Komu maturę, komu

Komu maturę, komu

Według nauczycieli, co trzecia praca – prezentacja z języka polskiego jest kupiona

Ci, którzy myślą, że tegoroczni maturzyści mają czas na naukę, póki nie zakwitną kasztany, są w wielkim błędzie. Matury tuż-tuż. Egzamin pisemny z języka polskiego uczniowie w całej Polsce napiszą już 5 maja. Czasu trochę mniej, za to sposobów na osiągnięcie znakomitego wyniku zdecydowanie więcej niż przed laty. Problem w tym, że nie wszystkie te sposoby są etyczne i legalne. O ile na egzaminie pisemnym z polskiego środki niedozwolonego wspomagania nawiązują do dorobku poprzednich pokoleń, o tyle na egzaminie ustnym możliwości oszukiwania stojące przed obecnymi abiturientami są niemalże nieograniczone. Sprzyja temu nowa forma egzaminu wprowadzona w roku 2005 w ramach tzw. nowej matury. W miejsce „odpytywania z programu” wprowadzono autorskie prezentacje przygotowywane samodzielnie przez ucznia. Intencje były szczytne. Zamiast tłumaczyć, „dlaczego Słowacki wielkim poetą był”, uczeń może przygotować wystąpienie na temat tekstów, które go pasjonują, i problemów, które są mu bliższe niż praca organiczna w latach 80. XIX w. Słowem, może być i Słowacki, ale może być również Sapkowski. Może być praca organiczna, ale może być również trzeci obieg i język punkowych zinów. Nowa formuła stworzyła pole do popisu dla erudytów, otwierając jednocześnie jeszcze większe pole do nadużyć dla cwaniaków i krętaczy. Nic bowiem prostszego, niż kupić gotową prezentację, która „zdała egzamin” w poprzednim roku, lub jeszcze lepiej zlecić napisanie pracy profesjonaliście – nauczycielowi lub członkowi komisji egzaminacyjnej.

Noga z polaka

Postanowiłem wcielić się w tegorocznego maturzystę i sprawdzić, ile czasu zajmuje „zdobycie” prezentacji maturalnej. Zasiadam przed komputerem, łączę się z internetem i wchodzę na stronę wyszukiwarki Google. Wpisuję hasło „prezentacja maturalna” i po chwili na ekranie komputera pojawia się link do strony „Prezentacje maturalne za 40 zł!”. Cała operacja zajęła dosłownie kilka sekund. Strona nosi tytuł „Noga z polaka”, co może stanowić charakterystykę osób korzystających z jej usług. Żywot osób nieprzepadających za tym przedmiotem jest dziś ułatwiony jak nigdy dotąd. Wystarczy przelać 40 zł i w ciągu 48 godzin otrzymuje się gotową prezentację. Cały proceder podpada pod dwa paragrafy kodeksu karnego. Pierwszy z nich mówi o oszustwie, w wyniku którego osiąga się korzyść majątkową. Drugi natomiast o wyłudzeniu poświadczenia nieprawdy od osoby upoważnionej do wydania dokumentu. Twórcy tego typu stron internetowych tłumaczą, że nabywcy mogą tylko zainspirować się kupioną pracą i wykorzystać ją przy stworzeniu własnej oryginalnej prezentacji. Dlatego policja faktycznie nie zajmuje się handlem prezentacjami maturalnymi. Aby mówić o popełnieniu przestępstwa, konieczne byłoby przyłapanie kogoś na przedstawieniu prezentacji cudzego autorstwa. Tyle że prezentacja jest ustną formą wypowiedzi. Dlatego uczeń zawsze może się bronić, tłumacząc, że tylko inspirował się cudzymi tezami czy poradami.
Intencje większości nabywców są jednak dużo mniej wysublimowane. Kupno prezentacji w cenie 40 zł jest jednak ryzykowne. Przede wszystkim dlatego, że nabywa się pracę, która już wcześniej była prezentowana. Ryzyko wpadki nie jest duże, zawsze jednak istnieje. Skąd biorą się prezentacje w internecie? Na stronę „Noga z polaka” przesyłają je absolwenci. Cena zawrotna: 5 zł.
Ci, którzy nie chcą ponosić ryzyka związanego z prezentowaniem pracy „drugiej świeżości”, mogą skorzystać z jednej z wielu ofert stworzenia prezentacji oryginalnej. Jedno z takich ogłoszeń znalazłem na serwisie gratka.pl. „Uwierz w profesjonalizm i doświadczenie”, reklamuje się ogłoszeniodawca, który deklaruje, że jest nauczycielem i egzaminatorem maturalnym. Można zamówić u niego prezentację oryginalną, zgodną z zainteresowaniami ucznia. Koszt? 120 zł. Zawsze jednak istnieje możliwość powstania wśród członków komisji poczucia dysonansu poznawczego, gdy trójkowy uczeń zacznie wygłaszać akademicki referat na temat „Dwudziestowiecznych reinterpretacji archetypu orfickiego w literaturze iberoamerykańskiej”. Ten problem zauważyli twórcy innego serwisu, gdzie kupno prezentacji kosztuje 250 zł. Proponują za to klientom trzy poziomy merytoryczne prezentacji. Pierwszy oferuje „język pracy nie za trudny, ale zawierający niezbędne fachowe określenia z teorii literatury. Styl zwięzły, przejrzysty, konstrukcja zdań – nie nazbyt skomplikowana, ale nie monotonna”. Przejście poziom wyżej powoduje, że język staje się „nieco trudniejszy, bogatszy w terminologię teoretycznoliteracką”, styl wypowiedzi zaś jest „bardziej urozmaicony, ozdobiony wyszukaną metaforyką, wzbogacony wysoce różnorodną składnią”. Trzeci poziom przeznaczony jest tylko dla orłów mierzących w maksymalną liczbę punktów. Czy można kupić sobie taką ocenę za 250 zł? Nie jest to do końca takie proste, członkowie komisji mogą bowiem uczniowi zadawać dodatkowe pytania. Dlatego sytuacja, w której leser otrzyma 20 na 20 możliwych punktów, jest raczej rzadko spotykana. – Nie zdają osoby, które nie potrafią odpowiedzieć na żadne pytanie, zadane przez komisję, co jest najlepszym dowodem niesamodzielności ich prezentacji – tłumaczy Janina Majewska, polonistka z XXX LO im. Śniadeckich w Warszawie. Tyle że większość uczniów, która kupuje prezentacje, jest na tyle inteligentna, ażeby z treścią swojego zakupu się zapoznać. Dobry zakup oraz minimum własnej pracy, polegającej na przejrzeniu bibliografii, daje niemal pewność zdania ustnej matury. Co prawda każdy egzaminator pamięta przypadki oblania matury ustnej, jednak zazwyczaj może je policzyć na palcach jednej ręki.
Kto i dlaczego kupuje prezentacje maturalne z języka polskiego? Andrzej, zeszłoroczny maturzysta z Gdańska, uznał przygotowanie do prezentacji za stratę czasu. Podobnie uważa Weronika z Wrocławia, która gorący okres przed maturą postanowiła poświęcić na naukę przedmiotów, które będą brane pod uwagę przy rekrutacji na wymarzony kierunek studiów. Prezentacje kupują zarówno uczniowie słabi, niewierzący we własne siły, obawiający się oblania ustnej matury z polskiego, jak i ci ambitni, którzy marząc o medycynie, wolą zakuwać biologię czy chemię, niż dopieszczać prezentację dotyczącą motywu cierpienia w literaturze. Dlaczego tak się dzieje? Wynik z matury ustnej z polskiego nie jest brany pod uwagę przy rekrutacji na jakiekolwiek studia – również humanistyczne. Chodzi o to, aby egzamin ten zdać, bo oblanie go oznacza oblanie całej matury. Dlatego uczniowie starają się go zaliczyć jak najmniejszym nakładem sił.
Co zrobić z tym fantem? Rozwiązania są trzy. Albo likwidacja ustnej matury z języka polskiego w ogóle, albo powrót do formuły losowania trzech pytań „z programu nauczania”, albo branie pod uwagę oceny z prezentacji przy rekrutacji chociaż na kierunki humanistyczne. O likwidacji prezentacji otwarcie mówił minister Giertych, obecna ekipa chce obecnej formie matury ustnej dać jeszcze jedną szansę. Prezentacja ma bowiem kilka zalet. Pozwala uczniowi przedstawić temat oryginalny, skupić się na własnych kulturalnych pasjach, a nie na szkolnej sztampie. Uczy radzenia sobie w sytuacji trudnej, ale jakże obecnie częstej, polegającej na zaprezentowaniu w sposób zwięzły, lecz atrakcyjny rozległego zagadnienia. Co jednak zrobić, aby uniknąć kupowania prac? Zdaniem Wiesławy Młynarczyk, polonistki z LXXXI LO im. Aleksandra Fredry w Warszawie, koniecznością jest przeznaczenie kilku godzin tygodniowo na konsultacje dla uczniów.
– Wówczas nauczyciel bez problemu wyłapie wszelkie próby niesamodzielności i pomoże w samodzielnym stworzeniu prezentacji – tłumaczy nauczycielka. Obecnie gdy nauczyciele za konsultacje nie otrzymują wynagrodzenia, wiele zależy od ich dobrej woli i wolnego czasu. Ile prezentacji maturalnych z języka polskiego jest kupionych? Poloniści mówią, że nawet 30%.
Ze względu na status matury ustnej z języka polskiego można mówić o „niskiej szkodliwości społecznej” zjawiska, jednak kupowanie prezentacji maturalnych jest tylko elementem systemowej nieuczciwości polskiego systemu edukacyjnego.

Mania ściągania

Jeszcze przed maturą uczeń ma wiele okazji do oszukiwania. Ściągi wykorzystywane na sprawdzianach są tak stare jak szkoła. W zamierzchłych czasach, gdy nie było jeszcze internetu, uczeń sporządzał jednak „pomoce naukowe samodzielnie”, co było pewną formą nauki. Oporny na wiedzę delikwent musiał przynajmniej raz zapoznać się z wymaganym przez nauczyciela materiałem, a następnie go przepisać. Dzisiaj wystarczy wejść na jeden z kilku popularnych portali ściągowych i treść „pomocy naukowej” przekopiować i wydrukować. Czytanie nie jest konieczne. Następnie tak przygotowaną ściągę kserują koledzy i koleżanki z klasy. Również nie czytając. W ten sposób łatwo zyskać popularność w gronie rówieśników. Ba, na tworzeniu ściąg można nawet zarobić. Portal – nomen omen – nauka.pl zorganizował konkurs pt. „Mania ściągania”, w którym autorzy największej liczby ściąg mogą wygrać multimedialne kursy językowe i inne cenne nagrody.

Ile kosztuje egzamin?

Gdy tak wyedukowany absolwent idzie na studia, w dalszym ciągu korzysta z „pomocy naukowych” zamieszczonych w internecie. Wielka liczba studentów umożliwia stosowanie również bardziej wyszukanych metod oszukiwania wykładowców. Nie masz ochoty ślęczeć nad książkami? Nic prostszego, możesz wynająć osobę, która „pomoże ci się przygotować do egzaminu”. Tak przynajmniej w internecie ogłaszają się osoby, które za pieniądze są w stanie… zdać egzamin za studenta. Jak to możliwe? Zorganizowanie tego typu operacji najłatwiejsze jest na obleganych kierunkach, gdzie studiuje kilka tysięcy osób na roku. Nie można też zapominać, że wiele uczelni prywatnych działa w myśl zasady, że najważniejsze jest to, aby klient był zadowolony, czyli otrzymał potrzebny mu „papier”. Połączenie tych dwóch czynników powoduje, że kontrola tożsamości studentów wchodzących do auli bywa bardzo nieszczelna. Jeśli na egzamin może wejść prawie każda osoba, to może wejść również taka, która za odpowiednią opłatę rozwiąże test za leniwego studenta. W sytuacji, gdy jedynym śladem egzaminu jest karta kodowa z zakreślonymi ołówkiem polami, wykrycie oszustwa po fakcie jest niemal niemożliwe. Cena? Od 500 do 1000 zł. Jak nietrudno się domyślić, analogiczne oszustwo w przypadku egzaminu ustnego jest dużo trudniejsze i bardziej ryzykowne. Gdy jednak założymy, że często egzaminator w ciągu jednego dnia musi wystawić ocenę niemal setce studentów, a zdjęcie w indeksie można wymienić, to operacja nie jest szaleńcza, jak mogło się na początku wydawać. Cena nadal pozostaje jednak wygórowana – 4 tys. zł. Rzecz jasna, tego typu oszustwo jest nie do pomyślenia na wielu wydziałach państwowych uczelni, gdzie profesor każdego studenta zna przynajmniej z widzenia, a przeegzaminowanie jednej osoby trwa półtorej godziny. Niestety tego typu zwyczaje odchodzą do lamusa. I nawet na renomowanych państwowych uczelniach, na kierunkach typu ekonomia czy zarządzanie, gdzie studiuje kilka tysięcy osób na roku, testy wyboru stały się dominującym sposobem sprawdzania wiedzy i umiejętności studentów.

Co się pani czepia?

Oprócz egzaminów student musi się borykać również z pracami zaliczeniowymi. Tutaj w sukurs leniwym żakom przychodzi internet, gdzie można zamówić pracę na dowolny temat. Czasami w procesie komunikacji między zleceniobiorcą a zleceniodawcą mają miejsce zakłócenia. Stąd na przykład wykładowca może otrzymać… tekst własnego autorstwa, gdyż nieroztropny student zapomni powiedzieć swojemu kontrahentowi, kto będzie sprawdzał zamówioną pracę. Zawsze można jednak zarobić i zamiast płacić jakiemuś mądrali, pracę po prostu skopiować z internetu. Ten rodzaj oszustwa ma krótkie nogi, przynajmniej jeśli wykładowca sam z internetu korzystać potrafi. – Gdy po raz pierwszy studentom pewnej uczelni prywatnej zadałem napisanie eseju filozoficznego na dowolny temat, 90% otrzymanych prac stanowiły prace skopiowane z internetu – opowiada pragnący zachować anonimowość filozof. Takich historii w środowisku akademickim można usłyszeć bez liku. Nie zawsze jednak student przyłapany na oszustwie pokornie spuszcza głowę. – Wykryłam, że jedna z prac zaliczeniowych to plagiat. W odpowiedzi otrzymałam od studentki mejla o treści „co się pani czepia” z wyjaśnieniem, że ona „nie po to płaci za studia, aby teraz po jakichś bibliotekach chodzić” – relacjonuje osoba wykładająca pedagogikę w jednej z prywatnych szkół wyższych.
Po tej długiej litanii przykładów oszustw i bezczelności czytelnik zapyta zapewne, ile kosztuje praca licencjacka czy magisterska. Wiele zależy od tego, czy chcemy kupić pracę oryginalną, czy też taką, która już wcześniej była broniona. Wybór tej drugiej opcji pozornie może się wydawać krokiem samobójczym. Niekoniecznie. Po pierwsze, na wielu prywatnych uczelniach wcale nie tak rzadki jest przypadek, że 80-letni profesor w ciągu jednego roku jest promotorem ok. 70 prac licencjackich. Drugie tyle musi zrecenzować. Po drugie, wiele prywatnych uczelni nie korzysta z (płatnego) programu antyplagiatowego. W efekcie dziury w tym sicie są tak duże, że przepuszczenie plagiatu wcale nie jest tak mało prawdopodobne. Można więc spokojnie zaryzykować przedstawienie promotorowi pracy, która już wcześniej była obroniona przez inną osobę. Koszt takiej pracy wynosi zaledwie 300-400 zł. Na państwowych uczelniach jest znacznie trudniej. Po pierwsze, ostrożność wymusza kontrola treści pracy za pomocą programu antyplagiatowego, po drugie, na seminaria do jednego profesora uczęszcza często kilkanaście, góra kilkadziesiąt osób. W tych warunkach nieuczciwy student musi wysupłać grubszą gotówkę i zlecić napisanie pracy oryginalnej. Osoba pisząca pracę magisterską wzbogaca się o 1,5 tys. zł, nieuczciwy student zaś (o ile pracę obroni) – o dyplom ukończenia studiów wyższych.
Jak to możliwe? Jedną z przyczyn jest rosnąca dysproporcja między liczbą wykładowców i studentów. O ile tych drugich mamy dzisiaj aż pięć razy więcej niż w roku 1989, to liczba pracowników naukowych wzrosła tylko o jedną trzecią. W efekcie profesor pracujący na kilku uczelniach (nie łamie ustawy, bo pracuje na umowę-zlecenie) co tydzień spotyka się z grupą bez mała kilkuset, a nawet kilku tysięcy studentów. Osobista relacja mistrz-nauczyciel odchodzi w przeszłość, a sfera edukacji, szczególnie na poziomie wyższym, zostaje urynkowiona. A jak słusznie zauważył prof. Karol Modzelewski, w tej sferze wolny rynek nie najlepiej się sprawdza. „Na wolnym rynku świetnie się sprzedają fałszywe dyplomy. To towar, który idzie na bazarze jak woda”. Nic dodać, nic ująć.

CENNIK PRAC

• Nieoryginalna prezentacja maturalna z języka polskiego – 40 zł
• Oryginalna prezentacja maturalna z języka polskiego – 120-250 zł
• Nieoryginalna praca licencjacka/magisterska – 400 zł
• Oryginalna praca licencjacka/magisterska – 1200-1500 zł

 

Wydanie: 19/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy