Koncert uwalnia demony

Koncert uwalnia demony

Fisz – Bartosz Waglewski

Chwytając gitarę, czuję się ciągle dzieciakiem spełniającym swoje marzenia

– Przypadek rodziny Waglewskich obala stwierdzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Razem z bratem Piotrem Waglewskim tworzyliście już wiele muzycznych projektów: Fisz-Emade, zespół Tworzywo Sztuczne, skład z waszym ojcem, Wojciechem Waglewskim, a teraz powołaliście do życia grupę Kim Nowak. Rodzinny biznes?
– Dużo było takich współpracujących ze sobą rodzin. A jeśli chodzi o braci, to mnóstwo, Nomeansno, bracia z zespołu Pantera, Jacksons Five, Joka z Abradabem w Kalibrze 44; Miles Davis próbował z synem, ale coś im nie wychodziło, Frank Zappa muzykował z synami, podobnie Tom Waits… Historia muzyki zna dużo takich udanych rodzinnych mariaży.

– Razem gracie już dziesięć lat.
– Tak. Wcześniej mieliśmy zespoły heavymetalowe, punkowe, później poszliśmy w stronę hip-hopu i elektroniki. Teraz wróciliśmy do rocka. Koło się zamknęło.

– Jak się dogadujecie prywatnie?
– Z bratem dobrze mi się współpracuje, muzycznie świetnie się dogadujemy i uzupełniamy. Ale mentalnie jesteśmy zupełnie inni, jesteśmy innymi typami osobowości, mamy inne temperamenty, ja jestem ten bardziej mrukliwy, a on bardzo towarzyski. Czasami musimy od siebie odpocząć. Był taki moment, w którym każdy realizował swoje płyty, ja z Envee, a Piotr z O.S.T.R. Teraz w Kim Nowak przez to, że chwyciłem tam za bas, a Emade gra na perkusji, tworzymy zgraną sekcję rytmiczną.

Muzyka to najczystsza energia

– Jakie relacje łączą ciebie i brata z ojcem? Mistrz-uczeń?
– Nie, niekoniecznie. Były takie momenty, że podpatrywaliśmy doświadczenie, a przede wszystkim dobrą muzykę, natomiast był gdzieś etap buntu. On nas chciał uczyć A-dur, C-dur, jak trzymać gitarę, a my włączaliśmy Beastie Boys. Jak u ojca pojawiało się za dużo Boba Marleya, Jimmiego Hendriksa, to wtedy szukaliśmy niezależnych punkowo-hardcorowych zespołów jak Fugazi albo Nomeansno. Mieliśmy własny muzyczny świat.

– Na początku lat 90. Wojciech Waglewski założył zespół dla dzieci – Małe Wu Wu. Dlaczego z bratem nie byliście członkami tamtego składu?
– Byliśmy wtedy już heavymetalowcami. Nie chcieliśmy śpiewać piosenek dla dzieci. Wydawało mi się, że to obciach. Teraz zupełnie inaczej na to patrzę. To były pierwsze płyty dla dzieci, których dało się słuchać. Teraz sam jestem ojcem i problem jest bardzo poważny, jeśli chodzi o muzykę dla dzieci. To bardzo ważna, ale niedoceniana, wręcz zaniedbana dziedzina. To był czas Gawędy, Fasolek, dzieciaki udawały dorosłych, były takie zmanierowane, egzaltowane, a Małe Wu Wu miało jakiś taki fajny pazur. Ale my nie mogliśmy śpiewać o Winnetou i innych bajeczkach. Nas wtedy interesowały pentagramy i ciemniejsza strona mocy (śmiech).

– Byłeś skazany na muzykowanie, na zajęcie się graniem?
– Nie, właśnie nie. Miałem inny pomysł na życie. Chciałem rysować, zawsze też lubiłem pisać. Opowiadałem i spisywałem jakieś historie, zmyślałem, miałem dużą wyobraźnię. Szybko jednak odkryłem, że muzyka to bardzo czysta forma, jeśli chodzi o energię, emocje. Czy zagrasz na basie, czy krzykniesz ze sceny, a przy okazji masz od razu ludzi, którzy na to reagują, to jest najmocniejsza wymiana energii, taka najbardziej namacalna. Podobny punkt widzenia ma mój brat. Dlatego m.in. z nim współpracuję, bo jemu też chodzi o tę dziką energię. Zresztą on jest takim perkusistą Zwierzakiem, jak z Muppetów.

– Muzyka zaspokaja cię artystycznie?
– Nie, ciągnie mnie, żeby sobie pomalować – tak dla siebie, po prostu. Ale jest kupa roboty, trzeba się skupić na tym, co przynosi największą satysfakcję. Ostatnio zrobiłem obrazek na okładkę poezji Wojtka Bonowicza. Ale nie chodzi tu o jakieś zaspokajanie artystyczne, ja po prostu chcę robić rzeczy, które mnie bawią, często wzruszają.

– Potrzebujesz ludzi do tego, żeby się realizować? Potrzebujesz audytorium? Bo jesteś zupełnie inny na scenie niż w rozmowach. Kiedy rozmawiamy, jesteś cichym, spokojnym introwertykiem, a na scenie facetem, z którego bije dzika, zwierzęca energia.
– Kilka osób, które mnie znają na co dzień, ma te same spostrzeżenia. Ojciec, który późno wybrał się na nasz koncert, był bardzo zaskoczony tym, co się dzieje na scenie. Jestem bardzo spokojnym człowiekiem, przychodzę do domu, mam rodzinę, odpoczywam, a koncert jest jakimś wyzwoleniem emocji, uwolnieniem demonów.

– A wracając do pracy z ojcem, był dla ciebie jakimś guru, ideałem muzycznym?
– Gdy byliśmy mniejsi, jeździliśmy do Jarocina. Dobrze pamiętam pierwsze Jarociny, miałem wtedy z osiem, dziewięć lat. Pamiętam metalowy zespół Wilczy Pająk, jak wyskoczył z tymi wybuchami i ostrą muzyką. To zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Zapamiętałem zespół Armia z czasów „Legendy”. Bardzo lubiłem ten zespół, ale bywałem też na koncertach Voo Voo. Zawsze było w domu dużo różnej muzyki. Kiedy ojciec słuchał jazzu, mnie to bardzo nudziło. Byłem chłopakiem w koszulce Maradony i zupełnie nie kumałem długich solówek, ale jak słuchał Talking Heads, to bardzo mi się to podobało. Później, w szóstej-siódmej klasie, w czasach liceum miałem „naprasowankę” Iron Maiden, potem koszulki Sepultury itd. Straszna walka, pamiętam, była z włosami. Nie można było mieć grzywek, które wpadają do oczu, bo niby nie mogłeś czytać ani pisać poprawnie. Wyglądałem jak Bruce Dickinson, wokalista Iron Maiden. Miałem taką grzywę do brwi. Później po ostrym rockowym graniu i punk rocku w latach 90. zainteresował nas hip-hop. Rap był ewidentnym buntem przeciw gitarze. Każdy siedział w domu, dłubał i chciał się dowiedzieć, jak jest wygenerowane to brzmienie. Każdy, kto grał na gitarze, wiedział, że jest A-dur, D-dur, ale zrobić bit na automacie, komputerze – to już była wyższa szkoła jazdy.

Naturszczycy z nazwiskiem

– Nie do końca chciałeś być nazywany hiphopowcem. Nie chciałeś być w muzycznym getcie.
– Jak masz 19 lat, to jeszcze lubisz ubierać się w jakiś mundur, z kimś się identyfikować. U mnie to się szybko zmieniło. Poczułem jakąś taką straszną odrębność. Postrzegałem hip-hop jako bardzo czysty muzycznie gatunek. To jest rewolucja w robieniu muzyki, ale też jeśli chodzi o słowa. Słuchałem piosenek Boba Dylana, czyli historii opowiadanych od początku do końca, a jednak zwrotka, refren były zawsze ważne. Hip-hop to była konkretna rewolucja. Zabawa słowem. Posługiwanie się nie melodią, ale perkusyjnym rytmem. To robiło wrażenie. Pamiętam pierwsze płyty Kalibra 44, pierwszą składankę DJ 600 Volt. To były rzeczy super, bo okazało się, że są ludzie, którzy robią bity w Polsce i świetnie sobie radzą z polskim językiem.

– Wróciliście do grania ostrego, prymitywnego, samczego. Powrót do młodości? Za młody jesteś na powroty, podsumowania.
– Kiedyś rozmawiałem z kimś dużo starszym o tym, że o śmierci najczęściej się myśli, mając 30 lat, kiedy wiesz, że już coś tracisz, a z drugiej strony nie jesteś jeszcze nasycony, nie wiesz, co będzie, boisz się to stracić. Ale jeśli sentyment, to tylko za muzyką i za latami 90. Sentyment za muzyką mocną i brudną. Często tak graliśmy na próbach. To też jest kwestia spotkania ludzi w odpowiednim miejscu i czasie, okazało się, że Michał Sobolewski ma podobne sentymenty. Był taki czas, że tu, w Warszawie, nikt nie chciał grać rocka – raczej plumkało się coś w stylu funky czy soul. Kiedy rozmawialiśmy dużo o muzyce, okazało się, że na styl gry Michała wpłynął jego ojciec, który jest wielkim fanem i kolekcjonerem muzyki rockowej z lat 60.

– Mówiłeś o tych klubach, do których jeździsz, śmierdzących, zalanych piwem, ale wy wróciliście do takiej muzyki. Garażowej i brudnej. Wasza nowa muzyka śmierdzi?
– Tak, właśnie o to chodziło. Oprócz hip-hopu brakowało żywego zespołu. W graniu w klubach jest to, co lubimy najbardziej. Czujesz ten pot, jest gorąco, oddech na karku. A kiedy wychodzisz na dużą scenę, masz morze ludzi, ale nie wiesz, do kogo docierasz tak do końca.

– Czułeś, że jesteś skazany na sukces przez swoje nazwisko, koneksje?
– To bardzo naturalne, że jak jesteś w rodzinie muzyka, zarażasz się pasją, dostajesz wiedzę. Podobnie to wygląda z prawnikami, stolarzami itd. Natomiast wydając pierwszą płytę, chcieliśmy na swoją historię zapracować. Byliśmy w środowisku, które znaliśmy, ono było nasze, większość tych ludzi nie wiedziała, co to jest Voo Voo, bo to byli młodzi ludzie, którzy mieli jakiś tam swój pomysł na granie, i dla nich najważniejsi byli np. Beastie Boys.

– A ojciec was nie przestrzegał: „Chłopaki, nie bądźcie muzykami, bo to strasznie niewdzięczna robota, kasę płacą nieregularnie, dragi, alkohol itd.”?
– Nie (śmiech), przed tym nas nie przestrzegał. Bardziej zwracał uwagę na to, żeby się uczyć, ćwiczyć. Ja miałem bunt w sobie, bo ojciec na samym początku komputerami się w ogóle nie interesował, gdzie się włącza itd. A my wtedy już głęboko siedzieliśmy w hip-hopie i komputerach. Gdzieś tam też istnieliśmy w tym środowisku, znaliśmy Volta, poznaliśmy Bognę Świątkowską, która prowadziła pierwszą audycję hiphopową w Polsce. Przynieśliśmy jej naszą pierwszą kasetę, ona przekazała ją dalej Tytusowi. Tytus – dzisiaj nasz wydawca – był strasznym fanem tego, co się działo w światowym hip-hopie, i marzył o swojej wytwórni. W tym środowisku nikogo nie interesowało, czy jesteśmy Waglewscy i jakie mamy nazwiska. Dźwięki nagrywaliśmy na strychu u siebie w domu. Mimo że mieliśmy ojca, który występował na scenie, czuliśmy się naturszczykami. Zrobiliśmy płytę na strychu, wydaliśmy ją u przyjaciela…

Żyję z muzyki

– Byliście fanami ojca, jego twórczości?
– Znałem jego płyty. Słuchałem ich, chodziłem na koncerty. Pamiętam okres największej popularności Voo Voo, to był koniec podstawówki. I płyta „Łobi jabi”. Ja byłem wtedy heavymetalowcem. Voo Voo było wtedy popularne.

– A widziałeś ten blask sławy w domu?
– Raczej nie, ale ojciec nie był nigdy gwiazdą. W czasach, gdy chodziłem do szkoły, tata nie miał jakiegoś wielkiego przeboju, nie był na pierwszym miejscu w Trójce czy w „Muzycznej Jedynce”. Pamiętam, że był to okres wielkiej popularności polskiego rocka – wszyscy słuchali Róż Europy czy T.Love. Moi koledzy dresiarze z blokowiska mieli kasety np. Kultu czy nawet Tiltu, ale Voo Voo kojarzyli słabo.

– Byłeś buntownikiem?
– Nie, nie byłem buntownikiem, ale takim dziwolągiem. Zawsze na podwórku byliśmy nie od Waglewskiego, muzyka z Voo Voo, bo nie wszyscy kojarzyli, co to za postać, ale dziećmi „artystów”.

– Zawsze trzymaliście sztamę z bratem?
– Tak. Trzymaliśmy się razem. Mieszkaliśmy w takim malutkim mieszkanku, mieliśmy jeden pokój, łóżko piętrowe, te same plakaty i te same kasety.

– Właściwie tak wam zostało, taka rodzinna firma.
– Chyba tak.

– Chciałbyś nagrać coś absolutnie solowego? Coś, co sam byś sobie nagrał, wyprodukował itd.?
– Tak, miałem taki pomysł, nie wiem, czy to się ukaże. Piotrek teraz szykuje swoją epkę (minialbum – przyp. red.) instrumentalną, ale mam kilka takich pomysłów. Chciałbym, żeby była bardzo autorska, z moją okładką, rysunkiem.

– Żyjesz z muzyki?
– Tak, żyję z muzyki.

– Na jakim poziomie można żyć, grając muzykę niekomercyjną?
– Jest w porządku, ale nie mam wygórowanych potrzeb. Wiadomo, że czasami brakuje, i cały czas jest trochę adrenaliny, że nie wiadomo, jak to będzie.

– A co jest dla ciebie miarą sukcesu?
– Nie ma tak naprawdę w Polsce muzycznej nagrody, która byłaby odpowiednikiem Grammy czy Mercury Prize. Dla mnie największym sukcesem jest to, że cały czas robię coś, co mnie bawi. Chwytając gitarę, czuję się ciągle takim dzieciakiem spełniającym swoje marzenia. Sukcesem jest to, że niezależnie od recenzji czy nakładów płyt ludzie przychodzą na nasze koncerty. Nie wyobrażam sobie życia bez koncertowania. A jak kiedyś ludzie nie przyjdą na koncert i nie kupią biletu, to trzeba będzie myśleć o czymś innym, może będę robił kebab.

– Wydaje mi się, że na płycie Kim Nowak teksty są mniej ważne. Bawisz się słowem czy chcesz coś powiedzieć o sobie i swoich emocjach?
– Dla mnie te teksty są bardzo ważne. Natomiast na płycie Kim Nowak odgrywają troszkę inną rolę, są takie bardziej muzyczne, bardziej frazowane, wierszowane. To są takie wierszyki, które mają opowiadać o muzyce, którą słyszę. Ważniejsze dla mnie jest „jak”, a nie „co”. Tematy od wieków są takie same, miłość, przemijanie…

– Chcesz coś powiedzieć swojemu słuchaczowi? Masz jakiś przekaz, poczucie misji?
– Nie, poczucia misji na pewno nie. Zawsze wybierałem sobie artystów, którzy pisali przede wszystkim muzykę autorską, gdzie teksty odgrywały ogromną rolę – jak Bob Dylan. Dobry tekst ma coś z poezji, wierszyka.

Koncert w konwencji umierającego śledzia

– Nie śpiewasz o polityce?
– Nie. Na „Piątek 13” pojawiły się po prostu nazwiska, bo to był dziwny okres takiej wojny politycznej. Tę płytę zainspirowały w dużej mierze tytuły prasowe, postacie medialne, bo to po prostu często fajne słowa.

– le się czułeś wtedy w Polsce z czasów rządów PiS, w okresie, kiedy powstawała ta płyta?
– Atmosfera była zła. To był dziwny czas i dobrze, że już przeminął.

– Boisz się, że tamten czas może powrócić?
– Od czasu rządów PiS nie mam w domu w ogóle telewizora. To był okres, kiedy politycy bardzo dobrze wyczuli, że TVN 24 jest oglądany, że warto robić konferencje prasowe, że warto utrzymywać nie do końca jasne podziały. Wtedy wyrzuciłem telewizor, bo się złapałem, że za dużo czasu na to marnuję. Mnie to coraz mniej interesuje, natomiast nie rozumiem tego języka agresji. W ogóle język polityki nie podoba mi się, bez względu na to, jakie to opcje.

– Ale na wybory chodzisz?
– Tak.

– A ostatnio głosowałeś za czy przeciw komuś?
– W tym wypadku chyba głosowałem przeciwko.

– Pracujesz w Trójce, to nie jest polityczne medium?
– Jesteśmy ludźmi z zewnątrz. Natomiast tam się dzieją bardzo dziwne rzeczy. Z każdą zmianą polityczną ludzie boją się o pracę.

– Jak długo współpracujesz z Trójką?
– Dwa lata.

– Ilu było prezesów przez ten czas?
– Trzech, teraz będzie czwarty.

– Politycy powinni trzymać się z daleka od mediów?
– Tam pracują ludzie, którzy lubią radio, lubią swoją pracę. I mają serdecznie dosyć polityków.

– Chciałbyś zostać w Trójce?
– Dla mnie to jest frajda, bo nie jestem ani dziennikarzem, ani człowiekiem, który chce pisać o muzyce, zajmować się krytyką. Jestem kolekcjonerem, fanem muzyki, a tu mam wolną rękę.

– Czujesz się częścią warszaffki, o której śpiewałeś w piosence „Warszaffka płonie” na jednej ze swoich solowych płyt?
– Ludzie często pytają o ten utwór, a dla mnie on już teraz jest nieistotny. Nie chodzę na imprezy, nie znam ludzi… Ale samą Warszawę lubię. Dziwi mnie, że to jest miasto tak strasznie znienawidzone.

– Polska dzieli się na Warszawę i resztę Polski?
– Tak nie jest, ale jak miałem trasę, to jest Gdańsk, Kraków, Wrocław, Poznań…

– Rzeszów?
– Rzeszów to już gorzej. W Rzeszowie byliśmy chyba dwa razy w ciągu dziesięciu lat. Prędzej w Łodzi. Najgorsze w trasach jest jeżdżenie po naszych drogach, bo to zawsze grozi spóźnieniem. To największa męka. Koncert to przyjemność, tylko czasem jest to koncert w konwencji umierającego śledzia.

– Jak jeździsz przez te dziesięć lat po Polsce, to masz wrażenie, że kraj się zmienił?
– Ludzie chodzą na koncerty, a nie zawsze tak było. Są ludzie, którzy organizują te koncerty. Mamy też dużo dobrych festiwali. Coraz częściej znajdują się pieniądze na kulturę.

– Jak na ciebie jako artystę wpłynęły wydarzenia ostatnich miesięcy – katastrofa, powódź?
– Powódź – tak, zostały poodwoływane różne koncerty. Zima była taka długa i strasznie czekałem na wiosnę, a tu sru i nagle woda. Jak zwykle byliśmy zupełnie nieprzygotowani do takiej sytuacji. To jest przejmujące. O tej katastrofie już mi się nie chce mówić, zresztą zaraz po niej powstały piękne, wzruszające piosenki.

– Sam nie nagrywasz żadnego utworu w hołdzie?
– Nie, no coś ty?!

—————————————-

Fisz – wł. Bartosz Waglewski, ur. 19 marca 1978 r. w Warszawie. Wokalista, kompozytor, autor słów, basista, współtwórca m.in. zespołów Kim Nowak i Tworzywo Sztuczne, a także malarz. Studiował na Europejskiej Akademii Sztuk. Styl Fisza to mieszanka hip-hopu, rocka, jazzu, funky i szeroko pojętej muzyki elektronicznej. Fisz na początku był członkiem hiphopowego warszawskiego zespołu RHX Skład. Później rozpoczął eksperymenty muzyczne, m.in. z jazzem na płycie „F3”, by wrócić do hiphopowych korzeni na płycie „Piątek 13”. Jest synem muzyka Wojciecha Waglewskiego i starszym bratem Piotra Waglewskiego (Emade, DJ MAD). Żona Marta prowadzi galerię sztuki Białko.
Razem z ojcem prowadzi audycję „Magiel Wagli” w Programie III Polskiego Radia.
Zdobył osiem nominacji do Nagrody Akademii Fonograficznej Fryderyk. W 2007 r. razem z Emade otrzymali Fryderyka w kategorii „Album roku – hip-hop/rap” za album „Piątek 13”. Fisz zdobył nagrodę Machiner 2000 w kategorii „Płyta niszowa” oraz nominację do Paszportu „Polityki” w kategorii „Jazz, rock, pop, estrada”. W 2005 r. cała trójka – Fisz, Emade i Wojciech Waglewski – otrzymała Fenomen, nagrodę tygodnika „Przekrój”. Fisz i Emade zostali nagrodzeni Paszportem „Polityki” 2006 w kategorii „Muzyka popularna”. W lutym 2008 r. ukazał się album „Męska muzyka” firmowany przez rodzinne trio Waglewski, Fisz, Emade (nagrodzony złotą płytą, pierwszą w karierze braci Waglewskich). Obecnie Fisz promuje pierwszą płytę nagraną wspólnie jako trio Kim Nowak.

Wydanie: 31/2010

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy