Krajobraz po kacu

Krajobraz po kacu

Świat się nie zawali, on tylko oszalał – komentują zachodni politycy i publicyści

Korespondencja z Berlina

Oh my God! – to z tygodnika „Die Zeit” dzień po wyborach prezydenckich w USA. W zachodniej prasie dominuje poczucie kaca. Mało kto rezygnuje z okazji wrzucenia choć jednej szyderczej wzmianki o przyszłym prezydencie USA.

Publicyści w Niemczech jeszcze przez kilka dni szukali wyjaśnień dostępnych ich umysłom. Wie konnte das passieren? (Jak to się mogło wydarzyć?), pytał we właściwym sobie stylu tabloid „Bild”. Godną jasnowidza dalekowzrocznością wykazał się dziennik „FAZ”, który już w przeddzień wyborów wrzucił na pierwszą stronę zdjęcie lakierków Donalda Trumpa z napisem: Das Ende ist nah (Koniec jest blisko), zapożyczonym z katastroficznego filmu „The Day After Tomorrow”. „Triumf Trumpa jest klęską Zachodu”, pisał Jakob Augstein, felietonista „Spiegla”. Dosadniej wyraził się Torsten Krauel. „We Francji Putin chce widzieć kobietę u władzy, Marine Le Pen. W Niemczech chce się pozbyć kobiety, Angeli Merkel. Teraz może być pewien, że Biały Dom nie wejdzie mu w paradę”, uważa komentator „Die Welt”. Jego zdaniem, niemiecka kanclerz będzie musiała się zmierzyć z człowiekiem, dla którego jej polityka nie ma racji bytu. „Jeżeli w maju we Francji wygra Front Narodowy, Merkel będzie przewodzić państwu otoczonemu przez kraje rządzone przez nacjonalistów, którego rynki eksportowe się rozpadną – obawia się Krauel i pyta: – Kiedy Europa ma zewrzeć szeregi, jeśli nie teraz?”.

Gorzkie przebudzenie

O ile Angela Merkel swój powyborczy komentarz osłodziła dyplomatycznym lukrem, o tyle jej zastępca nie przebierał w słowach. „Jestem przerażony, »autorytarna międzynarodówka« wykorzystuje kryzysy na świecie i oszukuje naiwnych wyborców”, martwił się Sigmar Gabriel w wywiadzie dla „Berliner Morgenpost”. W szoku była także Ursula von der Leyen. „Będę potrzebowała kilku dni, aby to przetrawić”, przyznała minister obrony w telewizji. Cem Özdemir przestrzegał zaś, że Niemcy czeka „gorzkie przebudzenie”. „Pamiętajmy, że Trump wygrał mimo ostracyzmu we własnej partii. On nie musi spłacać żadnych długów wobec republikanów, co czyni go jeszcze bardziej nieprzewidywalnym”, zaznaczył lider Zielonych w rozmowie z N24.

Nie każdy polityk znad Sprewy wszedł na ścieżkę konfrontacji z prezydentem elektem. „Akceptujemy werdykt amerykańskich wyborców, ale na pewno nie będzie łatwiej niż przedtem”, stwierdził Frank-Walter Steinmeier. Wygrana Trumpa zmusiła szefa niemieckiego MSZ do życzliwych deklaracji, choć jeszcze kilka dni przed wyborami nazywał republikańskiego kandydata „nienawistnym kaznodzieją”. Z ust dyplomaty podobne określenia padają niezwykle rzadko, a jeśli tak, to nie pod adresem sojusznika. Inni politycy próbują rozwodnić mroczne scenariusze żartami. „USA wytrzymały Busha, to uporają się z Trumpem”, przypuszcza Martin Schulz, przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Według niego zwycięstwo Trumpa obnażyło to, w jakim stopniu waszyngtońskie elity i oddane im sondażownie rozminęły się z nastrojami społecznymi. „Amerykanie nie wybrali Trumpa z miłości, oni wykorzystali go jako koktajl Mołotowa, aby wrzucić go do Białego Domu”, tłumaczy Schulz. Gryzącą ironią zareagował także Heiko Maas, minister sprawiedliwości. „Świat się nie zawali, on tylko oszalał”, pisał polityk SPD w powyborczą środę na Twitterze.

Pozory bezstronności

Również francuskie media opierały się na niewzruszonej pewności, że Hillary Clinton ma prezydenturę w kieszeni. „Dla świata poza granicami USA wynik wyborów prezydenckich jest zimnym prysznicem”, napisał Gilles Paris, dziennikarz związany z dziennikiem „Le Monde”. Natomiast François Hollande próbował podtrzymać pozory bezstronności, acz tydzień wcześniej także jemu wyrwał się zgryźliwy komentarz. „Ten, kto w taki sposób wypowiada się o kobietach i imigrantach, wywołuje u mnie odruchy wymiotne”, twierdził prezydent Francji. Najszybciej z powyborczego szoku otrząsnęli się redaktorzy „Le Figaro”, którzy zastanawiali się, kim będą doradcy Trumpa, prostujący w przyszłości jego pomyłki. „Trump przemówił do zawiedzionych wyborców prostym językiem i trafił do ich serc. To było raczej referendum za odrzuceniem Clinton, której zimna profesjonalność zniweczyła jej marzenia o Białym Domu. Teraz módlmy się o sztab doświadczonych doradców”, oceniał Maurin Picard. „Program Trumpa jest krytykowany nawet przez bliskich mu konserwatystów, niemniej będzie mógł go teraz swobodnie realizować”, czytamy w lewicowej „Libération”.

Nie brakuje jednak nad Sekwaną polityków, którzy wyciągnęli z lodówki szampana. Marine Le Pen pogratulowała Trumpowi, zanim zrobiła to jego kontrkandydatka. Florian Philippot, jeden z młodych liderów FN, w Brexicie i zwycięstwie Trumpa dostrzega realną szansę na wyborczą wiktorię Le Pen w maju 2017 r.

Podobnym „chlebem” karmi swój elektorat niemiecka populistka Frauke Petry, która przed przyszłorocznymi wyborami do Bundestagu cieszy się, że „demokracja jeszcze oddycha”. Większości Niemców jednak nie jest do śmiechu. W Berlinie najpierw nastąpił szok, a potem przejmująca cisza. Co dalej?

„Dla niemieckich polityków Donald Trump jest wielką niewiadomą. Steinmeier rozmawiał z Henrym Kissingerem, znającym świat Partii Republikańskiej, ale nawet on jest bezradny”, potwierdza dziennikarka Tina Hassel.

Niemieckie korzenie

Trzeba bowiem mieć naprawdę dużą wyobraźnię, żeby zarysować pierwsze spotkanie niemieckiej kanclerz i nowego prezydenta USA. Beznamiętna i opanowana protestantka obok telewizyjnego showmana i mizogina, co rusz popełniającego bezkarne faule. Podczas kampanii Trump niemal na każdym wiecu powtarzał, że Merkel jest wariatką, gdyż „zaprosiła miliony imigrantów”. To był wprawdzie cios wymierzony w „chcącą jej dorównać” Hillary Clinton, ale kanclerz bywa pamiętliwa. Podobnych typów Merkel zwykle omija szerokim łukiem. Tyle że polityka międzynarodowa to nie koncert życzeń.

„Spełnił się najgorszy możliwy scenariusz. Wybory w Stanach Zjednoczonych wygrał człowiek, który nie potrafi się opanować i reaguje impulsywnie, często z zamiarem pomszczenia doznanego zawodu. Dla polityki międzynarodowej takie zachowanie jest trucizną”, stwierdziła Sylke Tempel, redaktorka naczelna dwumiesięcznika „Internationale Politik”.

Według Cema Özdemira prezydent elekt może rzeczywiście przyjąć taktykę bezrefleksyjnego wywiązywania się z niektórych obietnic: „Można się spodziewać, że nowa administracja zawiesi wiele wiążących umów, w tym porozumienie nuklearne z Iranem i ustalenia paryskie w sprawie ochrony klimatu”. Do kolizji może dojść także w kwestii przyszłości NATO. Trump nieraz dawał do zrozumienia, że pod jego przywództwem USA wyjdą z roli „głównego płatnika” Sojuszu.

„Wątpię, żeby Trump zechciał budować mosty. Oprócz tego, że chce wsadzić homoseksualistów do więzień i zbudować mur na granicy z Meksykiem, jest niezapisaną kartką”, pieklił się Sigmar Gabriel, szef SPD.

Czy Trump będzie dbał o dobre stosunki USA ze Starym Kontynentem? Hollande nie krył sympatii dla Clinton, tym bardziej że francuski genealog Jean-Louis Beaucarnot odkrył, że prezydent Francji i była sekretarz stanu są spokrewnieni. Z kolei dziadek przyszłego prezydenta USA był Niemcem. Friedrich Trump pochodził z Palatynatu, w 1885 r., w wieku 16 lat, wyemigrował do USA i zdobył fortunę w branży gastronomicznej. Po 8 listopada spokojny Kallstadt jest oblężony przez dziennikarzy z całego kraju. Niemieckie korzenie Trumpowi raczej nie pomogą. Przed wyborami zaledwie 7% Niemców przyznało, że z dwojga złego postawiłoby krzyżyk przy nazwisku 70-letniego populisty.

Wydanie: 46/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy