporu o Sucharskiego”?
Co o naszym kulcie honoru myślą postronni?
Przed paroma laty Andrzej de Lazari, rusycysta i historyk idei, pisał na łamach „Rzeczpospolitej”:
„Polacy szczycą się swym honorem. Dla Rosjan polski honor jest

synonimem próżnej pychy,

zadufania, próżności”…
W mojej ojczystej c.k. Galicji funkcjonowało powiedzonko Ich bin Pole und ich bin dumm daran. Co inteligentniejsi „Galileusze” kpili tak z ziomków, którzy dawali wyraz swej dumie, a zarazem dowodzili, że nie znają języka rozmówców (po niemiecku dumm znaczy „głupi”).
W okresie międzywojennym język niemiecki nazywano jeszcze „polnische Desperando”.
Dziś polskiemu premierowi najłatwiej porozumieć się z rosyjskim gościem… po niemiecku, bo obaj mówią płynnie tą mową wspólnych przyjaciół.
Kiedy przyjdzie do stosunków polsko-rosyjskich nawet niekoniecznie przyjacielskich, lecz po prostu dobrosąsiedzkich?
Spotkanie na Westerplatte nie przyniosło przełomu, ale może stanowić początek „długiego marszu” ku rzetelnemu pojednaniu. Z obu stron padały słowa mądre i mniej mądre. Premier Donald Tusk, którego zasługą jest rozważna polityka zagraniczna, wygłosił naprawdę piękne przemówienie, ale czy musiał wypomnieć Rosjanom, że „nas wyswobodzili, ale nie przynieśli nam wolności”? Tymi słowami sprzeniewierzył się chyba tradycyjnej gościnności, jaką nie bez racji się chlubimy.
Tu przypomina mi się, jak przed paru laty na polskie zaproszenie przyjechała Erika Steinbach. Obecni na spotkaniu z nią nie potrafili pohamować emocji i bez pardonu atakowali gościa – kobietę. A więc osobę, z którą mimo wszystko należałoby rozmawiać jak człowiek z człowiekiem.
Na przykład zaproponować, by Niemcy, Polacy, Żydzi, Rosjanie – w ogóle wszyscy uczestnicy wojny 1939-1945 – wspólnie ufundowali pomnik dzieciom, niewinnym ofiarom tych strasznych lat. Próbowałam wówczas „dać głos” w tej sprawie, ale nie po raz pierwszy przekonałam się, jak sprawnie działa nasza niepisana neocenzura.
Kto na przykład (prócz łaskawego dla mnie „Przeglądu”) zamieściłby ten tekst, w którym wyrażam poglądy jakże niesłuszne, ale – własne…
PS Przepraszam za moje herezje, ale moją śp. Matkę nazywano w rodzinie „niebezpieczną weredyczką”. Niedaleko pada jabłko od jabłoni…

Wydanie: 37/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy