Powrót giganta

Powrót giganta

Ingmar Bergman znów w kinach

Wielkość Ingmara Bergmana polega przede wszystkim na tym, że jest on chyba jednym z ostatnich twórców kina, który zadaje widzowi pytania. Tę opinię wyraził pewien młody widz po seansie „Siódmej pieczęci”, która w ostatni piątek miała swoją kinową premierę. Zaraz, zaraz – premierę? Właśnie tak.
Gutek Film, bodaj jedyny polski dystrybutor, któremu leży na sercu tzw. ambitna sztuka, od jesieni wprowadza do kin największych polskich miast filmy szwedzkiego mistrza w odnowionych cyfrowo kopiach. Dotychczas obejrzeliśmy już „Tam, gdzie rosną poziomki”, „Personę” i „Źródło”, przed nami jeszcze sześć wielkich jego dzieł. Przegląd „W zwierciadle Bergmana” potrwa do czerwca, kiedy to na ekrany trafi „Jesienna sonata”.
Zdawać by się mogło, że w gruncie rzeczy jest to

marsz z motyką na słońce.

Wskrzesić giganta europejskiego kina, który zakończył karierę filmową na początku lat 80. filmem „Fanny i Alexander” (nazywając wówczas przemysł filmowy „bandą rzeźników”), w sytuacji gdy od jego czasów zmieniło się wszystko – i kino, i widownia, i rzeczywistość? Jednak, a może właśnie dlatego, że współczesny świat stoi na głowie, a wiele ponurych bergmanowskich proroctw spełnia się na naszych oczach, akcję Gutka trzeba już dziś uznać za udaną. Widownia dopisuje, filmy, choć wypuszczane w jednej czy dwóch kopiach, krążą po polskich kinach, a młodzi ludzie mają okazję poznać (starzy zaś odświeżyć sobie) twórczość jednego z najbardziej pesymistycznych, przenikliwych i zagadkowych artystów XX w.
Organizatorzy przeglądu nie kryją, że postanowili odświeżyć Bergmana jako twórcę szczególnie dziś aktualnego, biorąc pod uwagę kryzys wiary, zachwianie fundamentalnych wartości moralnych, pogłębiającą się degrengoladę więzi międzyludzkich, globalny chaos, w którym człowiek – główny podmiot obserwacji autora „Milczenia” – miota się i na ogół przegrywa. O ile bowiem we współczesnym świecie mieszczański system wartości, załgany i pusty, wyniesiony został do rangi ustęsknionej reguły, o tyle kino Bergmana poddaje go analizie, polemizuje z nim, a ostatecznie wstrząsa jego podstawą i szokuje.
Ot, choćby słynna partia szachów, jaką Rycerz, bohater „Siódmej pieczęci”, rozgrywa ze Śmiercią, przenosi nas w świat wypartej ze społecznej świadomości refleksji filozoficznej i – zmusza do spojrzenia na fundamentalną dla człowieka kwestię bynajmniej nie w krzywym zwierciadle. Ale przecież Bergman, choć kreuje się go na chłodnego myśliciela,

dotyka przede wszystkim ludzkiej intymności,

jej najciemniejszych zakamarków. Przeraźliwe milczenie Boga; zło, które nosimy w sobie; samotność zalepiana martwotą związków bez pragnienia; dzieciństwo jako raj utracony; przeznaczenie, od którego nie uciekniemy; egoizm, bożek każdego z nas; dramat przeszłości rodzinnej, która determinuje nasz los – o tym wszystkim mówi twórca „Szeptów i krzyków”, psując nam dobre samopoczucie.
„Moja sztuka zaczyna się od tego, że aktor schodzi do salonu, dusi krytyka i czyta na głos z czarnej książeczki zapiski robione pod wpływem upokorzeń. Potem wymiotuje na publiczność. Następnie wychodzi i strzela sobie w łeb”, pisał Bergman w „Dzienniku roboczym” z 1964 r. Jako wizjoner, który swoje piętno odcisnął także na teatrze, wyprzedził więc nawet dzisiejsze stójki z przewieszką scenicznych performerów, za których działaniami kryje się często intelektualna pustka. I także dla takich wstrząsów warto do Bergmana wrócić lub go poznać. Szkoda, że w przeglądzie zabraknie filmu „Jajo węża”, wstrząsającej wizji rodzącego się faszyzmu; temat – wystarczy się rozejrzeć – jak najbardziej aktualny.
W tym roku wielki reżyser skończy 89 lat. Mieszka na szwedzkiej wyspie Farö, od dawna nie realizuje filmów, jednak przez ostatnie lata robił wszystko,

by nie dać o sobie zapomnieć

– reżyserował w teatrach, wydawał książki, pisał scenariusze – na podstawie jednego z nich jego ulubiona aktorka i wieloletnia partnerka życiowa, Liv Ullmann, zrealizował świetny obraz „Wiarołomni”. Przyznać trzeba, że miał bujne życie: kontrowersyjne, trudne, ostre, także jeśli chodzi o związki z kobietami. Oskarżano go o machlojki podatkowe, przylgnęła do niego etykieta „potwora”, wzbudzał skandale, jak wtedy, gdy ostro skrytykował sztukę Moliera, którą sam reżyserował, gdyż nie spodobała mu się gra aktorów podczas ostatniego przedstawienia w sztokholmskim teatrze, więc zakazał wystawienia jej w Ameryce, racząc za to tamtą publiczność „Iwoną, księżniczką Burgunda” Gombrowicza.
„Będę pisał tak długo, jak będę żył – wyznał przed kilku laty. – Powiem jak mój przyjaciel, 82-letni reżyser po dwóch zawałach: jedyną rozsądną alternatywą dla sceny jest kostnica”… Na razie zajrzyjmy do kina.

 

Wydanie: 2/2007

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy