Kradzione na Wigilię

Kradzione na Wigilię

Przed Bożym Narodzeniem rusza pospolite ruszenie kłusowników. W lasach dokonywana jest rzeź Dzik rozejrzał się czujnie wokół. Podniósł z legowiska. Otrząsnął z igliwia. Błyszcząca sierść, wielkie, białe szable. Ważąca ponad 100 kg bryła mięśni. Król lasu. Wyruszył w grudniową noc, by zaspokoić głód. Gdy ścieżka w młodniaku robiła się zbyt wąska, roztrącał na boki kilkumetrowe sosny. Przy kolejnej bramce poczuł stalowy ucisk na ryju. Coś go zatrzymało. Wpadł we wnyki. Zaczął ryć ziemię, próbując zrzucić pętlę. Zaciskała się jeszcze mocniej. Walczył rozpaczliwie do świtu. Wreszcie wyrwał sosnę, do której były przywiązane wnyki. Ruszył jak oszalały, wlokąc za sobą kilkumetrowe drzewko. Klinował się między drzewami i wyszarpywał. Umierał z bólu i wycieńczenia. Kaźnia trwała cztery dni. Znalazł go podczas obchodu jeden z leśniczych. Strzał zakończył cierpienia króla. Takie dramaty rozgrywają się w polskich lasach codziennie. Najwięcej jest ich w okresie przedświątecznym. Po szynki, drzewka jodłowe i wigilijnego karpia wyruszają w bór i na wodę kłusownicy. Idą jak po swoje. Padają strzały, pękają groble. Stalowe zatrzaski miażdżą kości. Specjalnie tresowane psy przegryzają gardła zającom. Za wabionymi do chłopskich stodół kuropatwami zamykają się wierzeje. Czasem giną ludzie. Leśne widma Potrawka z łosia to jedno z dań podawanych w eleganckich lokalach. Kosztuje około 60 zł. Serwuje się je, choć od dwóch lat w Polsce jest moratorium na odstrzał łosia. Lokale gastronomiczne są głównymi odbiorcami skłusowanej zwierzyny. Kilogram dzika w skupie kosztuje 2,50 zł, łani – 6 zł, sarny – 8 zł. Ceny na czarnym rynku są podobne. Ale bez VAT i kłopotliwej księgowości. Droga rarytasów z dziczyzny na restauracyjny stół jest długa i niebezpieczna. Zaczyna się w leśnych ostępach. Pochylam się, osłaniając dłonią oczy, by uniknąć uderzenia gałęzi. Pod stopami miękka bagienna trawa. Ścieżka jest tak wąska, że trzeba przeciskać się, idąc bokiem. Obcy po zejściu z prowadzącego do wsi duktu straci orientację po kwadransie. Moim przewodnikiem jest leśniczy Mariusz Podleśny. Tyły zabezpieczają komendant straży leśnej z Lubartowa i jego ludzie. Idziemy po ścieżkach, którymi równie często jak zwierzyna chadzają kłusownicy. – Kiedyś strzelało się u nas na polowaniu ze 100 zajęcy. Dziś 10-20. Kłusownictwo to plaga, z którą walczymy na co dzień. Wyłapujemy sprawców. Ale na ich miejsce przychodzą nowi. Często syn zastępuje starego ojca – mówi Stanisław Kuśmierz, nadleśniczy z Lubartowa. Jego teren to ponad 14 tys. ha. Porastają go głównie sosny i dęby. W ukrytych między nimi stawach wylegują się leniwe i wypasione w grudniu karpie. W ostępach można spotkać m.in. orły bieliki, myszołowy, dziki, sarny i jelenie. Są też drapieżcy, których trzeba unikać: uzbrojeni kłusownicy. Plątanina leśnych ścieżek prowadzi do nęciowiska. To miejsca przy myśliwskich ambonach, gdzie wykłada się pokarm dla zwierzyny. Lubią je również kłusownicy. – Rok temu w grudniu byłem w tej okolicy nocą na obchodzie. Usłyszałem strzał. Poszedłem w kierunku ambony. Gdy się zbliżałem, padł kolejny strzał. Odskoczyłem. To mógł być mój ostatni obchód. Kłusownik uciekł. Został po nim martwy dzik – mówi Mariusz Podleśny, gdy wychodzimy z młodnika na skraj polanki. Znaleźliśmy ślady po legowiskach i wnykach zastawianych między drzewami. Narzędzi mordu tym razem nie było. To dowód skuteczności działania tutejszych strażników i leśników. Ale wiedzą, że za kilka dni zbiorą zwoje linek zakończonych pętlami. Przed Bożym Narodzeniem w całej Polsce zaczyna się kłusownicze pospolite ruszenie. – W grudniu ub.r. na tym terenie zebrałem z kolegą leśniczym jednego dnia 140 wnyków – wspomina Podleśny. Teren, o którym mówi, ma zaledwie 5 ha. W tej części nadleśnictwa Lubartów kłusownicy posługują się przede wszystkim wnykami. W północno-wschodnim rewirze sidła zastępuje broń. Strzelają nie tylko do zwierzyny i strażników. Mordują się nawzajem, gdy konkurencja wchodzi na ich teren. Zabójcze negocjacje Przy stawach należących do nadleśnictwa Lubartów we Wzorach stoi lastrykowy krzyż. Pamiątka po spotkaniu, jakie cztery lata temu odbyli tu kłusownicy z sąsiednich wsi. Negocjacje miały położyć kres nieporozumieniom dotyczącym granic rewirów. Zakończyły się śmiertelnym

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2002, 50-51/2002

Kategorie: Reportaż