Morderca na ambonie

Morderca  na ambonie

Nadinteligentny psychopata z “Milczenia owiec” wraca na ekrany

“Hannibal ante portas”. Doktor Hannibal Lecter – nadinteligentny kanibal z “Milczenia owiec” – po raz kolejny zogniskuje na sobie masową wyobraźnię. W lutym na ekrany kin wchodzi “Hannibal” w reż. Ridleya Scotta, nakręcony według powieści Thomasa Harrisa, kontynuacja “Milczenia owiec” – oczywiście, z Anthonym Hopkinsem w roli tytułowej. Od połowy ubiegłego roku można już przeczytać po polsku powieściowy pierwowzór filmu. Nadinteligentny psychopata wyparł w latach 90. z ekranów bohaterów z okresu zimnej wojny, z Bondem na czele. Masowa publiczność, zawsze spragniona taniego moralizatorstwa, słucha teraz najchętniej seryjnego mordercy, który uważa siebie za produkt społeczeństwa skoncentrowanego na konsumpcji.
Hannibal to już znacznie więcej niż tylko element kryminalnej zagadki. To nosiciel mądrości, mentor. Co ważniejsze: to uczestnik skomplikowanej gry moralno-policyjnej, w której nagonka, myśliwi i ofiara wydają się jednakowo

unurzani w nieprawości.

Pogoń za pieniędzmi, karierą i władzą wszystkich jednakowo odczłowieczają.
Oto najbardziej zajadły myśliwy, potentat w branży mięsnej Mason Vegner – do skrajnego kalectwa doprowadziły go własne głodzone psy, które poszczuł na niego doktor Lecter. Jego sadyzm bywa hurtowy i perwersyjny. Kolosalne zyski czerpie z masowego uboju bydła hodowanego i gładzonego w trybie wyjątkowo “oszczędnym” i okrutnym. Do drinków dodaje krople łez, które jego asystent zbiera z policzków sierot doprowadzanych przez okaleczonego magnata do rozpaczy w trakcie “rozmów wychowawczych”. Przykład z Europy. Rinaldo Pazzi, potomek starego włoskiego rodu, szef florenckiej policji, który przypadkiem zdemaskował ukrywającego się doktora Lectera, wcale nie zamierza go schwytać i uwięzić. Zamierza go korzystnie sprzedać jako jeszcze jeden egzemplarz bydła rzeźnego.
Zanika także podział na sprawiedliwych policjantów i nikczemnych złodziei. FBI, główny myśliwy, to kłębowisko karierowiczów, gotowych sprzedać wszystkich i wszystko za kolejny szczebelek w karierze. Także własnych podwładnych. Cmentarz w Arlington, położony obok Centrali, okazuje się miejscem pochówku ofiar egoizmu i niekompetencji kierownictwa. Tyle tylko, że – jak to zwykle bywa w powieści z udziałem amerykańskich policjantów – na najniższym szczeblu służbowym pracują funkcjonariusze, na których uczciwej pracy opiera się gmach służby publicznej. Funkcjonariusze przeklinają biurokrację, lecz stają murem w obronie wartości: “Crawford i Starling przypominali misjonarzy, którzy nie zajmują się teologią, lecz koncentrują na chorym dziecku”.
A oto obsada drugiego planu tej gry. Sadystyczny koniec szykuje doktorowi Lecterowi grupa sardyńskich porywaczy, którzy mijając figurę Madonny, kreślą na czole znak krzyża, ale utrzymują się ze ściągania okupu od rodzin porwanych, którym

obcinają po kawałku ciała.

Egzekucję ściganego doktora ma rejestrować producent filmów porno, który nie wzbrania się przed utrwaleniem sceny pożerania ludzi przez specjalnie w tym celu sprowadzone odmiany świń. A trzeci plan? To statyści – równie pogrążeni moralnie, tyle że bardziej strachliwi. To oni drzwiami i oknami wciskają się na obwożoną po całej Europie wystawę “Okrutne narzędzia tortur”, gdzie w ramach tajonej erotycznej perwersji ocierają się o sprzęty, na których ich przodkowie oddawali życie w nieopisanych cierpieniach.
A sam Lecter? To typ współczesnego “übermenscha” – wyzwolonego z zasad powszechnie akceptowanej moralności, zajętego zaspokajaniem własnych wysublimowanych potrzeb. Głęboko w pogardzie ma ludzkie “mięso”, zajęte dopieszczaniem własnych ambicji, dygocące w strachu przed utratą pozycji i pieniędzy. A jednocześnie delektuje się bukietem najwyższej klasy doznań, jakie ludzkość wygenerowała w trakcie tworzenia swego “dorobku kulturalnego”. Smakuje florencki pejzaż, “Wariacje Goldbergowskie” Bacha i zapachy z najbardziej wykwintnych perfumerii. Ten dandys seryjnej zbrodni ma na wyposażeniu cały arsenał środków i umiejętności, jakimi dysponował James Bond. Równie płynnie przenika na zastrzeżone strony internetowe FBI, jak dziurawi tętnice przygodnemu rzezimieszkowi. W jego osobie masowa publiczność otrzymuje składankę motywów od dawna zadomowionych w kulturze wysokiej. Przez Lectera prześwituje zarówno Musilowski “człowiek bez właściwości”, jak i “immoraliści” André Gide’a, a także cała parada figur hitlerowców. Świat duchowy Lectera ukształtowało bowiem wojenne dzieciństwo, spędzone na Litwie zajętej przez głodującą armię hitlerowską. Kiedy zimą zabrakło prowiantu i zwierząt w okolicznych lasach, hitlerowscy żołnierze uprowadzili, zamordowali i zjedli jego młodszą siostrę. Dorosły Lecter odpłaca światu tym samym:

ludzie to mięso,

a kultura jest po to, by się nim w sposób jak najbardziej wyrafinowany i przyjemny posługiwać i żywić. Także dosłownie. Kiedy zabija myśliwego, który nielegalnie ubił jelenia, oprawia go tą samą metodą, jaką zastosował do zwierzęcia.
I tu dopiero zaczyna się prawdziwy problem, który bardzo zresztą zręczny autor popularnej powieści wziął na swoje zbyt wątłe barki: cóż począć ze skrajnie egoistycznym konsumpcjonizmem, którego efektem są seryjne mordy? Wyrzucić poza moralny nawias? Skazać na publiczne potępienie i wrócić za własne biurko? No tak, ale zamordować można nie tylko nożem w zaułku. Gierki Lectera z FBI pokazują, że równie łatwo można zabić człowieka, zamykając mu drogę do kariery, wysyłając na nie przygotowaną operację, czy szczując przeciw niemu media. W powieści nieustannie ktoś kogoś zabija w ten właśnie sposób. Tyle że czyni to w sposób skrajnie mało wyrafinowany, w dodatku w pośpiechu, co śmierć jego ofiary pozbawia resztek godności. Na tym tle Lecter, który dla każdej ofiary obiera odpowiedni nóż, to artysta, dedykujący ofierze nawet pewną dozę zawodowej czułości.
Nic dziwnego, że Hannibal, który morduje otwarcie, w dodatku z niedoścignioną fantazją, ściąga swego rodzaju przychylne zainteresowanie. Zarówno w świecie powieści, jak i poza nim. W książce jest obiektem masowej adoracji fanów. Hannibal stał się bożyszczem Internetu. Na jednej z rodzimych stron internetowych poświęconych najnowszej powieści Thomasa Harrisa można było, obok wielu podobnych, przeczytać opinię: “Może i psychol, ale pomysł miał niezły. Ten świat i tak jest przeludniony”.

Wydanie: 5/2001

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy