Mury i koty

Mury i koty

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Konfrontacja z miastem, o którym czytałem przez całe życie i o którym sam wielokrotnie pisałem, wypadła bez specjalnych niespodzianek. Albo na odwrót – cała była jedną, nieustanną niespodzianką. I jedno, i drugie jest prawdą. Znałem przecież wszystkich chyba kronikarzy Rzymu, czytałem bezmierną ilość książek o jego historii i zabytkach, ale nie sądziłem, że jest tego tak przerażająco wiele. Swoją gęstością Rzym przypomina Londyn, ale jest od niego o wiele bardziej tłoczny. Paryż został ostatecznie zakomponowany w XIX w. przez Haussmanna, Rzym próbowano uporządkować już w czasach bardzo nowożytnych. I chyba się nie udało, wyszła z tego ostatecznie jedna aleja poprowadzona przez starożytne centrum. Prawdopodobnie takich prób było więcej, od czasów Romulusa, poprzez przebudowy konsulów, cezarów, papieży. Nic się nigdy nie dało definitywnie zrobić. Po prostu już od prapoczątków budowano “za wiele”, każda przebudowa musiała być kompromisem z tym, co już istniało, a było z różnych względów nietykalne.
Nawarstwiały się różne style, ponieważ jednak stale wracano do przeszłości antycznej, nie można dzisiaj powiedzieć, czy coś ma lat sto, dwieście, czy może dwa tysiące. Miasto było ogromne już w starożytności, już wtedy na starych fundamentach piętrzyły się nowe mury, pod starymi lochami drążono nowe, powstawała wielopiętrowa mozaika, nigdy do końca nie zbadana. Dzisiaj, po kolejnych tysiącach lat działalności budowlanej, powstał niedocieczony labirynt wąskich uliczek, zaułków, placyków, schodów. Nie wystarczy być w Rzymie raz, za mało i dziesięć razy. Nawet rzymscy taksówkarze nie wszędzie trafią – przekonałem się o tym na własnej skórze.
Plany i przewodniki po Rzymie zwyczajnie kłamią albo się plączą, bo na dobrą sprawę należałoby opisać i skomentować co drugi kamień, a to po prostu niemożliwe. Miasto, które ma około trzech tysięcy lat, trzeba by zwiedzać z encyklopedią w plecaku, a i to mogłoby trwać całymi latami. Nic dziwnego, skoro w każdym niemal kościele rzymskim jest więcej arcydzieł niż w całej Polsce… Najwłaściwszą metodą było chodzenie na chybił-trafił po mieście, a chybić raczej nie sposób, skoro właściwie wszędzie jest coś niezwykłego. “Obowiązkowy” program zwiedzania obejmuje jakieś 20, 30 miejsc, ale wystarczy na przykład zboczyć od szlaku Piazza Navona – Panteon – di Trevi, żeby znaleźć się na nawet nie zaznaczonym na planie placyku di Pietra i zobaczyć 11 wspaniałych, korynckich kolumn antycznych, wbudowanych w ścianę Bóg wie jakiej budowli, a i sam czort nie wie, kiedy pobudowanej. Takich placyków i prastarych murów wprost zliczyć nie sposób.
Nie mogę więc powiedzieć, że coś ze zwyczajnego repertuaru turystycznego zrobiło na mnie szczególne wrażenie, bo dawno wszystko widziałem na fotografiach. Najbardziej może wzruszyły mnie schody Kapitolu, bo od dziecka znam ten wiersz Horacego, w którym zapowiada swą nieśmiertelność “Dopóki na Kapitol będzie wstępował arcykapłan z milczącą dziewicą” – Dum Capitolium scandet cum tacita virginae pontifex. Inni dzisiaj bogowie, inne świątynie, ale wiersz Horacego się ostał. To wstrząsające wrażenie.
Antycznych ruin trzymają się koty. Nie wiem, kiedy przywędrowały do Rzymu, może razem z Kleopatrą, może już wcześniej. Prawdę powiedziawszy, spotyka się je również w rejonach ściśle chrześcijańskich, o ile taki podział jest w Rzymie w ogóle realny. Cóż, kot był niegdyś zwierzęciem-bogiem, przez chrześcijaństwo zdetronizowanym, ale wielkodusznie nie dba o to. Koty są najprawdopodobniej bezpańskie, ale nie wyglądają na wychudzone. Czy sami Rzymianie je karmią, czy może turyści, nie wiem. Dość, że nie boją się ludzi, a właściwie to nawet nie żebrzą, ale majestatycznie pozwalają się pieścić. Są, było nie było, spadkobiercami wielkiej historii nie gorzej niż sami ludzie. Być kotem w Rzymie, to bardzo odpowiedzialna rola, podejrzewam, że o wiele istotniejsza, niż nam się wydaje.

Wydanie: 17/2001

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy