Milczenie królików – Rozmowa z Bartoszem Konopką i Anną Wydrą

Milczenie królików – Rozmowa z Bartoszem Konopką i Anną Wydrą

Rozmowa z Bartoszem Konopką i Anną Wydrą, twórcami filmu „Królik po berlińsku” nominowanego do Oscara

„Królik po berlińsku” to metafora postaw ludzi żyjących za żelazną kurtyną. Ludzi, którzy nie mogą odnaleźć się w wolnym świecie. Wolność dla nich jest ograniczeniem

„Opowieść o tysiącach dzikich królików, które zamieszkiwały strefę śmierci Muru Berlińskiego. Pas ziemi między dwoma murami był jakby „stworzony” dla tych zwierząt – pełno nietkniętej trawy, drapieżniki zostały za murem, strażnicy pilnowali, żeby żaden człowiek nie „zakłócał” spokoju królików. Przez 28 lat żyły tam zamknięte, ale bezpieczne. Niestety pewnego dnia mur runął, a króliki musiały poszukać dla siebie nowego miejsca. Film jest alegorią przybliżającą dzieje Europy Wschodniej z „króliczej” perspektywy”.
Takimi słowami wita użytkowników strona internetowa www.krolikalaberlin.com poświęcona naszemu tegorocznemu kandydatowi do Oscara, dokumentalnemu filmowi „Królik po berlińsku”. Niespełna godzinny dokument w alegorycznej konwencji życia króliczego stada opisuje historię muru berlińskiego, życia podzielonego miasta i jego mieszkańców. Uniwersalna formuła bajki pozwoliła twórcom osiągnąć coś więcej niż tylko faktograficzną relację minionych dziejów. Film urósł w przetłumaczalną na wszystkie języki świata ponadczasową przypowieść o ludzkiej egzystencji. Podobnie jak podzielony murem na dwie części Berlin, człowiek wobec świata przyjmuje schizofreniczną postawę. Z jednej strony, kosztem wielu swobód wybiera wygodę domowych kapci i komfort złudnego bezpieczeństwa, z drugiej, ciągle dąży do wolności, z którą, kiedy się pojawi, nie potrafi sobie poradzić. Film zdobył wiele międzynarodowych nagród i uznanie krytyków filmowych na całym świecie. Przede wszystkim jednak porusza widzów i skłania do stawiania sobie trudnych pytań. W końcu idea muru jest wciąż aktualna. Podzielona jest Jerozolima, w miastach powstają getta ubogich mieszkańców, odgradzają się od świata polskie współczesne osiedla. W przewrotny sposób życie berlińskich królików opisało czterech młodych twórców. Bartosz Konopka – reżyser, Anna Wydra – producentka, Piotr Rosołowski – operator i Mateusz Romaszkan – montażysta. Każdy z nich i wszyscy razem wnieśli swój mały wkład w rozwój projektu, dzięki czemu film brzmi jak głos całego pokolenia. Pokolenia ery internetu, otwartego na świat i zdecydowanego przekraczać granicę wygodnego i konsumpcyjnego stylu życia.

– Alegoria ma w sztuce europejskiej długą tradycję: Ezop, La Fontaine, Krasicki, Orwell. Czy naiwną bajką można opowiedzieć wielką i tragiczną historię?
Bartek Konopka: – U mnie alegoria trafia na podatny grunt, to takie szukanie wyrazistości w filmie, a szczególnie w dokumencie. Krzysztof Kieślowski mówił, że fabuła opowiada się według następstwa wypadków, które są ze sobą ściśle powiązane, a dokument – według myśli autora. Dlatego lubię robić dokumenty, gdzie można sobie na wiele pozwolić. Paradoksalnie jest to sztuka, która daje więcej swobody. To nie było tak, że kombinowaliśmy zrobienie jakiejś bajki, bo ma długą tradycję, pociągające było to, że do tej pory nikt w dokumencie nigdy z niej nie korzystał. Mnie szczególnie zainteresowało opowiedzenie w krótkim czasie długiej i skomplikowanej historii muru. Gdybyśmy chcieli opowiedzieć ją zgodnie z chronologią i trzymając się ściśle faktów, jej przedstawienie w filmowym czasie byłoby niemożliwe, wręcz niemądre. Nie chcieliśmy osiągnąć poziomu szkolnej czytanki. Perspektywa świata zwierząt pozwoliła nam inaczej ująć historię muru. Opowiadamy już inną historię, z innego punktu widzenia, kiedy widz zna historyczny kontekst.

Bezpieczeństwo za cenę izolacji

– O czym opowiada wasz film?
BK: – Główna myśl była taka, żeby opowiedzieć o murze berlińskim w jakiś zgrabny sposób. To, co nas, Polaków, może w niej pociągać i co nas z Piotrem i Anią zainteresowało, w końcu to nie jest nasza historia, to pewien uniwersalizm doświadczenia izolacji, świadomego zamknięcia się na świat, żeby osiągnąć poczucie bezpieczeństwa. Próbowaliśmy w wyobraźni dostrzec w królikach ludzi, których znamy, naszych rodziców, znajomych, całe to starsze pokolenie pamiętające tamte czasy. Ludzi, którzy nie mogą dzisiaj odnaleźć się w wolnym świecie. W świecie po transformacji. Dlaczego ci ludzie wycofują się z życia, dlaczego ta wolność, w której każdy może robić, co chce, dla nich jest ograniczeniem?

– Doświadczenie ludzi z Zachodu jest jednak inne. Jak oni odbierają wasz film?
Anna Wydra: – W historii świata, jak wiadomo, powstawało wiele dziwnych systemów. To przecież jest absurdalne. Jednego dnia stawia się mur, odgradza się część miasta i wmawia ludziom: teraz macie żyć tak. Ten mur jest dla waszego dobra. Film jest o tym, jak na takie sytuacje reagujemy, co się z nami dzieje w takim dziwnym i egzotycznym świecie. Zauważyłam, że im dalej na Zachód, w Stanach czy w Kanadzie, ludzie w ten właśnie sposób odczytują ten film. To już nie jest dla nich tylko i wyłącznie podręcznikowa historia. Oczywiście zastanawiają się, dlaczego ten system powstał, dlaczego tak długo trwał, dlaczego ludzie uwierzyli, że to jest dobre, dlaczego nagle przestali w to wierzyć, co się stało, kiedy system upadł, i dlaczego nie potrafimy się w nim znaleźć. Jednak metaforyczne ujęcie tamtych czasów skłania do aktualnych refleksji. Grażyna Torbicka podpowiedziała, że dla Amerykanów króliki mogą być zamkniętymi w rezerwacie Indianami albo czarnymi mieszkańcami nowojorskiego getta.

– Dla mnie film mógłby być komentarzem do współczesnych polskich osiedli mieszkaniowych, odgrodzonych od świata „murem” bezpieczeństwa.
BK: – Tak. Trochę się skazujemy na takie życie jak króliki. W NRD powstawały takie same osiedla z wielkiej płyty jak w Polsce. Z małymi mieszkankami, które Niemcy wschodni nazywali fickenzelle (pomieszczenia do pieprzenia). Niemcy z Zachodu mówili, że jest to taka królikarnia. Teraz to wygląda trochę inaczej, ale też się zamykamy w takich gettach. Niby czujemy się bezpiecznie, jednak musimy od czasu do czasu opuszczać nasze klatki.

– Pomimo bajkowej formuły wizja świata raczej pesymistyczna…
AW: – Wiele osób tęskni za tamtym systemem.
BK: – Tęsknią przede wszystkim za bezpieczeństwem. Tamten system dawał bezpieczeństwo, nawet jeśli było pozorne, iluzoryczne, jednak jakieś było.

– Niemiecka wersja polskiej historii zakończyła się skandalem. Anna Walentynowicz zaprotestowała przeciwko interpretacji jej życia dokonanej przez reżysera Volkera Schlondorffa. Jak wam przyszło zmierzyć się z doświadczeniem Niemców?
BK: – To jest właśnie fascynujące, to jest wyzwanie. Taka sytuacja daje twórcy komfort. Można sobie wyobrazić, że Polak robi film o „Solidarności”, o transformacji, ale obraz zawsze będzie skrzywiony osobistym doświadczeniem i trudniej z niego wydobyć uniwersalne przesłanie, zrozumiałe dla ludzi na całym świecie.
AW: – Chłopaków zafascynowała historia o królikach. Świadomie ujmując ten temat metaforycznie, chcieliśmy powiedzieć coś więcej. To nie było tak, że usiedliśmy i pomyśleliśmy, żeby opowiedzieć o wielkiej historii za pomocą zwierząt. Najpierw był taki fakt, bardzo interesujący i inspirujący. Pozwolił nam puścić wodze fantazji.

– W filmie pojawiają się autentyczne obrazy z tamtych lat. Czy historia berlińskich królików jest dobrze zachowana?
BK: – Tu trochę się zawiedliśmy. Myśleliśmy, że historia muru jest dobrze zarchiwizowana i skatalogowana, tym bardziej że dla Niemców mur był pewnego rodzaju wizytówką miasta. W filmie widać na archiwaliach Jasira Arafata i Fidela Castro, którzy zwiedzają mur. Rzeczywiście tak było, że Niemcy nim się chwalili, czyścili go na wizyty państwowe, dbali o jego stan. Jednak do żadnych dokumentów o królikach w archiwach Stasi nie dotarliśmy.
AW: – Zachowała się szczątkowa dokumentacja pochodząca z prywatnych archiwów. Zostało trochę filmów, trochę zdjęć, więcej wspomnień.

– Polacy oburzali się, kiedy w amerykańskim komiksie o czasach II wojny światowej zostali przedstawieni jako świnie. Jak Niemcy zareagowali na przyrównanie ich do królików?
BK: – Niemcy doskonale nas rozumieli. Rozumieli sam pomysł filmu. Tylko jeden bohater się obruszył, że mur to jest zbyt poważna historia, żeby ją tak ujmować, jak my to zrobiliśmy. Żadnych protestów nie było.
AW: – Po wielu dyskusjach nasi rozmówcy nam zaufali. Był pomysł, żeby zrobić tę historię bardzo śmiesznie, jednak później upadł. Bartek jest człowiekiem o wyjątkowej postawie moralnej i nie chciał nadużywać zaufania naszych rozmówców. Nie ukrywaliśmy przed Niemcami, że to nie jest tylko film o królikach, ale również o nich samych. O nas w końcu też.

Wymowne twarze królików

– Jak pracowało się z królikami?
BK: – Andrzej Wajda po warszawskim pokazie na festiwalu Doc Review powiedział, że zaskoczyło go, że króliki są tak świetnymi aktorami, że patrzą na tamtych ludzi, uważnie obserwują i nic nie mówią, a ich milczenie ma pewną mądrość. Kiedy żołnierze do nich idą, to one autentycznie się boją, jak upadł mur, od razu poczuły, że mają wolność. Czasami są szczęśliwe, czasami przestraszone. Wykorzystując montaż, przypisaliśmy królikom pewne znaczenia. My potrzebowaliśmy do filmu bardzo dobrych zbliżeń, ujęć aktorów królików. To jest taka bezinwazyjna forma oddziaływania na widza. Widz sam musi się wgryzać w film i odkryć, że ma przed sobą milczących aktorów, ale z wymownymi twarzami. To stare chwyty z początku wieku.

– Na czym polega rola producenta, dla przeciętnego Polaka zupełnie nieznana i niezrozumiała?
AW: – Producent nie jest osobą, która chce tylko zarobić. Widzę po kolegach, że chcą zrobić coś więcej, próbują uczestniczyć w pracy twórczej, chcą zrobić dobre artystyczne rzeczy, jeżeli za tym idą pieniądze, to fajnie. Nominację w kategorii krótkometrażowego filmu dokumentalnego otrzymują reżyser i producent.
BK: – My tak pracujemy, że to jest też film Ani. Nie jest takie ważne, kto reżyseruje. Razem pracujemy nad koncepcją, nad scenariuszem, wiele rozmawiamy. Cieszę się, że mam partnera, ja tak nie pracuję, że sam się zamykam i coś wymyślam. Wspólnie rozwijamy projekt od początku. Takich szukam producentów. Ważne jest, żeby producent był partnerem na poziomie wrażliwości dla twojego filmu. Trzeba wybrać producenta, który najlepiej poczuje twój scenariusz, który ma największą motywację do zrobienia go. Kasa nie jest najważniejsza. To dwie najważniejsze osoby w filmie.
AW: – Owszem, producent zastanawia się nad budżetem, ale myśli też o scenariuszu, o możliwościach jego realizacji, zmaterializowania w formie obrazu. Mimo że w tym wypadku nie mogliśmy narzekać na budżet, robiliśmy film skromnymi środkami. Nie wydawaliśmy środków na drogie montażownie, sklejaliśmy film chałupniczymi metodami. Wiele rzeczy robiliśmy własnymi siłami. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na zakup zamiast 10 aż 30 minut archiwów, które są strasznie drogie. I nie wiem, czy z innym reżyserem praca i ostateczny efekt wyglądałyby tak samo. Cały zespół, my, Mateusz i Piotr, podjęliśmy decyzję o oszczędzaniu. Ciągle powtarzaliśmy: poczekajmy, zobaczymy, co będzie później, oszczędzajmy, na czym się da, zwłaszcza na tym, czego nie widać na obrazie. Wygodę zamieniliśmy na zdjęcia robione na taśmie, czego dziś nie robi się w filmie dokumentalnym. To była nasza wspólna decyzja, liczyło się wzajemne zaufanie. Myślę, że Bartek mi zaufał. Jeśli czegoś nie dało się zrobić, to znaczyło, że się nie da. Ja jestem taką osobą z ADHD. Chcę być wszędzie, wszędzie jestem, w każdym aspekcie filmu, wiem, co jest dla filmu ważne. Nie jestem biurokratką za biurkiem. Jeśli twórca coś sobie wymyśli, wierzę, że to ma sens i trzeba to sprawdzić, a nie lekceważyć, bo twórca tak sobie wymyślił. Na tym filmie uczyłam się różnych mechanizmów funkcjonowania filmu. Pracowałam jako kierownik produkcji, producent, ciągle byłam na planie. Chłopaki się śmieją, bo ja nie chodzę na kawki, na lunche, po prostu ciężko pracuję. Negocjowałam ceny, wyciągałam materiały z archiwów. Trzeba było promować, zajęłam się promocją. Koprodukcja międzynarodowa, fundusze, które dostaliśmy, była też animacja… Częściej myślałam sercem niż głową, a powinno być inaczej. Po tym projekcie uda mi się znaleźć złoty środek. To była niesamowita szkoła robienia filmu. Dziś wiem, że nie podjęłabym żadnej innej decyzji, może niektóre sprawy pociągnęłabym inaczej. Myślę, że ten film ma jeszcze wiele lat życia przed sobą, że będzie wracać przy różnych okazjach. Mamy świetnego dystrybutora, Heinego Deckerta, który ma superkatalog promujący filmy ze Wschodu. Teraz zainteresowanie jeszcze wzrosło, rozmawiamy z Amerykanami. Było tak, że musi być dobry film.

Polska szkoła dokumentu

– Na świecie daje się zauważyć renesans filmu dokumentalnego, pan jednak przymierza się do fabuły, dlaczego?
BK: – Tak, odczuwam ten renesans. Ja oczywiście wychodzę z dokumentu, zaczynałem moją pracę w telewizji jako dziennikarz. Dokument mam niejako w genach. Z fabułą jest tak, że zdawałem sobie sprawę, ile z tym jest zachodu, ile pieniędzy, odpowiedzialności, i nie miałem też dobrego projektu. Tym razem mam temat, który jest dla mnie ważny. Mam o czym opowiadać. Fabuła daje inny rodzaj twórczej swobody, inny rodzaj opowiadania i to jest wciągające. Nie porzucam dokumentu na rzecz fabuły, będę robił jedno i drugie, najchętniej na pograniczu gatunków. To jest fascynujące w tym zawodzie, że masz do wyboru wiele środków. Zamiast zawodowych aktorów zwykłych ludzi. Moje pierwsze filmy, np. „Ballada o kozie”, to były klasyczne dokumenty, a „Królik” jest czymś pomiędzy fikcją a dokumentem. 70% filmu jest wymyślone, naturalnie na podstawie pewnych faktów, historii NRD, ale wydarzenia z królikami są czystą fikcją.

– Czy mamy jeszcze polską szkołę dokumentu? A może pojawiła się nowa szkoła?
AW: – Ona jest.
BK: Ona jest od dawna. Fajnie by było, żeby coś się zmieniło, bo polski dokument znany jest w świecie i może nasz film w tym coś pomoże. Nasze filmy są bardzo dobrze przemyślane, wypieszczone formalnie, świetne zdjęcia, interesujące tematy, zaskakujące metaforyczne ujęcie rzeczywistości. Polskie dokumenty nie biorą się z niczego, wyrastają z tradycji dzieł Dziewulskiego, Wiszniewskiego, Łozińskiego. Mamy ogromne zaplecze, młodzi dokumentaliści robią dobre filmy, które dostają nagrody na festiwalach, są rozpoznawalni w świecie i, trudno mi to przyznać, ale być może jesteśmy mocniejsi w dokumencie niż w fabule i osiągnęlibyśmy większy sukces w świecie, ale to jest trochę takie niechciane dziecko. Na Zachodzie są duże festiwale, tam jest cała kultura oglądania dokumentów, ludzie są przyzwyczajeni przez telewizję, u nas jest to kompletnie położone. U nas taką marką był za czasów Andrzeja Fidyka „Czas na dokument”. Tam są całe kanały dokumentalne, są święta dokumentu, duże festiwale, ogromny rynek, poważna dystrybucja.

– Wierzycie, że intelektualna dyskusja z odbiorcą, wychowanym na prostym przekazie telewizji, jest dzisiaj możliwa?
BK: – Gdybyśmy przestali w to wierzyć, nie byłoby sensu robić tego, co robimy, i wszyscy powinniśmy robić „Ciacha”. Dla mnie film powinien być przede wszystkim mądry. Nasz film był pokazywany w niemieckiej szkole i wiem, jakie były reakcje. Przed pokazem pojawiały się zdania: jak to, film o królikach? To nie będzie kolejny film o murze berlińskim? I to zachęcało do obejrzenia filmu. Przez pierwsze kilka minut nie ma nic o murze, jest tylko o życiu królików. I to jest taki kredyt zaufania, który wystarcza, żeby obejrzeć historię do końca. Dzieciaki same musiały sobie wiele wymyślić i dopowiedzieć, tak a tak było z tym murem. Tak wtedy musieli czuć się ludzie. Nie chciałem zrobić konwencjonalnego filmu o murze. Jest to film historyczny, ale nie pada w nim ani jedna data, ani jedno nazwisko.
AW: – Mamy inteligentnych widzów w Polsce. Ludzie nie szukają tylko „Ciach” i komedii romantycznych. „Królika” emitowanego po raz pierwszy w telewizji w bardzo późnej porze, chyba po 23.00, obejrzało ponad milion osób. To znaczy, że ludzie szukają takich filmów.
BK: – Mnie też się wydaje, że to idzie w taką stronę. Nawet jeśli Europa podąża za Ameryką, to nie oznacza, że rozrywka musi być ogłupiająca. Dokumenty czy seriale popularnonaukowe są coraz chętniej oglądane. Myślę, że gdyby pewnego dnia zamienić obecne tasiemce na ambitne seriale, ludzie tak samo by je oglądali. Oglądalność by nie spadła. W tę stronę to zmierza.

Większe budżety, lepsze filmy

– Kto wpadł na pomysł wykorzystania hipnotycznego głosu Krystyny Czubówny?
AW: – Bartek.
BK: – To mi przyszło do głowy trochę w takim kryzysie. Robiliśmy kolejne zdjęcia w Berlinie z bezdomnymi ludźmi, wciąż szukając ostatecznej wersji pomysłu. Tam dostrzegliśmy te specyficzne zachowania królików, ich cechy gatunkowe, życie w stadzie, że można nimi też opowiedzieć coś o ludziach. Wtedy pomyśleliśmy o filmie przyrodniczym, paranaukowym. I głos Czubówny, jej sposób czytania – uznałem, że to może być takie przewrotne, ironiczne.
AW: – Głos jest tak zgrany, żeby szedł rytmicznie z filmem, płynął z muzyką.

– Myśleliście, żeby zostać i trochę popracować w Hollywood?
BK: – To nie polega na tym, żeby tam pojechać i się lansować, zostać i chodzić od drzwi do drzwi. Oczywiście zamierzamy wykorzystać tę sytuację i zainteresować ludzi naszymi projektami i gdy dostaniemy jakąś propozycję i uznamy, że to będzie ważne, można za tym iść.
AW: – To, o czym teraz myślimy, to robić własne projekty, nie chcemy, żeby ktoś nam coś narzucał. Chciałabym znaleźć partnerów w Stanach, żeby nasze projekty mogły tam zaistnieć.
BK: – Wiele osób, które tam były i pracowały, jak Agnieszka Holland, która teraz jest opiekunką mojej fabuły, opowiadają, że to są tacy sami ludzie jak my. Pracują tak samo, może znają lepiej angielski, ale tego się można nauczyć. Różnica jest taka, że oni pracują tam, a my tu. Mają na pewno dostęp do większych pieniędzy. Przy większym budżecie można lepiej przygotować się do robienia filmu, więcej przemyśleć, głębiej się zastanowić
AW: – Trochę jednak od nich się uczymy, zaczynamy rozumieć, że filmy muszą być dla widza, że projekty muszą być superprzygotowane, że nikt nie daje pieniędzy za darmo. Dziś, po doświadczeniu produkcji „Królika”, wiem, że mogłabym ustawić budżet trochę wyżej, że można było to jeszcze lepiej zrobić. W Stanach ludzie przygotowując się do realizacji filmu, wiedzą dokładnie, czego chcą, i dzięki temu mogą lepiej przekonać innych do wyłożenia dużych środków. Nie chcę przyzwyczajać się do sytuacji, że robimy film tylko skromnymi środkami, bo tak musi być. Film to sztuka i wymaga finansowania. Ludzie, którzy przy nim pracują, ciężko harują. Każdego dnia na planie siedzą po kilkanaście godzin. Filmowcy właściwie nie mają życia prywatnego, a tym, którzy mają, można tylko zazdrościć. To jest kierunek, w którym trzeba iść. Większe budżety, lepsze filmy.
BK: – Mamy w fazie projektów wiele pomysłów. Na razie chcę skończyć moją fabułę. To będzie wzruszająca historia, podobna do tych ostatnich filmów Clinta Eastwooda. Skromna i prosta.

– Jeśli otrzymacie nagrodę, za co kciuki trzyma cała redakcja „Przeglądu”, co chcecie powiedzieć?
AW: – Jeszcze nie mieliśmy czasu, żeby się nad tym zastanowić. Do końca nikt nie wie, czy dostanie nominację. Nie ma żadnych przecieków. Nie próbowaliśmy się dowiadywać ani na nikogo naciskać. Cieszymy się, że film obronił się sam. Wierzyliśmy w ten film i bylibyśmy hipokrytami, gdybyśmy usiłowali zaprzeczać, że nie liczyliśmy na takie wyróżnienie.
BK: – Znamy opinie Amerykanów. Film niedawno wygrał na festiwalu w Humptons. Przewodniczącym w kategorii filmu dokumentalnego był Alec Baldwin…
AW: – …który zresztą będzie prowadził ceremonię rozdania Oscarów…
BK: – …i w uzasadnieniu przyznania nagrody powiedział, że to jest bardzo oryginalny film, jakiego jeszcze nie widział, że w taki zaskakujący sposób jest opowiedziana trudna i skomplikowana historia. Że film ma pewien amerykański styl, choć nie jest to film amerykański. Nie ma w nim nic spektakularnego, obraz jest skromny, tak naprawdę liczy się ciekawa historia, w którą widz musi się wgłębić. Na portalu Hot Doc napisano, że jest to wyjątkowa wersja historii.

____________________________________

BARTOSZ KONOPKA (ur. 1972) – reżyser, scenarzysta, montażysta. Absolwent filmoznawstwa na UJ, dziennikarstwa na UW i reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji UŚ w Katowicach. Za film „Trójka do wzięcia” (2006) został uhonorowany 10 nagrodami, m.in. grand prix na Europejskim Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Breście i Nagrodą Specjalną SFP w konkursie „Młode Kino Polskie” na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Filmografia: reżyseria i scenariusz – „Lęk wysokości”, „Królik po berlińsku”, „Trójka do wzięcia”, „Nie wracaj po mnie”, „Ballada o kozie”; reżyseria – „Królowie śródmieścia”, „Skazany na bluesa” (drugi reżyser), „Znajomi z widzenia”; scenariusz i montaż – „Niebo nad Europą”; zdjęcia – „Trzech kumpli”.

ANNA WYDRA – producentka, kierownik produkcji, scenarzystka. Studiowała ekonomię na SGH. Porzuciła pracę analityka finansowego w banku na rzecz swojej pasji, filmu. Była producentką i kierownikiem produkcji wielu filmów, m.in.: „Aria Diva”, „Trójka do wzięcia”, „Królik po berlińsku”, „Wszystko, co kocham”, „Lunatycy”, „Hanoi-Warszawa”, „Na kredyt”, „Moje miasto”, „PRL de luxe”, „Z miłości”, „Jak to jest być moją matką”, „Podróż”, „Popatrz”). Od 2006 r. jest szefem Działu Produkcji w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy.

Wydanie: 6/2010

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy