Książę architektów

Książę architektów

Bohdan Pniewski wszystkim zleceniodawcom dawał coś, co klienci lubią – połączenie tradycji i nowoczesności

 


Grzegorz Piątek – pisarz, publicysta, krytyk, z wykształcenia architekt, znawca historii i architektury Warszawy. Autor książek: „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego”, „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949” oraz „Niezniszczalny. Bohdan Pniewski. Architekt salonu i władzy”.


 

„Najlepsze miasto świata”, pana poprzednia książka, opowiada o powojennej odbudowie Warszawy. Domyślam się, że już wtedy Bohdan Pniewski był dla pana ważną postacią. Trudno wyobrazić sobie stolicę bez zaprojektowanych przez niego budynków, takich jak Sejm, gmach Sądów Grodzkich czy Narodowego Banku Polskiego.
– Pisząc książkę o Warszawie, wiedziałem już, że kolejną będę pisał o Pniewskim na zlecenie Teatru Wielkiego-Opery Narodowej. Musiałem się powstrzymywać, żeby nie kraść sobie materiału do dalszej pracy. Teraz myślę, że „Niezniszczalny” jest dobrym uzupełnieniem poprzedniej publikacji.

Co zafascynowało pana w tej postaci?
– Tytułowa niezniszczalność. Pniewski był członkiem przedwojennego establishmentu i architektem władzy w czasie sanacji, a niektórzy mówili złośliwie, że architektem nadwornym. A po wojnie mało tego, że nie spotkały go żadne represje, to jeszcze zaliczył drugie apogeum kariery, stając się najważniejszym architektem PRL. Pytanie, jak mu się to udało.

Tymczasem ten architekt wielkich gmachów i poważnych budowli publicznych po raz pierwszy został zauważony, tworząc frywolny Pawilon Pięknej Pani.
– Tak zwykle bywa na wczesnych etapach kariery. Architekci marzą o wielkich gmachach, ale zaczynają od domów jednorodzinnych i innych drobiazgów. Pniewski zabłysnął na Powszechnej Wystawie Krajowej w 1929 r. pawilonem dla warszawskiego domu mody Herse – przeszkloną i efektownie podświetloną witryną, po której przechadzały się modelki. Pniewski zabłysnął bardzo dosłownie, bo sednem tego projektu były światło i neony. Niedługo potem przeszedł jednak do architektury publicznej, wygrywając najpierw konkurs na placówkę dyplomatyczną w Sofii, a za chwilę na Świątynię Opatrzności. Był wtedy tuż po trzydziestce. Wielu architektów w jego wieku ciągle jeszcze robi rzeczy małe, a Pniewskiego ten niezrealizowany nigdy projekt świątyni uczynił prawdziwą gwiazdą.

Co mu pomogło w tak szybkiej karierze?
– Nie byłoby mu łatwo dostać się na wyżyny, gdyby sam nie pochodził z elit, z zamożnego mieszczaństwa, gdyby nie poszedł do świetnego liceum, gdyby nie działał w bardzo elitarnym wtedy harcerstwie. Znajomości z chłopakami z dobrych domów potem mu w życiu zaprocentowały. Wiedział, z kim się zadawać, dla kogo być czarującym. Miał wyrobiony zmysł towarzyski – niezwykle przydatny w karierze w każdych czasach. Oczywiście był też utalentowanym architektem obdarzonym wyjątkową erudycją historyczną, potrafiącym czerpać świadomie z tradycji. No i świetnym rysownikiem, twórcą czującym przestrzeń i materiał, a w szczególności kamień. Dodatkowo był biznesmenem sprawnie zarządzającym swoją karierą.

Na pierwszym etapie tej kariery spotkał się z Janem Kiepurą. Słynny śpiewak zamówił u niego projekt pensjonatu Patria, ale później zaproponował niskie wynagrodzenie. Jak pan opisuje, młodemu Bohdanowi nie wystarczyła możliwość pracy z gwiazdą i nie zawahał się odpowiedzieć: „Za tysiąc złotych to ja mogę panu zaśpiewać”.
– Pniewski, jak to się mówi dzisiaj, nie chciał projektować do portfolio, tylko zarabiać pieniądze. Można uczyć się od niego talentów negocjacyjnych i poczucia własnej wartości. Zresztą Kiepura uchodził za dusigrosza, słynął ze słowiczego głosu, ale też potrafił dbać o swoje interesy. Obaj panowie byli w tym do siebie podobni.

Kolejną ważną znajomością był dla Pniewskiego Józef Beck. Architekt przebudowywał gmach Ministerstwa Spraw Zagranicznych i zbudował rezydencję polityka.
– Ich stosunki to coś więcej niż relacja klient-architekt. Można nawet powiedzieć, że do czasu wybuchu II wojny światowej przyjaźnili się. Podobnie jak ich żony. Jadwiga Beckowa zarządzała karierą męża, a Elżbieta Pniewska wspierała Bohdana, pielęgnując użyteczne znajomości, doradzając, dbając o salon. Może to te podobieństwa przyciągnęły przyjaciół do siebie.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 29/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 29/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy