Kompozytorem trzeba się urodzić

Kompozytorem trzeba się urodzić

Rozmowa z Krzysztofem Pendereckim – kompozytorem, dyrygentem

Kamień milowy muzyki ostatnich kilkudziesieciu lat to nasza, europejska i środkowoeuropejska, awangarda muzyczna lat 50. i początku 60.

– Co pana zdaniem jest największym kamieniem milowym na drodze rozwoju muzyki w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat?
– Myślę, że taki kamień milowy to nasza, czyli europejska i środkowoeuropejska, awangarda muzyczna lat 50. i początku 60. Była ona wtedy ruchem twórczym, który rzeczywiście walczył o coś zupełnie nowego, o inne rozumienie muzyki. Później mieliśmy już do czynienia z nurtami epigonalnymi, ale ta nasza, autentyczna awangarda stała się czymś szalenie ważnym dla rozwoju muzyki światowej.

– Nie tylko dla europejskiej?
– Nie, co dobrze widać także w innych rejonach świata. Np. jeżdżę teraz dość często na Wschód. Chińczycy, którzy przez ostatnie co najmniej 70 lat nie mieli żadnej możliwości pisania muzyki awangardowej, teraz wracają do naszej awangardy z lat 50. i 60. – co mnie bardzo cieszy, bo oznacza, że ta muzyka znajduje jeszcze i dziś swoje miejsce.

Kropka nad i

– A co nas może czekać w przyszłości? Nie brakuje opinii, że wszystko już było, więc także w dziedzinie muzyki skazani jesteśmy na powtórki.
– To fakt, że chyba wszystko już było – ale myślę, że technologia popchnie jednak muzykę do przodu. Chociażby komputer, myślenie komputerowe… To jest coś dla mnie zupełnie obcego, ja ani nie znam komputera, ani nawet nie chcę go poznać. Ciągle piszę ręcznie, zawsze komponuję muzykę tak, jak komponowałem 50 lat temu, jak moi koledzy – kompozytorzy 100 lat temu i 200 lat temu. No, ale ja już jestem w tej generacji, która odchodzi. Myślę więc, że jeśli miałaby powstać muzyka nowa, jeśli w ogóle zostało jeszcze coś do odkrycia w muzyce, to tylko dzięki kwestiom technicznym.

– Proszę nas nie straszyć tym odchodzeniem. Verdi, który urodził się dokładnie 120 lat przed panem, w wieku 80 lat skomponował jeszcze wspaniałą operę „Falstaff”.
– No nie, ja nie zapowiadam, że odejdę od razu. Jednak gdy ma się już prawie 80 lat, to człowiek zaczyna sobie myśleć, że chyba należałoby postawić jakąś kropkę nad i. Trzeba w ogóle być wdzięcznym za to, że w tym wieku jeszcze można normalnie działać, pisać, komponować. Wielu moim kolegom mającym mniej więcej tyle samo lat już nie jest to dane, często od dawna nic nie piszą.

– Czemu więc przypisać to, że pan zachował taką aktywność twórczą i życiową?
– Ja nie siedzę w pantoflach z flaszką piwa przed telewizorem. Dzięki temu, że żyję na zewnątrz, pracuję w ogrodzie, jeżdżę, dyryguję, ruszam się, wciąż mam jeszcze energię.

– A co miałoby być tą wspomnianą przez pana, rozumiem, że artystyczną, kropką nad i?
– Ja panu powiem – jakbym wiedział, tobym tak zaczął pisać… Ale nie wiem. To jest wciąż wielki znak zapytania.

Pomysły na życie

– Czy odpowiedzi może udzielić natchnienie? Czeka pan na nie czy może samo się zjawia, gdy zasiada pan do komponowania?
– Zacząłem podejmować próby komponowania, kiedy miałem sześć lat. W każdym razie wtedy powstała pierwsza moja kompozycja, którą pamiętam i którą zapisałem – bo jeszcze wprawdzie pisać nie umiałem, ale znałem już nuty. I właściwie od tego czasu komponuję. Nigdy nie robiłem większych przerw – może w czasach studenckich, ale później już nie. Tak więc to jest jakiś nawyk, ja nie czekam na natchnienie, ja siadam i piszę. Natchnienie przychodzi – razem z ręką.

– Zawsze tak się dzieje, kiedy tylko zaczyna pan zapisywać nuty?
– Nie mogę powiedzieć, że to jest jakiś automatyzm. Jeżeli jednak nie miałoby się nic do powiedzenia, żadnych pomysłów, no to nie jest się kompozytorem. Nie trzeba wymyślać, szukać. Te pomysły trzeba mieć w głowie, opisywać to, co człowiek słyszy. Wtedy komponowanie staje się bardzo proste.

– Nawet dla sześciolatka? Skąd się bierze taki dar już w bardzo młodym wieku?
– Niektóre podobne zdolności, np. talenty matematyczne czy szachowe – przecież są dzieci szachiści, które mając po pięć, sześć lat, wyśmienicie grają – mogą bardzo szybko i bardzo wcześnie się rozwijać. Muzyczne również. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich uzdolnień. Nikt przecież w wieku sześciu lat nie zostanie pisarzem – ale może już zacząć komponować.

– Zgódźmy się jednak, że to ewenement. Z pierwszymi kompozycjami tworzonymi w wieku sześciu lat należy pan do nader nielicznego grona. Jeszcze mniej jest tych, którzy komponowali także później, po osiągnięciu dorosłości.
– Na szczęście miałem rodziców, którzy bardzo popierali mój rozwój muzyczny. Dziadek siedział ze mną, płacił mi za każde przedłużenie ćwiczeń o 10 minut. Rodzice i dziadkowie podtrzymywali mnie, to dzięki nim zostałem kompozytorem – co wcale nie było oczywiste, bo miałem i różne inne zainteresowania. Np. dobrze rysowałem, mogłem pójść na Akademię Sztuk Pięknych. W wieku kilkunastu lat miałem także rozmaite głupie pomysły na temat tego, kim ja będę. Moi rodzice zawsze jednak sprowadzali mnie na ziemię.

Ogród jak symfonia

– Pewnie mógłby pan też zostać znakomitym ogrodnikiem. Czy ciągle rozwija pan swój ogród w Lusławicach?
– Z ogrodem w Lusławicach jest trochę tak jak z pisaniem wielkiej partytury w symfonii – niedokończonej jeszcze, ale prawie gotowej, kiedy widoczny jest już jej ostateczny kształt. Mój ogród też jest już prawie skończony, cała jego koncepcja została zrealizowana. Oczywiście, zawsze będę coś poprawiał, wymieniam niektóre drzewa i krzewy – przecież to już prawie 40 lat. Teraz jednak zajmuję się przede wszystkim pracami uzupełniającymi. Ogród ma dwadzieścia kilka hektarów, to nie jest mały obszar.

– Ile drzew w życiu pan posadził?
– W Lusławicach są posadzone tysiące drzew. Kiedyś liczyłem – rośnie tam prawie 1,6 tys. gatunków, to jest naprawdę wielka kolekcja dendrologiczna. Niedawno miałem przyjemność gościć dendrologów z Anglii – to przecież najwyższy poziom w Europie, a pewnie i na świecie – no i byli zachwyceni moim ogrodem.

– Czy już nie ustępuje ogrodom królowej brytyjskiej?
– No nie, może jeszcze trochę ustępuje – ale to, co może rosnąć w naszej strefie klimatycznej, ja już mam. W ogrodzie trwają przede wszystkim prace konserwacyjne. W Lusławicach mam już jednak następny projekt, którym się teraz zajmuję – to Europejskie Centrum Muzyczne…

– …imienia Krzysztofa Pendereckiego.
– Mojego imienia, ale to jest instytucja państwowa, ministerialna, a nie prywatna. Ludzie niestety często to mylą, uważają, że skoro centrum znajduje się w Lusławicach, to znaczy, że jest moje. Nie, ono należy do państwa, ja natomiast dałem trochę ziemi. Zaczęliśmy budować salę koncertową i hotel. Będzie to ośrodek kształcenia zdolnych ludzi, instrumentalistów.

– Czy kompozytorów też?
– Nie, kompozytorów nie da się wykształcić, kompozytorem przede wszystkim trzeba się urodzić. Jak ktoś się urodzi kompozytorem, to jakoś sobie poradzi… W Europejskim Centrum Muzycznym chcemy jednak stworzyć instytucję kompozytora rezydenta, zgodnie z formułą istniejącą na świecie. Taki kompozytor przebywa na miejscu, ma możliwość pracowania z instrumentalistami. W każdym roku w centrum powstanie orkiestra kameralna, która będzie dawała koncerty. Kompozytor uzyska zaś możliwość nauki, bo to, co napisze, od razu usłyszy w wykonaniu tej orkiestry. To najlepszy sposób.

– Czy pan się uczył podobnymi metodami?
– Ja się nauczyłem nie w szkole muzycznej, lecz dlatego, że jako student pisałem muzykę dla teatru i filmu. Zarabiałem sobie dzięki temu – wieczorem pisałem, a na drugi dzień nagrywałem to z instrumentalistami. W ten sposób nauczyłem się wszystkiego.

– Pewnie wielu kompozytorów chciałoby w ten sposób doskonalić swoją sztukę.
– Ale nie każdy mógł, bo trzeba było dobrze pisać. Wtedy po raz kolejny dostawało się engagement.

W cichej opozycji

– Panie profesorze, artyści też mają poglądy polityczne. Jak pan ocenia, nazwijmy to, przemiany polityczne ostatnich lat w Polsce.
– Ja staram się raczej nie angażować w politykę. Nigdy nie należałem do żadnej partii. Zawsze byłem w jakiejś cichej opozycji – i teraz tak samo. Jak patrzę na tych oszołomów, którzy tutaj są w polityce, to też raczej jestem w opozycji.

– „Oszołomy” to już termin z historycznym rodowodem, liczący wiele lat.
– Ale oczywiście w dalszym ciągu jak najbardziej aktualny. To jest to samo. Przecież natury Polaków nie można zmienić. Oszołomstwo zawsze będzie.

– Rozmawiamy przed świętami. Czego mógłby pan życzyć czytelnikom „Przeglądu”?
– Życzę, żebyśmy wszyscy mogli żyć w mądrzejszej Polsce. Chciałbym, żebyśmy mieli radość z tego, że tworzymy coś nowego, coś, co tu zostanie. I żeby ludzie w naszym kraju mogli godnie żyć i godnie umierać. Żeby mieli opiekę zdrowotną na odpowiednim poziomie, bo w tej chwili wszystko to jest na wodzie pisane. Życzę też, żebyśmy po prostu żyli w spokojniejszych czasach, bo w ciekawych czasach już żyliśmy przez ostatnie ponad 50 lat.

– A ja chciałbym życzyć panu zdrowia, wielu sukcesów i wciąż takiej energii.

Krzysztof Penderecki – kompozytor, dyrygent, profesor. W 2005 r. został odznaczony orderem Orła Białego, w 2009 r. otrzymał Złote Berło kultury polskiej.

Wydanie: 51-52/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy