Nobel i loteryjka

Nobel i loteryjka

Tokarczuk zawsze była autorką chętnie czytaną. Do tego stopnia, że zaczęto na jej literaturę patrzeć nieufnie

W latach 90. pod szyldem literatury małych ojczyzn krytycy sytuowali bardzo różniące się od siebie zjawiska: powieści Magdaleny Tulli, Pawła Huellego, Andrzeja Stasiuka, Stefana Chwina czy Olgi Tokarczuk. Najczęściej wystarczało, żeby pisarz wykorzystywał w swoim pisaniu jakąś lokalność, topografię małego polskiego miasta albo wsi, eksplorował lokalne języki lub narzecza, powracał do (także własnej) przeszłości, zajmował się historią regionu czy badał kameralną społeczność. Najpierw tę literaturę pobieżnie zidentyfikowano, nazwano i dowartościowano. Później – jak to zwykle bywa – spostponowano jako mainstream. Ale byli też krytycy (Przemysław Czapliński, Kinga Dunin), którzy patrzyli uważniej, dostrzegali jej potencjał krytyczny, nowe mity, które proponuje, wreszcie wyjście w teren, dalej od „centrali”, której wielkomiejskie kody zasłaniały rzeczywistość, zamiast ją odkrywać.

Jedną z małoojczyźnianych autorek miała być Olga Tokarczuk, która jednak szybko wyrosła ponad lokalność, trawestując mity innych kultur. „Anna In w grobowcach świata” była powieścią opartą na elementach mitologii mezopotamskiej (mit o Isztar) i stanowiła część międzynarodowego projektu, w ramach którego wybrane pisarki z całego świata „przepisywały” mity na nowo. A „Bieguni” – książka tak doskonale przyjęta na świecie – to przecież odpowiedź na prace socjologów piszących o globalizacji, która mogłaby być czytana razem z „Płynną nowoczesnością” Baumana. „Bieguni” zresztą też nie są „klasyczną” powieścią, raczej tekstem z pogranicza eseistyki i beletrystyki. Nawet „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – rzecz uznana w Polsce za kontrowersyjną (zekranizowana przez Agnieszkę Holland pod tytułem „Pokot”) – nie jest opowieścią lokalną. Mówiąc o starości, polowaniach, Kościele, prawach zwierząt, zajmuje Tokarczuk stanowisko w sprawach, które elektryzują myślicieli i społeczników na całym świecie.

Jednak wszystkie te problemy jajogłowych pisarka zawsze potrafiła umiejętnie przekazać, sprzedać pod płaszczykiem gatunku (kryminał), uciekając się do zabiegów formalnych (podział rozdziałów w „Biegunach”), romansując z baśnią czy literaturą SF („Anna In w grobowcach świata”). Zanim dostała wreszcie Nagrodę Literacką Nike, honorowano ją wielokrotnie tzw. Nike Czytelników. Była zawsze w Polsce autorką chętnie czytaną. Do tego stopnia, że zaczęto na jej literaturę patrzeć nieufnie. Czy można być autorką ambitną, krytyczną, bezkompromisową i jednocześnie sprzedawać książki? Czy autorka nie ułatwia czasem zadania czytelnikom? A czy wartościowa literatura musi oznaczać bariery, musi być trudna i funkcjonować w kulturowych gettach, z dala od dużych wydawnictw i wysokich nakładów?

Jak szybko zapominamy. Przecież latami powieści Tokarczuk spotykały się z niezrozumieniem niektórych (wpływowych) krytyków, a tematyka przez nią podejmowana uchodziła za dziwaczną czy może nawet udziwnioną. Tokarczuk miała też przez chwilę swoje wydawnictwo – Ruta – które założyła po to, żeby popularyzować twórczość Carla Gustava Junga (pisarka jest z wykształcenia psycholożką). Opublikowała tam m.in. własną książkę – zbiór opowiadań „Gra na wielu bębenkach”. Niewielu czytelników, którzy zadali sobie trud przeczytania obszernych „Ksiąg Jakubowych”, zna te opowiadania. A niektóre pokazują pisarkę z zupełnie innej strony. Cóż, o powieściach łatwiej się pisze i mówi, zbiory krótkich, różnorodnych form sprawiają więcej trudności, pokazały to „Opowiadania bizarne” z zeszłego roku. Czytając teksty krytyków i rozmyślając nad tym zbiorem, miałam wrażenie, że precyzyjniej omawiałoby się każde z osobna. Były bowiem po prostu bardzo różne. Ale są tacy, którzy uważają, że autorka „Prawieku i innych czasów” właśnie w krótkich formach najpełniej realizuje swój temperament opowiadaczki. Przecież czytelnik zawsze może znaleźć u niej zajmującą story i masę ciekawostek, bo to przede wszystkim zachłanna czytelniczka i poszukiwaczka, chętnie eksplorująca także marginalne dziedziny wiedzy, pisarka o wyrazistych sądach, szukająca w miejscach czy księgach dawno zapomnianych, zlekceważonych lub po prostu ukrytych w gąszczu dyskursów.

Tokarczuk dba o czytelnika, jest autorką pomysłową i – jak sama powiedziała na jednym ze spotkań autorskich – nie pisze z „ja”. Jej czytelnicy zawsze mają wrażenie otrzymywania destylatu z wielu innych książek, wiedzy, którą ktoś dla nich zdobył, przetworzył i uplastycznił.

Kiedy w Polsce zastanawiano się, czy aby nie powinna być bardziej progresywna, jeśli chodzi o medium (czyli, jak to się mówi, śmielej robić w języku, podkręcać literacko tekst na poziomie zdania), czy zbyt nie dopowiada, czy nie jest za mało krytyczna – albo odwrotnie, zbyt polityczna i radykalna – ona zaczęła szturmem podbijać międzynarodowe rynki. To znaczy podbijała je od dawna – pamiętam jej powieść wydaną zieloną czcionką na Ukrainie i chińskie oraz japońskie wydania, które nam, polskim pisarzom, działały na wyobraźnię. Ale niedawno przyszedł Booker, a po nim inne nagrody, aż do Nobla. I teraz to już historia literatury po prostu.

Po informacji o Noblu z serwisu Bonito w pięć minut zniknęły wszystkie jej książki. Ta nagroda ma nie tylko ogromny zasięg, ale też potężny wpływ na czytelników na całym świecie. Był moment, kiedy inna polska (znacznie starsza wtedy od Tokarczuk) noblistka, Wisława Szymborska, zapraszała znajomych do siebie – na wigilię, herbatę, loteryjki, i większość zastanawiała się, jak tu uprzejmie staruszce odmówić. Po Noblu nikt nie odmawiał. Cieszmy się więc, gratulujmy Oldze Tokarczuk i zgadzajmy się czasem na loteryjkę u jakiejś staruszki, zupełnie bezinteresownie.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 42/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy