Już nie będziemy drugim Kuwejtem?

Już nie będziemy drugim Kuwejtem?

Im bardziej zaglądamy do otworów wiertniczych, tym bardziej okazuje się, że gazu łupkowego tam mało

Czy nasze wielkie nadzieje związane z gazem łupkowym okażą się równie wielkim rozczarowaniem? 21 marca zostanie opublikowany raport Polskiego Instytutu Geologicznego, który ma podać zweryfikowane, bardziej realne wielkości przewidywanych zasobów tego surowca. I być może będzie to koniec marzeń o polskiej łupkowej potędze.
Przypomnijmy, że według szacunków sporządzonych w kwietniu 2011 r. przez badaczy z amerykańskiego Departamentu Energii, w Polsce ma być ok. 5,3 bln m sześc. gazu łupkowego. Jest to ocena mówiąca, ile surowca może – prawdopodobnie – się znajdować w naszych skałach. Nie opiera się ona na wynikach pochodzących z sieci wierceń badawczych, lecz przede wszystkim na analizie budowy geologicznej Polski. Nie wiadomo zatem, czy i jaka część tych zasobów byłaby w ogóle technicznie możliwa do eksploatacji.

Gdybyśmy mieli te złoża…

Ta bardzo wstępna i hipotetyczna ekspertyza została w naszym kraju potraktowana nader optymistycznie. Duża część mediów przyjęła jako pewnik, że posiadamy zasoby nie tylko dostępne, ale i opłacalne w wydobyciu, które zapewnią nam niezależność energetyczną na najbliższe 300 lat. Rolę mediów trzeba podkreślić, ponieważ tych opinii, na razie wyssanych z palca, nie wyrażali eksperci rynku paliwowego. Była to własna, autorska twórczość reprezentantów „czwartej władzy”.
Jako przykład może służyć sposób prezentacji raportu firmy Deloitte. Raport ten, zapewne na zamówienie lobbystów z branży łupkowej, uznał, że w związku z eksploatacją gazu łupkowego doszło do rewolucji energetycznej, która zmieniła surowcowo-energetyczną mapę świata. Te wywody są nieprawdziwe i pozbawione realnych podstaw, ale akurat wobec naszego kraju raport okazał się w miarę rzetelny, podkreślając, że gdyby faktycznie Polska posiadała złoża oszacowane przez amerykański Departament Energii, miałoby to wielki wpływ na Europę i na Rosję, która utraciłaby polski rynek, a pod wpływem konkurencji z naszej strony musiałaby obniżyć ceny swojego gazu z wszelkimi tego konsekwencjami.
Nasze media gremialnie jednak pominęły zwrot „gdyby faktycznie”, uznając, że w przyszłości wyparcie Rosji z rynku gazowego przez Polskę jest w zasadzie przesądzone. W połączeniu z naszą skłonnością do wyolbrzymiania rzekomych sukcesów sprawiło to, że poczuliśmy się już łupkowym Kuwejtem. Naszym snom o potędze sprzyjało budowanie przeświadczenia, że osoby podające w wątpliwość przeszło pięciobilionowe zasoby gazu łupkowego są niemal rosyjskimi agentami wpływu, działającymi w interesie Gazpromu, więc nie należy im wierzyć.

Wróżenie z fusów

Tymczasem kilkanaście dni przed publikacją raportu PIG Jerzy Nawrocki, dyrektor instytutu, oświadczył, że gazu łupkowego jest w Polsce znacznie mniej, niż wcześniej przewidywano. Dyr. Nawrocki nie podał żadnych liczb, nie chcąc niweczyć efektu, jaki wywoła prezentacja raportu. Stwierdził tylko, że wprawdzie szacunki potencjalnych zasobów okażą się niższe od podawanych dotychczas, ale polski gaz łupkowy „będzie mieć realny wpływ na produkcję”. Jest to sformułowanie na tyle ogólnikowe, że można je uznać za całkowicie pewne. W podobnym tonie wypowiedział się Piotr Woźniak, główny geolog kraju, wskazując, że na pewno dojdzie do redukcji zbyt optymistycznych szacunków.
Nieoficjalnie mówi się, że raport Polskiego Instytutu Geologicznego oszacuje zasoby gazu łupkowego w Polsce na najwyżej 2,5-2,6 bln m sześc. Nie brakuje wszakże specjalistów przypuszczających, że będzie to niewiele ponad 1 bln m sześc. Ku tej właśnie wielkości skłaniają się m.in. prof. Krzysztof Szamałek z Wydziału Geologii UW oraz Andrzej Szczęśniak, ekspert energetyczny. Mowa o zasobach potencjalnych, które realnie mogą się okazać jeszcze mniejsze, ale mają być możliwe do eksploatacji przy obecnym poziomie techniki. Ciągle nie wiadomo natomiast, czy wydobycie będzie uzasadnione ekonomicznie.
Rzecz jednak w tym, że wszystkie te podawane biliony metrów sześciennych stanowią wróżenie z fusów. To, czy w Polsce jest gaz łupkowy i czy warto go wydobywać, można potwierdzić tylko poprzez wykonanie odpowiedniej liczby odwiertów. Aby można było dość wiarygodnie wyrokować co do całego obszaru Polski, odwiertów powinno być co najmniej 100-150. Aby uzyskać graniczące z pewnością prawdopodobieństwo potwierdzenia tych przypuszczeń – aż 300. Dotychczas wykonano 15 odwiertów. W stosunku do zamierzeń mamy więc tempo mniej więcej takie jak przy budowie autostrad. Oznacza to, że na podstawie raportu PIG także nie będzie można formułować jakichkolwiek ocen odnoszących się do wielkości zasobów gazu w Polsce. Będą to bowiem bardzo mało precyzyjne szacunki, oparte na danych punktowych, i tylko niewiele bardziej wiarygodne – właśnie zaledwie o tych kilkanaście odwiertów – od ubiegłorocznej ekspertyzy Departamentu Energii (raport PIG powstał we współpracy z amerykańskimi służbami geologicznymi). Dlatego minister środowiska Marcin Korolec zaleca ostrożność w ocenie jakichkolwiek liczb, które znajdą się w raporcie PIG, podkreślając, że to tylko szacunek, który z czasem na pewno zostanie skorygowany.

Rozczarowanie i nadzieja

Na razie o łupkach w Polsce wciąż wiemy niewiele. Wiadomo jednak, że techniczne i ekonomiczne warunki wydobycia w USA nie powinny być mechanicznie przenoszone na polski grunt, bo są to dwa różne środowiska geologiczne. U nas złoża są głębiej, a ich ułożenie sprawia, że nie zawsze będzie można je eksploatować, wiercąc po prostu pionowe otwory, co często wystarcza w USA. Eksploatacja polskich złóż wymagać będzie także wiercenia otworów poziomych na bardzo dużych głębokościach, sięgających od 2,5 do nawet 4,5 km.
Przede wszystkim zaś nie wiadomo, czy we wszystkich naszych złożach gaz rzeczywiście jest. Aby powstał, powinien w nich nastąpić proces tzw. przejścia przez okno gazowe. A tego, czy nastąpił, nie będziemy wiedzieć bez wierceń. Inna sprawa, że nawet gdy wykonane zostaną wszystkie odwierty, zaplanowane w ponad 100 koncesjach poszukiwawczych udzielonych w Polsce, możemy nie uzyskać pełnej orientacji. Zgodnie z systemem koncesyjnym przyjętym przez nasze władze firmy poszukiwawcze mają bowiem prawo przez pięć lat nie podawać informacji do publicznej wiadomości. Można jednak raczej założyć, że jeśli wyniki wierceń będą dobre, na pewno się tym pochwalą.
Na razie doniesienia o rezultatach są skąpe. W lutym wielki koncern Exxon wyraził rozczarowanie. Jak oświadczono, „ilość gazu odnalezionego w pierwszych odwiertach w Polsce była niewystarczająca, aby uruchomić regularne, komercyjne wydobycie surowca”. Dwie inne firmy także zawiadomiły, że wiercenia w Lebieniu i Lęborku wykazały za małą ilość gazu. Jest jednak i sygnał pozytywny. Rzeczniczka państwowego Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa oznajmiła, że wyniki dotychczasowych prac wykonanych na odwiercie Lubocino są więcej niż obiecujące.

Na pierwszy ogień

Po wcześniejszym huraoptymizmie może nie należy popadać w drugą skrajność. Nie wolno jednak wykluczyć najbardziej niekorzystnego scenariusza, wedle którego w Polsce w ogóle nie będzie gazu łupkowego w ilościach nadających się do eksploatacji.
O tym, czy istnieją przesłanki możliwości występowania – czyli jeszcze nie samo występowanie – gazu łupkowego, mówi tzw. wskaźnik łącznej zawartości substancji organicznej w badanej próbie, który musi wynosić minimum 4%. W wierceniach wykonywanych w Polsce w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wskaźnik ten wynosił od 0,8% do 2,4%. Tylko w przypadku dwóch odwiertów przekroczono minimalne 4%. Na razie brakuje konkretnych informacji, czy wartość 4% została osiągnięta w którymś z odwiertów wykonywanych ostatnio w ramach koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego.
Minister skarbu Mikołaj Budzanowski, naciskany przez premiera Tuska, oświadczył, że wydobycie gazu łupkowego powinno się zacząć już w 2015 r. Problem jednak w tym, że na obecny rok firmy prowadzące poszukiwania zaplanowały wykonanie zaledwie 18 odwiertów. Nie należy się temu dziwić, bo jest to działalność bardzo kosztowna, jedno wiercenie pochłania średnio 15 mln dol. Przy takim tempie poszukiwań o rozpoczęciu wydobycia przemysłowego będzie można mówić najwcześniej za 10 lat. Jeśli oczywiście los okaże się dla nas łaskawy i będzie co wydobywać.
Na razie wypada zapytać, czy aby rzeczywiście flara, zapalona w ubiegłym roku przez Donalda Tuska podczas jego przedwyborczej wizyty na odwiercie Lubocino, zasilana jest gazem pochodzącym z łupków, a nie zwykłym ziemnym.

Wydanie: 12/2012

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy