Gdy książka była bogiem

Gdy książka była bogiem

W ciągu niewielu lat zwalczono analfabetyzm i wyrobiono u ludzi taki szlachetny snobizm, że wypada czytać i mieć książki w domu

Józef Hen – pisarz, scenarzysta, pamiętnikarz, dramaturg, reżyser

Czytelnicy przychodzą na pańskie spotkania autorskie?
– Sale na ogół są pełne, bywa, że trzeba dostawiać krzesła.

W wydanym w 2009 r. „Dzienniku na nowy wiek” opisał pan podróż na drugi koniec Polski na spotkanie z czytelnikami w księgarni. W jej witrynie przechodniów kusiły pańskie książki, ale chętnych do bezpośredniego kontaktu z autorem brakowało.
– To było w Wejherowie, przyszło pięć osób.

Zapamiętałem też obrazek z targów książki, jeszcze w Pałacu Kultury: wybitny polski pisarz Józef Hen rozmawia przy stoisku z panią z wydawnictwa, tymczasem obok kłębi się tłum wokół znanego z telewizji celebryty…
– Nie mam problemu z podobnymi sytuacjami, zahartowałem się, bo przez lata prawie o mnie nie pisano. Powieść „Nikt nie woła” czekała na wydanie 33 lata. Także po 1989 r. nie byłem rozpieszczany. Nie chcę się skarżyć, ale dwie moje ważne książki – „Błazen – wielki mąż” o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim i „Mój przyjaciel król” o Stanisławie Auguście Poniatowskim – nie znalazły się nawet w finale nagrody Nike. Wielkim miłośnikiem obu tych książek był Tadeusz Różewicz. To lepsze od nagrody.

Drugie dno

Trzeba literackiego Oscara, by zagwarantować sobie tłumy na spotkaniach?
– Ja mam swoich czytelników, oni rozumieją, co piszę. Wtedy w Wejherowie to był po prostu pech. Dwa lata później w czasie serii spotkań autorskich zorganizowanych przez pana Krystiana Nehrebeckiego znowu byłem w tej samej księgarni. Przyszło – poza sezonem turystycznym – ponad 20 osób, a panie pracujące w księgarni powiedziały, że wszystkie moje książki sprzedadzą się, gdy przyjadą letnicy. Największe wrażenie z tamtego objazdu wywarło na mnie spotkanie autorskie w Bibliotece Głównej Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni – salę wypełniały po brzegi panie, żony marynarzy…

Jak pan jest odbierany?
– Stałem się, dość nieoczekiwanie dla samego siebie, pisarzem elitarnym. Przez wiele lat moje książki były przeznaczone dla tzw. masowego odbiorcy. Nie słyszałem skarg, że trudno mnie czytać. Mimo to czytelnicy i pewni krytycy wiedzieli, że w moim pisaniu jest zawarta jakaś głębsza refleksja, drugie dno. Tak było z opowiadaniem „Bokser i śmierć” (zekranizowaną w 1962 r. przez filmowców czechosłowackich opowieścią o zawodowym bokserze, który uniknął śmierci, bo miał szczęście zostać sparingpartnerem komendanta obozu koncentracyjnego – przyp. red.). Ono miało najwięcej tłumaczeń spośród moich utworów. Pamiętam, że zachwycał się nim prof. Leon Kieres, prawnik, ale chwaliły także pisma sportowe, które podkreślały, że wreszcie ktoś fachowo napisał o boksie. (Kilka minut później do stolika w kawiarni hotelu Sheraton, przy którym toczyła się rozmowa, podszedł Jacek Gmoch, były selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski. Zwracając się do Józefa Hena, powiedział: „Chciałem podziękować za te wszystkie pańskie recenzje, za miłość do piłki nożnej. Pan był jednym z pierwszych pisarzy, jeśli w ogóle nie pierwszym, dla którego piłka była czytelna”).

Zatrzymane w kadrze

Temu wizerunkowi pisarza popularnego sprzyjały filmy oparte na pana scenariuszach.
– Lubiłem włoskie filmy nowelowe: Rosselliniego, Blasettiego, u którego grali De Sica i młody Mastroianni. Zdarzyło się, że szefowie zespołu „Kadr” – Jerzy Kawalerowicz, Tadeusz Konwicki i Ludwik Hager – zwrócili się do mnie: „Daj nam coś”. Przyniosłem im kilka opowiadań: „Macie w nich film”. Po dwóch tygodniach – byłem akurat w Oborach (pałacu, w którym znajdował się Dom Pracy Twórczej Związku Literatów Polskich – przyp. red.) – przyjechał do mnie Tadek Konwicki z jakimś bladym chłopcem. „To on będzie robił”, zakomunikował. Tym chłopcem okazał się Kazimierz Kutz, a jego debiutancki film na podstawie mojego scenariusza, „Krzyż Walecznych”, dostał nagrodę dla najlepszego filmu roku 1959.

W grudniu zeszłego roku został pan laureatem Nagrody Specjalnej Stowarzyszenia Filmowców Polskich za szczególne zasługi dla kinematografii.
– Cieszę się, że filmy oparte na moich scenariuszach są wciąż pokazywane w telewizji. Miałem satysfakcję z niedawnej emisji w TVP Kultura „Dwóch żeber Adama”. W końcu mężczyzna mieszkający w małym miasteczku z dwiema żonami odbiega zasadniczo od promowanego dziś w Polsce modelu rodziny. W dodatku miasteczko jest oburzone nie tym, że on ma dwie żony, lecz tym, że one żyją w zgodzie, nie skaczą sobie do oczu.

W kwartalniku „Bibliotekarz Lubelski” z 1968 r. wymieniono pisarzy, którzy odwiedzili biblioteki powiatu łukowskiego, m.in. Igora Newerlego, Władysława Broniewskiego, Wojciecha Żukrowskiego, Lesława Bartelskiego i Józefa Hena. Zacne grono.
– W samym Łukowie nie byłem. Możliwe, że chodzi o jakąś miejscowość w okolicy. W maju będę gościem Miejskiej Biblioteki Publicznej w sąsiednim Radzyniu Podlaskim. Dopiero niedawno dowiedzieli się, że ojciec autora książki o Montaigne’u i jego rodzice pochodzili z tego miasta. Posłałem bibliotece „Nowolipie”, gdzie jest poświęcony temu rozdział. Zostałem zaproszony na spotkanie z czytelnikami.

Nowolipie i okolice

„Nowolipie” to opowieść o pana życiu w przedwojennej Warszawie. Warto przypomnieć, że debiutował pan na łamach założonego przez Janusza Korczaka i redagowanego przez Igora Newerlego „Małego Przeglądu”. Jakie były pana pierwsze kontakty z książką?
– Rodzice nie gromadzili książek, choć matka namiętnie je czytała – po polsku. Ojciec też czytał – ale tylko w jidysz – prasę żydowską z dość bogatymi dodatkami literackimi. Byłem najmłodszy z czwórki rodzeństwa. Wszyscy czytaliśmy. W czytających domach przed wojną był zwyczaj korzystania z wypożyczalni. Każde z nas chodziło po książki do innej wypożyczalni.

To były polskie wypożyczalnie?
– One znajdowały się w dzielnicy żydowskiej, ale książki były w języku polskim. Wypożyczalnia na Nowolipiu nazywała się Parnas, na Lesznie (dzisiejsza aleja Solidarności) – Renaissance, a na Elektoralnej – Wirginia, jej właściciel nazywał się Wirgin. W „Pokoleniu” Bohdana Czeszki przeczytałem, że on wypożyczał książki z tej samej Wirginii co ja. Ode mnie się dowiedział, że kiedy weszli Niemcy, pan Wirgin się powiesił. Wypożyczalnie były wspaniałe – w Polsce było bodajże 600 takich, na których bazowały wydawnictwa, bo brały od nich całą beletrystykę. Wydawca decydował się np. na nakład 800 egzemplarzy, 600 szło do wypożyczalni, pozostałe 200 trafiało do sprzedaży. Dzięki wypożyczalniom miał zapewniony podstawowy zbyt.

Wypożyczalnie były płatne?
– Oczywiście. Aby z nich korzystać, należało zapłacić kaucję w wysokości 2 zł, na wypadek gdyby książka się zgubiła. Miesięczny abonament wynosił bodajże 50 gr. Pozwalał na wypożyczenie dowolnej liczby książek – pod warunkiem że zwróciło się wypożyczoną wcześniej.

Książka klasowa

Polscy chłopcy czytali tak samo pilnie?
– Nie znałem czysto polskich chłopców, katolików. W szkołach, do których chodziłem, uczyły się dzieci żydowskie, a językiem wykładowym był polski. Sami też rozmawialiśmy ze sobą po polsku. W naszej kamienicy, na Nowolipiu 53, mieszkały dwie rodziny chrześcijańskie: dozorcy, pana Jana, i państwa Krzyżewskich, z którymi my, Cukierowie, byliśmy zaprzyjaźnieni. Pan Krzyżewski był szewcem, robił buty na sprzedaż, a ich zięciem był pułkownik Wojska Polskiego. Żeby ożenić się z córką szewca, musiał wystąpić o specjalne pozwolenie. Podczas oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 r. pani Krzyżewska przyniosła nam pół dużego bochenka chleba. Po latach jej wnuk pojawił się na moim spotkaniu autorskim i powiedział, że był dumny, gdy przeczytał o tym w „Nowolipiu”. Robotnicy w firmie mojego ojca byli chrześcijanami, czasem nawet o szlachecko brzmiących nazwiskach, jak Miciński czy Czajkowski. Stąd wiem, że w polskich domach robotniczych książek nie było. Widziałem je natomiast w Pradze czeskiej, gdy skierowano mnie na kwaterę do jakiegoś robotnika.

W czasie spisu powszechnego w 1931 r. ponad 700 tys. spośród 1,1 mln mieszkańców województwa poleskiego jako język ojczysty wskazało „tutejszy”. Oni nie wiedzieli nawet, w jakim języku mówią…
– Jerzy Kosiński jest atakowany za to, że w „Malowanym ptaku” zarzuca Polakom antysemityzm, ale on w tej powieści opisuje zachowania nie Polaków, lecz Poleszuków. Miałem szczęście rozmawiać z Kosińskim w 1988 r., okazało się, że zanim wyjechał z Polski, był moim czytelnikiem.

Analfabetyzm, ciemnota, związane z nim, barbarzyństwo… Książka w przedwojennych polskich rodzinach pozostawała wyznacznikiem przynależności do ziemiaństwa lub inteligencji, a czytanie nie było powszechne.
– Oczywiście, że nie.

Szlachetny snobizm

A potem przyszedł kataklizm wojenny. Po jego zakończeniu warstwa czytająca okazała się niezwykle cienka: zgładzono Żydów i znaczną część polskiej inteligencji. Trzeba było zaczynać prawie od zera. 3 maja 1946 r. urządzono pierwsze Dni Oświaty, ale wtedy nie sprzedawano książek, lecz od osób prywatnych zbierano książki i pieniądze na książki dla bibliotek.
– Ale już w Lublinie, w 1944 r., zaczęto wydawać tomiki wierszy Przybosia, Putramenta, Szenwalda, Brunona Jasieńskiego (mimo że został rozstrzelany w Związku Radzieckim!). Później w ciągu niewielu lat zwalczono analfabetyzm i, co było niezwykłe, wyrobiono u ludzi przekonanie – taki szlachetny snobizm – że wypada czytać i mieć książki w domu. Wydawano bardzo tanio. Książkę można było kupić razem z gazetą za 2,40 zł. Państwowy Instytut Wydawniczy wydawał tanią serię klasyki francuskiej. Tygodnik „Odrodzenie” i Czytelnik w ramach Klubów Dobrej Książki wydawały tanio w masowych nakładach bardzo ciekawe tytuły. Mam wydane przez Czytelnika w 1947 r. „Trzynaście opowieści” Ksawerego Pruszyńskiego. Niedawno jakiś wielbiciel napisał, że kocha mnie za „Trzynaście opowieści”. Sprostowałem: „To nie ja, lecz Pruszyński”, więcej ten pan do mnie się nie odezwał… Nie zapomnę widoku mężczyzny idącego w roboczym kombinezonie ulicą, chyba Myśliwiecką, który czytał mój „Notes lejtnanta Nikaszyna” wydany w 1953 r. w 150-tysięcznym nakładzie przez Naszą Księgarnię. Książka kosztowała półtora złotego, ale dzięki wysokiemu nakładowi wydawca na niej nie stracił. Notabene w „Żołnierzu Wolności” oburzano się, że takie autentyki wojenne jak zakrwawiony notes tego lejtnanta Hen trzyma u siebie w domu, zamiast oddać do archiwum Wojska Polskiego. A przecież ten pamiętnik był literacką fikcją… Złotą żyłą dla wydawców były lektury szkolne. Autorzy pochodzili z rozdzielnika. PIW przydzielono Henryka Sienkiewicza, Czytelnikowi – Stefana Żeromskiego, Elizę Orzeszkową i Zofię Nałkowską. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza zarobiła najwięcej, bo dostała Józefa Ignacego Kraszewskiego. Wywodzący się ze wsi ludzie chętnie go kupowali, Kraszewski był im bliski. Na przykład „Ulana” – o miłości panicza i wiejskiej dziewczyny.

Pisarze na ulicy, książki jak wesołe miasteczko

W 1949 r. branżowy magazyn „Praca Księgarska” podkreślał sukces urządzanych w maju imprez promujących czytelnictwo: „Okazało się, że tak poważny obiekt jak książka może być dla wielotysięcznych mas ludności atrakcją nie mniejszą niż zabawa taneczna lub »wesołe miasteczko«, że wrażliwość mas na głębsze podniety kulturalne jest duża”.
– A teraz mamy propagandę ciemnoty. Obecni władcy chcą, by ludzie byli bigotami, bez, broń Boże, ciągot intelektualnych – i głosowali na nich. Jednym z największych błędów Platformy Obywatelskiej wobec inteligencji była ostentacyjna próba likwidacji PIW. Jak słusznie pisał prof. Bronisław Łagowski w PRZEGLĄDZIE, robiono tak tylko z głupio rozumianych względów politycznych – rządzący prezentowali się jako solidarnościowcy, a PIW był dla nich wydawnictwem komuszym. Rząd PiS uchylił decyzję o likwidacji PIW także ze względów politycznych, bo podjęła ją Platforma.

Na początku maja 1949 r. zorganizowano Tydzień Oświaty, Książki i Prasy, w Warszawie pisarze podpisywali książki na ulicy.
– Konkretnie w Alejach Ujazdowskich, tu urządzano pierwsze kiermasze. Mam zdjęcia, jak podpisuję swoje książki razem z Janem Brzechwą i Stanisławem Jerzym Lecem. Wśród przechadzającego się tłumu bywali członkowie Biura Politycznego (bez obstawy, choć to był jeszcze okres stalinowski). Zatrzymywali się przy stoiskach, oglądali książki. W późniejszych latach podpisywałem książki na kiermaszu wokół Pałacu Kultury. Kiedyś popełniłem straszny błąd, zgadzając się na dyżur przy stoisku równocześnie z Melchiorem Wańkowiczem. Wszyscy biegli do niego… Niekiedy na kiermaszu przysiadały się do mnie osoby, które znałem: mój lekarz, a nawet opisany przeze mnie jako kawał drania w powieści „Kwiecień” zastępca dowódcy dywizji, z którą forsowałem Odrę.

Kiedy zaczął pan jeździć na spotkania autorskie?
– To bardzo ciekawa historia! Zapomniałem bardzo wiele ważniejszych dla mnie nazwisk, ale do dziś pamiętam nazwisko pana Tanianisa z Ostrołęki, który z ramienia Czytelnika zajmował się w 1949 r. – w ramach Tygodnia Oświaty, Książki i Prasy – pisarzami z Warszawy. Miałem co najmniej trzy spotkania w Ostrołęce i okolicach. To nie były łatwe czasy. 3 maja leśni przepędzili chłopów z pola, mówiąc, że jest święto i nie wolno pracować. Jedno ze spotkań wypadło w niedzielę. Ostrzeżono mnie: „Leśni są teraz w kościele, ale po mszy przyjdą, niech pan uważa”. Miałem dwadzieścia kilka lat, w czasie wojny znajdowałem się wiele razy w poważnych tarapatach, więc za bardzo się nie bałem. Czytałem fragment wspomnień „Na zachód od Nysy”, gdy zjawili się w sali leśni. Siedzieli z ponurymi minami, ale słuchali i po pewnym czasie zaczęli potakująco kiwać głowami, mówiąc: „Tak było”. W Myszyńcu po spotkaniu autorskim ks. Murawski, kulturalny 60-latek, zaprosił mnie na kolację i co chwilę powtarzał: „Witam przedstawiciela żywego słowa”. Do stołu podawała nam młoda, ładna kobieta. „Kuzynka”, wyjaśnił. Przeniosłem potem tę kuzynkę do „Dwóch żeber Adama”. Gdy ksiądz dowiedział się, że jestem na ty z Ksawerym Pruszyńskim, zapytał, czy mógłbym go z nim skontaktować. Nie zdążyłem, Ksawery zginął tragicznie.

Jak wyglądała ta Polska pod Ostrołęką?
– Zapamiętałem kurpiowską wieś o nazwie Surowe, uwieczniłem ją w reportażu „W Surowem”. Budowano w niej piętrową szkołę, do wejścia prowadziło kilka drewnianych schodków. Dzieci biegały po nich, dla nich to była wielka atrakcja, pierwszy raz w życiu widziały schody. Do dziś mam przed oczami śliczne twarze dzieci i bardzo oddanego pracy nauczyciela.

Kultura pod strzechą

Czytałem powojenne pamiętniki nauczycieli wiejskich szkół, siłaczy i siłaczek zmagających się z brakiem książek i podstawowych pomocy dydaktycznych, wpajających elementarne zasady higieny, obcinających włosy uczniom z wszawicą, organizujących wieczorami oglądanie w świetlicy telewizji dla mieszkańców.
– Telewizja odegrała wielką rolę w rozwoju kulturalnym. Kultura, zwłaszcza na wsi i w małych miasteczkach, trafiała przez telewizję, często oglądaną wspólnie w szkole, bo tam znajdował się jedyny odbiornik w okolicy. „Kabaret Starszych Panów” docierał do milionów, podobnie jak poniedziałkowy Teatr Telewizji czy piosenki zmarłego niedawno Wojciecha Młynarskiego. Ci głodni świata ludzie dzięki telewizji nabierali ogłady, uczyli się pewnej delikatności, wrażliwości. Aleksander Wat w „Pamiętniku mówionym” powiedział Czesławowi Miłoszowi, że kiedy do Łucka we wrześniu 1939 r. weszli Rosjanie, przekonał się w kinie, jaki jest zapach Wschodu. Mógł się o tym przekonać przed wojną w kraju, ale go nie znał, nie wychodził poza Ziemiańską. Dzięki wyjazdom na spotkania autorskie „wąchałem” Polskę, wiele się nauczyłem.

W pamiętnikach młodzieży z przełomu lat 50. i 60. powtarza się zdanie: „Marzę o domu pełnym książek”. Półka z książkami na widocznym miejscu była obowiązkowym elementem wyposażenia inteligenckiego M-3, na każdym większym osiedlu znajdowała się biblioteka publiczna i księgarnia Domu Książki. Dzieci od pierwszych lat życia miały kontakt z książką.
– W zwyczaju było zapraszanie literata na otwarcie nowej biblioteki, pamiętam taką wzruszającą uroczystość w Nowym lub Starym Sączu. Bardzo ubolewam nad tym, że księgarnie padają jak muchy. Symboliczne jest umieszczenie oddziału banku komercyjnego w trzykondygnacyjnym gmachu dawnego Domu Książki Uniwersus przy Belwederskiej.

Zmieniło się podejście do książki, podobnie jak do prasy. Kiedyś czytano po kilka gazet codziennych i tygodników.
– Takich tygodników jak „Świat” i „Polityka” nie było w żadnym innym kraju Układu Warszawskiego.

„Politykę”, podobnie jak wiele innych tytułów polskiej prasy, można było kupić w dużych miastach radzieckich.
– Pamiętam spotkanie z Wiktorem Niekrasowem, autorem powieści „W okopach Stalingradu”, w czasie moskiewskiego pokazu „Krzyża Walecznych”. Mówił, że nauczył się polskiego, by czytać tygodnik „Świat”, ale ostatnio do niego nie przychodzi, choć go zaprenumerował. Wyjaśniłem, że „Świat” ma kłopoty, bo uznano go za pismo rewizjonistyczne, ale wkrótce znowu będzie go otrzymywał, bo odzyskał debit. „Mam nadzieję, że »Świat« nie przestanie być rewizjonistyczny”, uśmiechnął się Niekrasow. Moi radzieccy znajomi czytali „Politykę”, „Świat” i „Ekran” – ten ostatni, choć pozostawał mocno partyjnym pismem, to publikował informacje o nowych filmach zachodnich, które nie docierały do ZSRR.

To fenomen, że po niewielu latach ta bardzo świeża inteligencja miała wpływ na radzieckie elity. Przecież my teraz nie oddziałujemy na Niemców, Francuzów czy Brytyjczyków. Andriej Konczałowski w jednej z książek opisał, jak wielkim przeżyciem było dla niego obejrzenie „Kanału” Andrzeja Wajdy.
– Polskie filmy odniosły sukces w ZSRR dużo wcześniej – np. „Ostatni etap” Wandy Jakubowskiej z 1947 r. i „Ulica Graniczna” Aleksandra Forda z roku 1948. A potem nadeszła polska szkoła filmowa.

Inteligent bez ludu

Janusz Korczak, Igor Newerly, Boy – to przykłady inteligentów zanurzonych w społeczeństwie, służących mu. W 1976 r. powstał Komitet Obrony Robotników – inteligenci wspierali represjonowanych pracowników wielkich zakładów. Gdy dawni KOR-owcy objęli władzę, przyłożyli rękę do ich likwidacji. Jacek Kuroń rozdawał na ulicy zupę bezrobotnym. Inteligencja oddzieliła się od ludu.
– Osoby wywodzące się z KOR idealizowały Polskę po transformacji, były przekonane, że najważniejsza jest wolność, a wszystkie problemy same się rozwiążą. Wystarczy „niewidzialna ręka wolnego rynku”. W 1991 r. miewałem spotkania z młodzieżą z łódzkich liceów. Kiedy powiedziałem, że wybitni przedstawiciele niedawnej opozycji demokratycznej wyobrażali sobie, że gdy Polska stanie się wolna, wszyscy będą z zapałem pracować, nikt nie będzie kradł, młodzież wybuchła śmiechem. Przypominam: to był rok 1991!

W 2013 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” oskarżał pan rządzącą wówczas Platformę Obywatelską: „Ci, którzy wykrzykują: »Precz z komuną!«, wygłupiają się, bo to typowy rząd burżuazyjny, w znaczeniu marksistowskim. Rząd, który popiera kamieniczników, zapomina o lokatorach”. Ci lokatorzy dali o sobie znać w wyborach w 2015 r.
– Myślę, że lokatorzy w dużym stopniu pozostali w domu, nie głosowali.

Frekwencja była większa niż zwykle.
– Bo księża zmobilizowali małe miasteczka i wieś, natomiast sfrustrowana lub zobojętniała inteligencja nie głosowała. Z drugiej strony wielu ludzi, którzy czuli się skrzywdzeni, postanowiło na złość Platformie poprzeć PiS.

Dwie trzecie wyborców w wieku od 18 do 29 lat poparło w 2015 r. konserwatywną prawicę. To klęska odwołującej się do wolności i demokracji inteligencji, ona potrafi protestować na ulicach przeciwko PiS, ale nie ma ochoty zbliżyć się do zwykłych ludzi, poznać ich problemów, spróbować przekonać do swoich racji.
– To efekt wielkich zmian, jakie dokonały się w samej inteligencji. Ona jest inna niż dawniej, obowiązek służenia społeczeństwu wyparła idea „Bogaćcie się!”.

Pieniądze i egoizm zepsuły inteligencję?
– Egoizm dawniej był potępiany, teraz stał się czymś normalnym. Może sprawiedliwiej nazwać to egotyzmem. Zadbaj o siebie. O swoje ja. Praca społeczna mało kogo pociąga, ilu mamy takich ludzi jak Jerzy Owsiak?

Czy inteligencja zaangażowana społecznie i służąca społeczeństwu jest już bytem martwym?
– Myślę, że pewne rzeczy się odrodzą, w tym etos zaangażowanej inteligencji.

Ciekawy jest przypadek Soni Dragi – pana obecnej wydawczyni. Jej pierwszym biznesem, prowadzi go nadal, była sprzedaż akcesoriów do samochodów. Co się stało, że oficyna znana z wydania „Kodu Leonarda da Vinci” i „Pięćdziesięciu twarzy Greya” sięgnęła po „Powrót do bezsennych nocy”?
– Sonia Draga wznowiła także „Bruliony profesora T.” i „Mojego przyjaciela króla”, a to jeszcze nie wszystko. Ona do mnie nie dokłada, ale z pewnością nie zarobi tyle, co na „Greyu”. Dlaczego to robi? Januszowi Głowackiemu – o którym wie, że się przyjaźnimy – miała powiedzieć, że jest dumna z możliwości wydawania moich książek, bo nie chce się ograniczać do czystej komercji. Nareszcie znalazło się wydawnictwo, na które mogę liczyć.

Wydanie: 15/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy