Rozmaitości Eryka Lipińskiego

Rozmaitości Eryka Lipińskiego

Kierowałem się w życiu tym, żeby w sposób niepoważny robić rzeczy poważne

Wiele osób uważało (i uważa), że jestem tylko żartownisiem, kawalarzem, który dla dowcipu sprzeda własną matkę. Nie będę ukrywał, że jako człowiek z natury pogodny, rzeczywiście lubię żarty, śmiech, kawały, dowcipy, choć w chwilach wolnych od robienia kawałów starałem się robić też inne, mniej lub bardziej pożyteczne rzeczy. Ale zawsze z uśmiechem. Żeby jednak tę opinię o sobie podtrzymać, opisuję tu kawały, które robiłem lub które mnie robiono. Oczywiście tylko niewielką ich część. Największą radość sprawił mi kawał zrobiony Jurandotom, bez mego zupełnie udziału. Zadziałały sama moja opinia i magia nazwiska.

Kierowałem się w życiu tym, żeby w sposób niepoważny robić rzeczy poważne, w przeciwieństwie do tych (a jest ich bardzo, bardzo wielu), którzy w sposób poważny robią rzeczy niepoważne. (…)

Pewnego razu, przed rokiem 1939, w jednej z warszawskich prawicowych gazet został zaatakowany mój przyjaciel, Eliasz Kanarek, przy czym wytknięto mu, że jest z pochodzenia Żydem. Kiedy po kilku dniach spotkałem go w kawiarni Napoleonka, witając się, powiedziałem ze smutkiem:

– Elek, dowiedziałem się, że jesteś Żyd, a tak cię lubiłem… (…)

Był to rok 1945. Szedłem z Władysławem Daszewskim dość ciemną ulicą Marszałkowską, gdy w mdłym oświetleniu nagle zobaczyłem byłego esesmana z obozu oświęcimskiego, zwanego Perełką. Był oczywiście po cywilnemu, ale nie miałem wątpliwości, że to jest właśnie on. Miał charakterystyczne małe, czarne oczy, stąd przezwisko. Wyrżnąłem go w gębę, wołając do przechodniów, którzy nas otoczyli, że to jest jeden z oświęcimskich katów. Wkrótce zjawił się milicjant i zaprowadził nas do hallu hotelu Polonia. Tam „Perełka” zawołał: – Ta, za co pan mnie bijesz, ja repatrian zza Buga!

W pełnym świetle zobaczyłem swoją pomyłkę. Zaprosiłem więc go na kolację, ale uprzedziłem, że jeszcze nieraz może mieć duże przykrości, gdyż jego podobieństwo do „Perełki” jest uderzające.

Karol Małcużyński jako młody, początkujący dziennikarz, korespondent „Robotnika” pojechał w roku 1945 na proces norymberski. Starsi koledzy dziennikarze bardzo się zżymali, że taki smarkacz… Ale czas pokazał, że wybór był słuszny. Małcużyński z czasem stał się jednym z naszych najlepszych dziennikarzy specjalizujących się w polityce zagranicznej, a telewizja, w której raz na tydzień prowadził przegląd wydarzeń międzynarodowych, ogromnie go spopularyzowała.

W Norymberdze Karol zaprzyjaźnił się z niejakim Leonardem, który był radiotelegrafistą agencji RCA. Leonard, obywatel amerykański, z pochodzenia Węgier, odznaczał się dużą łysiną i dobrze grał w ping-ponga.

Do Warszawy wróciłem przed Małcużyńskim. Ponieważ poczta w roku 1946 kursowała bardzo nieregularnie, każdy z powracających przywoził listy do rodzin, korespondencje do prasy, ustne polecenia. Opowiadaliśmy też o procesie i okupowanych Niemczech. Jedną z moich opowieści była historia romansu Karola Małcużyńskiego z piękną panną Leonard, w której – według mojej relacji – był zakochany po uszy i cały wolny czas spędzał w jej towarzystwie. Dodawałem różne pikantne szczegóły. Ale wyjaśniałem, że jak Karol wróci, to na pewno będzie opowiadał, iż Leonard to łysy Węgier, z którym grywał w ping-ponga. Oczywiście moje informacje dotarły też do narzeczonej Małcużyńskiego.

Po paru miesiącach Karol zjawił się w Warszawie i naturalnie przyjaciele zaczęli go zagadywać o piękną pannę Leonard. Zdumiony Karol wyjaśniał, że to nie panna, z czym się raczej zgadzano, tylko łysy Węgier, z którym grywał w ping-ponga. W tym momencie rozmowa się kończyła, bo każdy, krztusząc się ze śmiechu, uciekał. Potem mrugano do Karola porozumiewawczo, pytano go, jak tam łysy Węgier, i robiono rozmaite żarciki na temat ping-ponga.

Ale kiedy i narzeczona Karola przyjęła go chłodno, sprawa zaczęła się komplikować. Wreszcie przyznałem się do żartu, ale miałem wrażenie, że większość wspólnych znajomych uważała istnienie panny Leonard za fakt, a moje późniejsze zapewnienia, że to był łysy Węgier, składano na karb męskiej solidarności. A Węgier rzeczywiście grał w ping-ponga zupełnie nieźle, chociaż pamiętam, że z Karolem i ze mną przegrywał.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 15/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy