Się

Się

Bronkę Nowicką trawi obsesja automatyzmu naszej egzystencji

Publiczność literacka trawi właśnie tomik 44 mikroesejów Bronki Nowickiej „Nakarmić kamień”. I to jest osobna przyjemność. Poezja czysta, skondensowana. Tylko czy myśmy już czegoś podobnego nie trawili kilka dziesiątków lat wcześniej?

Skrzydlata statuetka i suma 100 tys. zł przypadły debiutantce (rocznik 1974), ale tylko literackiej. Bo ta radomszczanka, absolwentka łódzkiej Filmówki i krakowskiej akademii sztuk pięknych z sukcesami reżyserowała już w teatrze, choćby w Częstochowie. Dla telewizji robiła przez dwa sezony reality show „Superniania”. Spełniała się też w najnowszych technikach audiowizualnych – do działań artystycznych potrafiła zaprząc nawet tomograf. I cały czas kołysała w sobie przekonanie, że odgrywa w życiu rolę napisaną przez kogoś innego. Temu przekonaniu dała upust w literaturze.

Katalogowanie obsesji

Bronka Nowicka dostała nagrodę za katalogowanie obsesji. Wychwyćmy te, które wydają się notoryczne. Bronkę trawi obsesja automatyzmu naszej egzystencji. Weźmy ciało – radzi sobie doskonale bez naszych instrukcji: „…samo się oddycha i samo śpi, oczy wiedzą, co robić, by się zamknąć”. Co poetka puentuje gorzko: „W zasadzie jesteś sobie potrzebna prawie do niczego”. Więcej – to, co dookoła nas, też rozgrywa się jakby samo z siebie. Najmniejszy drobiazg, który zazwyczaj mamy na wyciągnięcie ręki, wie, co do niego należy: „Ubrania nie wstają z podłogi, tylko buty tępo wchodzą na gołe stopy i przygniatają się piętami. Grzebień decyduje, że i on zrobi swoją robotę w imię jakiejś symetrii, bo skoro nagi człowiek ma buty, to powinien też od góry kończyć się ładem. Grzebień wie, jak zmusić rękę, żeby dała się opluć i przejechała ojcu po głowie. To wiele ułatwia”. Łatwo tym rytuałom ulec, łatwo się w nie wpasować bez reszty. I wtedy to nie Bronka – jeżeli wolno tak od razu przejść na ty z podmiotem lirycznym – idzie, siada, nawet myśli. Po prostu – jest siadane, jest myślane. A Bronka najwyżej przy tym jest. My sami służymy do wypełniania rytuałów, które ktoś znacznie wcześniej wymyślił, a inni podchwycili, oszlifowali, wprowadzili w obieg. My tylko się dostosowujemy, od rana do wieczora chodzimy jak woły w kieracie. Choć lubimy o sobie myśleć odwrotnie: jacy to my oryginalni, niepowtarzalni, jedyni. Nie! Wszystko, czym jesteśmy, już dawno zostało za nas zrobione. Trochę o ten automatyzm zatrącał swego czasu Edward Stachura, obracając zaimek zwrotny się: „Się patrzy w ogień zwyczajnie naturalnie, się nie tęskni, się nie dyszy w kosmos nieprzenikalnie, się nie lęka się poczytalnie i niepoczytalnie, się nie cierpi w proch ścieralnie, w ruinę, w obłęd obracalnie”. Znaczy – nic nie robimy sami z siebie, wszystko powtarzamy. Literaturoznawcy pisali przy tej okazji o „pułapce się”.

Kolejna obsesja – dzieciństwa, które nie może się skończyć. Bronka jest dorosła, czas przybrać jedną czy drugą formę, stosowną dla damy w jej wieku. A ona nie i nie. Ledwie zamknie oczy, już widzi siebie z warkoczykami, jak stoi w ogrodzie i chłonie. „Wie: chce wszystkiego. Wie też – nie dosięgnie go bez poznania każdej rzeczy osobno. Takiego ogromu nikt nie przepuści przez młyn rąk i zmysłów. Niemożliwe”. Temu „Niemożliwemu” dedykowany jest zresztą cały tomik. Już Gombrowicz wiedział, że nie warto bywać koniarzem czy kobieciarzem, bo to nas limituje. O wiele korzystniej bywać tym, co akurat zaciekawia. To gwarantuje bez porównania więcej wrażeń. Bronka idzie tym śladem: „Postanawiam, że nigdy nie będę kobietą. Jeżeli nawet wyrżną mi się piersi – z czasem wylecą, jak mleczne zęby”.

Następna obsesja – wszystko powtarzamy po umarłych. Nawet więcej, to my ich uruchamiamy, każąc im mówić słowami pozostawionych przez nich książek. Wspominając, że byli, że czegoś tam dokonali, wywołujemy ich z niebytu. Codziennie po trochu. „Trzeba im czyścić buty. Lizać za nich znaczki i wysyłać listy, które do nas nie dochodzą. Nie pomyślą, czego nie pomyślimy za nich, więc myślą o nas naszymi myślami”.

Wrażenie, że kilkoro nas, żywych, dzieli ten świat z tłumem umarłych, wraca raz po raz. Oto Kisiel pisał pół wieku temu: „Żyjemy przecież ciągle otoczeni symbolami śmierci, ciągle korzystamy z dzieł ludzi umarłych: mieszkamy w domach przez nich zbudowanych, czytamy książki przez nich napisane, korzystamy z wynalazków przez nich wymyślonych. Świat ludzki składa się z olbrzymiej, niewiarygodnie olbrzymiej liczby ludzi zmarłych i stosunkowo znikomej liczby ludzi żywych, z kolosalnej liczby lat przeżytych przez ludzi zmarłych i z maleńkiej liczby lat naszego życia. Mimo to my żyjąc na gigantycznym cmentarzu, bardziej interesujemy się wysepką naszego życia niż oceanem wieczności. Cóż za nonsens, cóż za lekkomyślność!”.

Jaskółki jak u Schulza

Bronka prezentuje wyobraźnię świeżą i rozchwianą, miejscami dochodzi tu do wizualnych orgii. Między jej wersami jaskółki śmigają jak u Brunona Schulza. „Nakarmić kamień” czyta się rozkosznie, choć powoli. Tylko czy Bronka, głosząc, że niczego nie robimy sami przez się, lecz wszystko powtarzamy, sama nie powtarza po poprzednikach? Zastanówmy się. Te obsesje nieciągłości, niespójności, pustej rytualizacji życia dręczyły artystów ze szczególną siłą w początkach lat 50. minionego wieku. Nowa powieść, nouveau roman, pod piórem takiego Alaina Robbe-Grilleta rezygnowała ze wszystkiego po kolei: bohatera, fabuły, czasu i miejsca akcji. W zamian dawała bezładne opisywactwo na grubość 400 stronic. Podobnie w dramacie. I tu nie od rzeczy będzie przywołać wysokiego antenata, Samuela Becketta. Bohaterowie „Czekając na Godota” (1953) są zaprogramowani na to swoje czekanie z zewnątrz. Ma być czekane, więc jest czekane, tymczasem zajmijmy się drobną krzątaniną, bo przecież coś trzeba mówić, w coś ręce włożyć. A taki Krapp z „Ostatniej taśmy”? On też puszcza z magnetofonu jakieś gotowce, powtarza to, co usłyszał, i w końcu trudno rozróżnić, kto mówi, on czy maszyna. Gdy się słucha dialogów mieszczańskiego małżeństwa z „Łysej śpiewaczki” (1950) Eugène’a Ionesco, to po kwadransie głowa boli od tego wodospadu frazesów. Postęp w tej dziedzinie jest taki, że to, co tworzył Ionesco 60 lat temu, nazywało się antyteatrem i było cymesem dla grupki awangardowych, paryskich cmokierów. U nas grupa studentów wystawiła ten dramat w 1956 r. dla z górą 50 intelektualistów z Klubu Krzywego Koła. Dziś podobnych dialogów słuchają miliony i nazywa się to telenowela.

Poza tym w kraju, gdzie osobny żargon mają Kościół (w tym narzecze toruńskie), każda co ważniejsza partia polityczna i obsługująca ją gazeta, obserwacje Bronki nie muszą szokować. Że to nie człowiek mówi, lecz język mówi człowiekiem, mogliśmy sobie obejrzeć w „Rejsie” Głowackiego i Piwowskiego. To była nowomowa peerelowskich kursokonferencji. A czy aby „na chwilę obecną” nie zdarza się, że język mówi mieszkańcem III RP? Nie? No to posłuchajcie ścieżki dźwiękowej „Dnia świra”. A młodszych zachęcam do posłuchania filmu „Chłopaki nie płaczą”. „Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”.

Wydanie: 42/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy