Kto zyskał, kto stracił, a kto rozczarował w 2004 roku

Kto zyskał, kto stracił, a kto rozczarował w 2004 roku

Rok 2004 był rokiem naszego wejścia do Unii, zmiany na stanowisku premiera, no i komisji orlenowskiej. Rok bez wyborów przebiegł jak rok kampanii wyborczej. Mieliśmy więc dwa światy. Pierwszy to świat realny, drugi to świat politycznych potyczek.
W świecie realnym Polska stała się członkiem Unii, to wejście okazało się udane. Unijne pieniądze zaczęły zasilać kraj, polska żywność stała się hitem na rynkach europejskich. Gospodarka wkroczyła na ścieżkę trwałego rozwoju, wreszcie zaczęło spadać bezrobocie. Polska – największa w tym zasługa prezydenta Kwaśniewskiego, ale przecież nie tylko jego – rozegrała brawurową partię w polityce zagranicznej, pomagając w rozwiązaniu klinczu na Ukrainie.
W świecie politycznych potyczek mieliśmy z kolei komisję orlenowską, festiwal rozmaitych przecieków, afery, skandale, najniższe notowania Sejmu i najniższe notowania SLD, który balansuje dziś na granicy progu wyborczego.
W takiej atmosferze jedni poszli do góry, drudzy spadli. Do góry poszła prawica, której wszyscy wróżą zwycięstwo w tegorocznych wyborach. W dół potoczyła się lewica, cały rok 2004 był jej systematycznym zsuwaniem się.
Ale i na prawicy, i na lewicy ten czas różni politycy różnie spożytkowali. Po prawej stronie jedni okrzepli, drudzy przesunęli się w tył. Po lewej stronie klęskę poniósł tzw. obóz Leszka Millera, zniknęli m.in. Marek Wagner, Marek Pol i Jerzy Jaskiernia, z innych powodów, za sprawą obstrukcji PO, do straconych rok 2004 może zaliczyć Jerzy Hausner. Dobry rok był dla Danuty Hübner (została komisarzem UE, i to na prestiżowym stanowisku), Andrzeja Ananicza i Jacka Sochy (w którym rządzie szefem wywiadu i ministrem skarbu mogą zostać ludzie absolutnie spoza rządzącego układu?). Wyłania się już też grupa liderów, którzy będą chcieli zagospodarować lewicowy elektorat. I w sytuacji, w której prawica strzeliła w górę, to oni zajęli miejsce „politycznych nadziei”. Ale czy im się uda? Czy wykorzystają swoją szansę? To jedno z najciekawszych pytań nowego roku. Inne dotyczą wyników wyborów parlamentarnych i prezydenckich. I tego, w jak dużym stopniu zmienią polityczny układ sił…

W górę
1. Marek Belka – premier z innego świata
Tisze jadiesz, dalsze budiesz – mawiają Rosjanie, i jak ulał pasuje to do Marka Belki. Zbudował rząd, jaki chciał, bez niekompetentnych aparatczyków, programowo nie angażuje się w pyskówki, tylko robi swoje. Zgasił pożar w służbie zdrowia, pilnuje unijnych pieniędzy, żeby przychodziły do kraju, sprywatyzował z sukcesem PKO BP, wyciągnął porwaną Polkę z Iraku. Pies z kulawą nogą tym się nie interesuje, w Polsce i politycy, i media wolą bijatykę oraz wzajemne obelgi, a Belki w tej karczmie nie uświadczysz. On do takich lokali nie chadza. Kawałek Zachodu w przaśnej, nadwiślańskiej rzeczywistości. Gdy przestanie być premierem, pewnie pójdzie pracować w świat, za grube tysiące dolarów, bo ofert mu nie zabraknie.
I wtedy go docenimy.

  1. Roman Giertych – Lepper z ludzką twarzą
    Skrzyżowanie Rokity i Leppera. Pcha go w górę Komisja Śledcza i radykalizm, opowieści o wielkim złodziejstwie III RP. Narzucił ton i Rokicie, i Kaczyńskim.
    Nie widać po nim jakichkolwiek zahamowań. Millera namawiał, by SLD zrobił go przewodniczącym komisji orlenowskiej, a on w zamian będzie atakował Platformę, nie ruszy zaś SLD, od Kulczyka, podczas tajnego obiadu na Jasnej Górze, chciał kwitów na Kwaśniewskiego. Tak pojmuje politykę.
    Już nie jest tak elegancki jak rok temu, już zapowiada, że będzie walka na noże. Przytakują mu chłopcy z ogolonymi głowami i starsze panie w moherowych beretach. To jego ekipa na XXI w.
  2. Jan Władysław Rokita – aktor dramatyczny
    Miał w roku 2004 stracić to, co zyskał rok wcześniej, lecz nie stracił. Platforma utrzymała pozycję lidera w rankingach, Rokita jest jej kandydatem na premiera, przymilni dziennikarze w wywiadach tytułują już go „panie premierze”, a on przez wrodzoną skromność nie prostuje.
    Sam opowiada, że w dzieciństwie był chłopcem grubym i bitym przez rówieśników. Ale zawsze ratowali go starsi koledzy, którym pozwalał się bawić swoimi resorakami.
    Dziś, po tak traumatycznych przeżyciach, chce rządzić krajem i „ściągać cugle demokracji”. Bardzo jest więc ciekawe, komu odda rolę „starszych kolegów” i jakie da im resoraki.
    Problemem Rokity jest jego poza napuszonej sztuczności i nieopanowane gadulstwo. Człowiek patrzy na niego i nie wie, co jest grą, a co jest prawdziwe.
    Ma coś w sobie z Bronisława Geremka – jak on chciałby być mądry, złośliwy i podziwiany. Ma też w sobie coś z Leszka Millera – chciałby być takim twardzielem jak on. No i powie wszystko, co może mu dać parę punktów.
  3. Lech Kaczyński – warszawiak, brat Jarosława
    Miała go zjeść Warszawa, a to on ją zjadł. Lech Kaczyński dokonał przewrotu kopernikańskiego w polskiej polityce. Do tej pory sądzono, że politycy są rozliczani z tego, że ludziom żyje się dostatniej i bezpieczniej, że urzędy im podległe dobrze pracują. Nic z tych rzeczy. W Warszawie gwałtownie spadły inwestycje, miasto jedzie na deficycie, urzędnicy nie potrafili przygotować wniosków o dofinansowanie z Unii Europejskiej. I co? I nic. Lech Kaczyński otworzył Muzeum Powstania Warszawskiego, pięknie przeprowadził rocznicowe uroczystości, ładnie przemawiał. No i jest liderem w wyścigu do fotela prezydenta RP.
    Jego kariera stanowi przykład na to, że Polacy wciąż wyżej cenią wzruszenia od realiów. No i że warto mieć brata od brudnej roboty.
  4. Marek Dyduch – twarz SLD
    Sekretarz generalny SLD, na grudniowym kongresie w cuglach odnowił swój mandat. Jeśli gdzieś w SLD zapiszczy, Dyduch wie gdzie. Dyryguje partyjnymi strukturami. Jest ambitny – potrafi odchudzać się w tempie pół kilo dziennie. Jest samokrytyczny – sam przyznał, że zrobił z siebie balona, gdy kandydował w marcu na szefa partii. No i jest przewidujący – to on już w 2003 r. namawiał Leszka Millera, by poszedł na długi urlop. Ciężko pracuje. Anty-Oleksy: lojalny, pracowity, jeździ po kraju, spotyka się, pomaga. I za nic nie może się nauczyć publicznych występów. Brakuje mu pewności siebie.
    SLD-owiec w pigułce.
  5. Mariusz Walter – telemagnat
    Wiatr dął w jego żagle. Ustawa medialna jest w koszu, telewizja publiczna dołuje, nie ma ani pieniędzy, ani woli walki, Polsat nie może się pozbierać. Jakkolwiek by patrzeć, Walter winien jest Rywinowi przynajmniej dobre wino. Bo to koncern ITI, ze stacjami TVN, TVN 24 i paroma innymi, zyskał najwięcej na zawirowaniach ostatnich dwóch lat. Dziś w gabinetach polityków TVN 24 leci na okrągło (słuchają się nawzajem…), a w telewizji publicznej mówią, że wzorem programu informacyjnego są dla nich „Fakty”, którym nie zaszkodziło odejście Tomasza Lisa. Do tego Walterowi udało się wejście na giełdę, dostał zastrzyk gotówki.
    Na sukces Waltera złożyło się kilka czynników, spróbujmy więc je wyliczyć: trzeba mieć dużo umiejętności, sporo wytrwałości, trochę szczęścia, nie przywiązywać się do pracowników, nie pchać się na pierwszą linię, no i dobrze się obstawić.

W dół
1. Zyta Gilowska – rezerwowa
Już rok 2003 miała słabszy, powoli w PO spychano ją na drugi plan. No i chyba zepchnięto, bo o Zycie Gilowskiej coraz ciszej. Są po temu co najmniej dwa powody. Pierwszy to zmiana polityki Platformy. Ta partia nie ma już ochoty przedstawiać się jako najlepiej znająca się na gospodarce, bo to daje mało punktów, ona chce być młotem na (czerwone) czarownice, ścigać się z PiS i LPR. W tej walce wali się obuchem, a nie prawi złośliwości. Więc dla Zyty Gilowskiej miejsca tu niewiele. Po drugie, inny jest przeciwnik. Kiedyś miała pole do popisu, mogła dokładać Leszkowi Millerowi czy też impulsywnemu Grzegorzowi Kołodce. A teraz? Każda jej dyskusja ekonomiczna z Belką, Gronickim czy Hausnerem to klapa, oni przejeżdżają się po niej jak profesor po niedouczonej studentce. Platforma więc takim fachowcem woli się nie chwalić, bo walka nierówna.

  1. Leszek Miller – skończył, ale nie skończył
    Skończył tak, jak chciał – zanim złożył dymisję, wprowadził Polskę do Unii i wyprowadził polską gospodarkę na prostą. Najbardziej spektakularny polityczny upadek roku 2004. Rok temu był szefem SLD, premierem, rozdawał karty. Dziś jest prostym posłem. Ale z wpływami i ambicjami. Z takiego dołka też można się odbić, czego dowodzą losy i samego Millera, a także Kaczyńskich czy Tuska. Ale wymaga to czasu i spokojnych ruchów. Ba!
    Leszek Miller jest jak gracz w kasynie, któremu karta nie idzie, a który na siłę chce się odegrać. Gra zatem dalej i wciąż przegrywa. I podpisuje nowe weksle, i dalej traci. Przegrał stanowisko szefa SLD, stanowisko premiera, przegrał swoją ekipę, na kongresie poparł Józefa Oleksego. Ze złości? Z rozpaczy? Czy też jest to jakaś nowa skomplikowana gra?
  2. Paweł Piskorski – emigrant
    No to po nim. Rokita z Kaczyńskim wypchnęli go do Strasburga, a teraz wybijają w Warszawie jego ludzi. Kilka lat temu Piskorski był gwiazdą liberałów, trząsł Warszawą (gospodarował nią lepiej niż Kaczyński), mówiono o nim jako o przyszłym premierze i prezydencie. Było, minęło.
    Kariera Piskorskiego w sposób elementarny pokazuje, na czym polityk może się poślizgnąć. Po pierwsze, na swoim majątku, bo ludziom trudno wytłumaczyć, dlaczego ktoś, kto przyszedł do polityki w trampkach i sweterku, po paru latach ma kilka apartamentów. Po drugie, na mieszaniu polityki i biznesu, bo wciąż idą za nim różne niewyjaśnione sprawy, typu afera mostowa czy ostatnio nagłaśniana Dom Development. Po trzecie, na doborze marnych sojuszników. Piskorski wisiał na warszawskim prywatnym biznesie i na warszawskim SLD. Czyżby nie wiedział, że na kolegowaniu się z układem warszawskim jeszcze nikt dobrze nie wyszedł?
  3. Andrzej Lepper – wyliniały lew
    Rok temu Samoobrona notowała ponad 25% poparcia, dziś ma połowę tego. Co się stało? Po pierwsze, Lepperowi popsuła szyki Europa. On straszył rolników, że Unia zaleje nas tanią żywnością, tymczasem to my zalewamy Unię. I wieś, po raz pierwszy od wielu lat, ma jakieś pieniądze.
    Po drugie, Leppera przelicytowali tzw. poważni politycy. To oni mówią dziś jego językiem, w sensie komunikatów adresowanych do społeczeństwa, Leppera od Kaczyńskiego czy Rokity różni tylko to, że pierwszy jest z warszawskiego Żoliborza, drugi z Krakowa, a on z PGR-u. Cóż więc ma mówić, by ich przebić?
    I wreszcie, po trzecie, Lepper padł ofiarą własnej gnuśności. Zmarnował trzy lata, nie zbudował Samoobronie zaplecza ekspertów, nie wypromował kompetentnych działaczy. Jest tak, jak było – on i gromada przypadkowych nieuków. A chyba już pojął, że z Renatą Beger czy Stanisławem Łyżwińskim może robić blokady, ale na takich asach w polityce daleko nie zajedzie…
  4. Jan Kulczyk – RP oligarcha
    Już rok temu miał kłopoty, też zjeżdżał w dół, pisaliśmy, że nie wyszedł mu i pewnie nie wyjdzie żaden deal z lewicowym rządem. I tak się stało. Teraz jest jeszcze gorzej. Lewicowcy unikają go jak ognia, a prawicowcy chcą oskarżać o szpiegostwo.
    Oczywiście, nic z tego nie wyjdzie, ale atmosfera Kulczykowi nie sprzyja, w najbliższych latach w Polsce wielkich pieniędzy już nie zarobi.
    Na jego niedolę patrzą inni rodzimi przedsiębiorcy, zawsze chętnie lepiący się do większych lub mniejszych notabli. Z pewnym zaniepokojeniem – bo teraz atakują Kulczyka, a jutro mogą atakować ich. Takie nurtują ich wątpliwości, zresztą jak najbardziej słusznie. Dopowiedzmy więc – panowie przedsiębiorcy, dobrze kalkulujecie, od polityków trzymajcie się jak najdalej. Chyba że chcecie być po paru latach szarpani tak jak Kulczyk.
  5. Ks. Henryk Jankowski – prałat upadły
    Przez lata był postacią ważną w polskiej polityce. Kapelan „Solidarności”, przyjmował prezydentów i premierów, nadawał sobie wymyślne tytuły i odznaczenia. Potem poszedł w polityczne ekscesy, opowiadając o zdradzie, Żydach i antypolskim spisku. Kompromitowało to Kościół, ale biskupi nie wiedzieli, jak do Jankowskiego się dobrać, więc milczeli. Wreszcie trafił się dobry pretekst – ekscesy na plebanii. Natury obyczajowej. Bp Gocłowski wyrzucił go więc ze stanowiska proboszcza, pozwalając łaskawie, by zachował meble i adres zamieszkania.
    To honorowe wyjście, ale przecież upokarzające. Legenda ruchu oporu, władca solidarnościowych sumień, charyzmatyczny prałat, odszedł, bo się okazało, że utrzymywał na plebanii kilku zdemoralizowanych ministrantów.

Na zero
1. Aleksander Kwaśniewski – wielki budowniczy
Chciał Belkę na premiera – ma Belkę. Chciał Juszczenkę na prezydenta Ukrainy – ma Juszczenkę. Najbardziej skuteczny polityk 2004 r. I wciąż najbardziej w Polsce popularny.
Prawica szyje mu buty, atakuje go a to w sprawie Orlenu, a to atakując jego (byłego) ministra, Marka Ungiera. Te ataki zabrały mu już kilkanaście punktów. Jest w tym twarda logika – zakładając, że prawica wygra najbliższe wybory i zbuduje rząd (a znając jej liderów, wiemy, jak to wszystko będzie funkcjonowało), Kwaśniewski w sposób naturalny będzie głównym punktem odniesienia, sztandarem, pod który będą się zbiegać normalsi. Zatem w interesie prawicy, która chce mieć wyczyszczone pole, leży, by ten sztandar obalić i głęboko zakopać.
Taka jest cała filozofia polskiej polityki. Reszta to didaskalia.

  1. Krzysztof Janik – pogotowie drogowe
    Janik to typ pracowitego mechanika, który leży pod limuzyną marki SLD i cieszy się, jak coś w niej naprawi. W marcu został przewodniczącym SLD, partii dołującej, którą już zaczęto grzebać. Połatał i poreperował w niej, co się dało, ale w grudniu kongres wybrał na przewodniczącego Józefa Oleksego.
    Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma – mimo kongresowej porażki Janik wciąż trzyma w SLD kluczowe punkty. Jest szefem klubu parlamentarnego, ma dobre kontakty z sekretarzem generalnym i zastępcami przewodniczącego. No i z prezydentem Kwaśniewskim oraz premierem Belką. Buduje swoją platformę.
    Jeden z niewielu ludzi w SLD, którzy w atmosferze odwrotu i nadchodzącej klęski zachowali zimną krew.
  2. Jerzy Szmajdziński – saper
    Trochę się miota i to widać. Krytykował Leszka Millera, gdy ten był premierem, ale nie wystąpił z tym publicznie. Był przeciwnikiem Oleksego na stanowisku przewodniczącego SLD, ale zgodził się być jego zastępcą. Jeździ do żołnierzy w Iraku, lecz mówi, że powinni stamtąd się wycofać. Ten Irak krępuje go najmocniej, widać, że zaczyna każdy dzień od analizy informacji z Bliskiego Wschodu.
    Poza tym to porządny minister, za którego kadencji polska armia przeskoczyła ze standardów Układu Warszawskiego w standardy NATO. Taki, który mało mówi, za to dużo robi. No i bardzo wojskowy, bo przyjął ich taktykę – zdobyć teren i się okopać. A jak pokazuje przykład szefa WSI, gen. Dukaczewskiego, którego nie pozwolił ruszyć, okopał się w swym MON-owskim bastionie nad wyraz głęboko i skutecznie.
  3. Donald Tusk – don Donek
    Miał być tą cywilizowaną, europejską twarzą Platformy, a tymczasem ściga się z Giertychem i Kaczyńskimi. I z Rokitą. Gra twardziela. „A na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”, opowiada. To wygląda mniej więcej tak, jak chłopcy z gimnazjum dodają sobie męskości, popalając pod szatnią podwędzone tatusiowi papierosy.
    Ten teatralny antykomunizm doprowadził zresztą i Tuska, i Platformę do absurdu, bo partia ta zdążyła zablokować w Sejmie większość pomysłów z planu Hausnera. Za rok ludzie pękną ze śmiechu, patrząc, jak PO będzie te same ustawy przepychać. Tusk jest też kandydatem PO na prezydenta RP, ma zastąpić Kwaśniewskiego. Ale znowu mamy „tuskologię” – on sam opowiada, że niekoniecznie musi być prezydentem, że jak trzeba, ustąpi Kaczyńskiemu. Więc znowu ani tak, ani siak.
    Jego żona skarżyła się kiedyś w jednym z wywiadów, że „Donek jest trochę mendowaty”. Może miała rację?
  4. Zbigniew Religa – profesor do serca
    Kocha politykę miłością nieodwzajemnioną. Wciąż zakłada nowe partie, które kończą żywot bez większego sukcesu. Tak było też z jego najnowszym ugrupowaniem – Partią Centrum, którą oddał Januszowi Steinhoffowi. Z drugiej strony, jest w polityce sztandarem, pod który zbiegają się ludzie. W sondażach zaufania jest na czele razem z Aleksandrem Kwaśniewskim, o kilka długości przed konkurentami. Ten sukces zawdzięcza dwóm elementem. Po pierwsze, legendzie wielkiego lekarza. A po drugie, że jest po prostu przyzwoitym człowiekiem. Nie obraża konkurentów, nie pluje na nich, nie intryguje. Wzbudza szacunek. Dlaczego takich ludzi w polskim życiu publicznym jest tak mało?
  5. Janusz Wojciechowski i Jarosław Kalinowski – sędzia i chłop
    W PSL byli niezadowoleni z niskich sondaży, więc wymienili Kalinowskiego na Wojciechowskiego. Grzecznego rolnika, popularnego w kraju, na grzecznego sędziego, o niewielkiej popularności. Po tej zmianie sondaże Stronnictwu nie drgnęły. A nawet lekko spadły.
    PSL to partia od kilku lat ściśnięta w klinczu, która sama nie wie, kogo reprezentować, oczywiście poza swoim aparatem. Więc się miota – od Unii Pracy po LPR.
    To jest jej słabość i siła zarazem. Bo może zagrać z każdym. Ale z każdym takim zagraniem traci kolejnych zwolenników.

Rozczarowania
1. Zbigniew Wassermann – zbrojne ramię braci Kaczyńskich
Podczas przesłuchania w Komisji Śledczej krzyczał na Leszka Millera: „Wyście, wasza formacja, mordowali i prześladowali!”. A owszem – mógł usłyszeć w odpowiedzi – bośmy mieli dyspozycyjnych prokuratorów… Wassermann w PRL był dyspozycyjnym prokuratorem wiernie realizującym linię partii. Ścigał młodego KPN-owca za „znieważenie” orzełka, ścigał dwóch studentów, którzy protestowali przeciwko zajęciom studium wojskowego UJ. Pachołek pachołków.
To mu zostało, teraz też ściga, w dawnym, PRL-owskim, topornym stylu. Cała Polska widziała, jak – łamiąc prawo – wyganiał z Sejmu prof. Widackiego. Jest w tym wszystkim sporo perwersji, bo jeśli chodzi o Orlengate, Wassermann jest osobą podejrzewaną o to, że w roku 2001, jako p.o. prokurator krajowy „skręcił” śledztwo w sprawie orlenowskich nieprawidłowości. Ale z tego się nie tłumaczy, bo prawica w komisji ma większość.
On myśli jak prokurator w PRL-u, że jeżeli będzie się wysługiwał silnemu, pozostanie bezkarny. Tylko że III RP to państwo, w którym raz jedni są silni, a innym razem drudzy. Więc teraz to on przesłuchuje, ale nadejdzie pewnie taki czas, kiedy będą przesłuchiwać jego.

  1. Konstanty Miodowicz – pułkownik kontrwywiadu
    Gdy ruszała Komisja ds. Orlenu, politycy Platformy zapowiadali, że furorę zrobi w niej Konstanty Miodowicz, bo jest byłym szefem kontrwywiadu, więc się wykaże wielkimi umiejętnościami odkrywania prawdy. I niewiele się pomylili – Miodowicz pięknie docieka, ale jeszcze piękniej omija niekorzystne dla prawicy wątki. Nie mamy zatem śledztwa, mamy slalom. Tym samym płk Miodowicz kontynuuje tradycję PRL-owskich służb, sprawnie szyjących na polityczne zamówienie, które zawsze wiedziały, kogo podtopić, a kogo nie zauważyć.
    On sam sprawia sympatyczne wrażenie. Ma w sobie tę lekkość PRL-owskiego milicjanta. Taki środkowy Gomułka, powiat Busko. Kiedyś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedział, że „w służbie czuł się dobrze”. To widać, słychać i czuć.
  2. Ludwik Dorn – niespotykanie pechowy człowiek
    Szef klubu PiS. Latem wchodził na sejmową trybunę, by piętnować przywileje władz i domagał się zniesienia szpitalnych przywilejów dla VIP-ów. Po czym wypożyczył z Kancelarii Sejmu, za symboliczne pieniądze, peugeota i pojechał nim na wakacje do Chorwacji. Tam jeździł na wrotkach i złamał rękę. Z Sejmu wysłano więc do Chorwacji dwóch kierowców, żeby i Dorna, i peugeota ściągnęli do kraju. Po powrocie nasz pogromca VIP-owskich przywilejów położył się w rządowej klinice MSWiA i kazał się leczyć. Zażądał też służbowego samochodu dla swego asystenta, „bo mu się to należy jak psu buda”. „Fakt” sfotografował go, jak się leczy. Leżał w slipkach na łóżku i czytał komiksy.
    I nie mógł już tak zostać?
  3. Marek Pol – budowniczy autostrad
    Odszedł z rządu, słuch po nim zaginął. Ale wciąż kołacze się gdzieś pytanie: dlaczego mu nie wyszło? Dlaczego jego nazwisko jest synonimem nie budowania autostrad, lecz gadania o budowaniu? Teoretycznie Pol mógł tych uszczypliwości uniknąć – nawet dziecko wie, że drogi nie buduje się przez rok, że najpierw trzeba mieć na to pieniądze, plany, wykupić grunty, rozpisać przetargi, po prostu – zbudować całą infrastrukturę budowy infrastruktury. I on to najpierw musiał zrobić – i zrobił. Wiedzą to wszyscy, ale Polowi i tak nie darują.
    Jego porażka powinna być nauczką dla tych wszystkich, którzy łatwymi obietnicami i złotoustymi deklaracjami chcą sobie załatwić parę tygodni spokoju. Bo takie obietnice to tak naprawdę lichwiarska pożyczka.
  4. Danuta Waniek – naiwna
    Przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. To ona wymyśliła „nowe otwarcie” w TVP. Miało ono polegać na zabraniu telewizji publicznej Robertowi Kwiatkowskiemu i danie jej „wszystkim”. Czemu miały służyć zróżnicowana Rada Nadzorcza TVP, konkursy, hasła zgody etc.
    Miało być dobrze, a wyszło tak jak zawsze. Gdy prawica poczuła się w TVP nieco silniejsza, natychmiast wyrzuciła lewicę, konkursy szurnęła za okno i wzięła cały tort dla siebie. Teraz Danuta Waniek może Pawłowiczowi i Dworakowi co najwyżej… wysłać list.
    Jej przygoda z mediami dowodzi więc kilku banalnych prawd. Po pierwsze, w polskim życiu publicznym decyduje siła, arytmetyka głosów, a nie piękne słowa. Po drugie, umowy są po to, żeby je łamać. A po trzecie, że naiwnych pięknoduchów wykorzystują. Po prostu ona myślała, że jest w saloniku i gra w brydża, a to była szulernia i partia pokera.
  5. Jan Dworak – pan Janeczek
    Szef telewizji publicznej, następca Roberta Kwiatkowskiego. Obiecywał odpolitycznić telewizję publiczną, więc wyrzucił dziennikarzy, którzy dotychczas pracowali, i na ich miejsce ściągnął prawicowców. Mówił, że TVP będzie firmą przejrzystą, tymczasem strategia rozwoju telewizji, którą opracował, jest jednym z najtajniejszych dokumentów w III RP. Nic dziwnego, zakłada, że telewizja ma być rozparcelowana na samodzielne agencje, a one będą mogły być odsprzedawane swoim szefom. W ten sposób kadra ma się uwłaszczyć.
    Sprawia wrażenie grzecznego, lekko zaspanego misia, ale niech nikt się tym nie zwiedzie, bo ten misio dobrze wie, gdzie stoją konfitury.
    Od miesięcy ludzie w TVP zastanawiają się, co dla Dworaka jest ważniejsze. Czy polityka, więc przy okazji, żeby mieć wolne ręce, daje innym zarobić? Czy też biznes, a ukłon w stronę prawicy potrzebny jest mu po to, żeby mieć nad swymi interesami polityczną kryszę? My obstawiamy wariant drugi.

Nadzieje
1. Włodzimierz Cimoszewicz – czyste ręce
Gdy w roku 1994 jako minister sprawiedliwości przeprowadził akcję „Czyste ręce”, atakowano go, że jest nieżyciowy i się czepia. Teraz okazuje się, że wyprzedził epokę. Sztywny i zasadniczy. Jak nie-Polak – nikomu nie pomoże, ale i nie zaszkodzi. Gdy był premierem, jego żona jechała ich jedynym samochodem, przechodzonym maluchem, z Warszawy do Białegostoku. Zaraz za rogatkami stolicy zatrzymała ją policja, bo w aucie nie świeciło się światło. Policjant wziął jej dokumenty, obejrzał je, potem samochód i zapytał: „Pani jest żoną premiera?”. „Tak”, usłyszał w odpowiedzi. „To wstyd, żeby pani takim czymś jeździła”.
Dziś Cimoszewicz zastanawia się, czy się nie pożegnać z polityką. Bo się do niej rozczarował. Zupełnie bez sensu. Jest mądrzejszy, bardziej obyty i uczciwszy od 99% polskich polityków. Dlaczego więc ma im ustępować?

  1. Marek Borowski – Eneasz?
    To on obalił Leszka Millera, bo gdy wyszedł z SLD, rząd stracił sejmową większość. Teraz chce budować nową, lewicową jakość – uczciwą, socjaldemokratyczną partię. Ma znaczących współpracowników – Marka Balickiego, Andrzeja Celińskiego i Tomasza Nałęcza. Wystarczy tylko dobrze ich spożytkować. Lubi podkreślać, że jako pierwszy ostrzegał SLD przed katastrofą, jeszcze na I Konwencji Sojuszu. Że był Kasandrą. Jeden z członków jego partii opowiada z kolei, że Borowski jest jak Eneasz, który wyprowadził swoją grupę z płonącej Troi, by założyć wielki Rzym.
    Na razie jest w drodze.
  2. Izabela Jaruga-Nowacka – pszczoła matka
    Przesunęła się do przodu, zastąpiła Marka Pola na stanowisku szefa UP, została wicepremierem w rządzie Marka Belki, kieruje resortem polityki społecznej. Jest ważna, choć pewnie chciałaby być ważniejsza. Ma pomysł na prawdziwą lewicę, choć trudno w to uwierzyć, oglądając kolorowe pisma dla pań. Ale mówi o wartościach, a nie o stołkach, co w polskiej polityce ją wyróżnia.
    Założyła UL, czyli Unię Lewicy, jednoczącą wokół Unii Pracy małe lewicowe ugrupowania. One mają być zaczynem nowej, nie-SLD-owskiej lewicy. Na razie brzęczą.
  3. Wojciech Olejniczak – nowa fala
    Gdy został ministrem rolnictwa, rozsądni ludzie pukali się w czoło, bo w powszechnej opinii nie było to ministerstwo tylko mina, na której wylatywało się z hukiem. Inni klepali go poufale po plecach, mówiąc: „Trzymaj się, Wojtuś”.
    Dziś Ministerstwo Rolnictwa jest jednym z najlepiej poukładanych resortów, system IACS ruszył w terminie (choć miał się zawalić), przed terminem zaczęto wypłacać rolnikom dopłaty. Trzydziestolatek (absolwent SGGW, pisze doktorat) Olejniczak pokazał, że można w Polsce wiele zrobić. Pod warunkiem że się chce, że ma się otwartą głowę, jest się osobą decyzyjną, potrafiącą delegować uprawnienia. I nic do tego nie ma kolor legitymacji, którą nosi się w kieszeni.
    Sukces Olejniczaka, pokazuje, jak wielkie tkwią w nas rezerwy. I na co stać pokolenie trzydziestolatków, które coraz śmielej naciska na weteranów stanu wojennego i Okrągłego Stołu.
  4. Władysław Frasyniuk – niespotykanie fajny człowiek
    Gra o życie Unii Wolności. Ma w ręku ostatnią kartę. Jeśli wejdzie do Sejmu, Unia będzie w grze. Jeśli nie wejdzie, Unia ostatecznie pada. Warto więc trzymać kciuki za Frasyniuka, bo przy całym swoim irytującym zarozumialstwie Unia wprowadzała do polskiego życia publicznego pewien niezbędny dla jakiejkolwiek debaty poziom. Gdy tego poziomu nie ma, mamy zwykłe haki i bluzgi.
  5. Magdalena Środa – nocna zmora bp. Pieronka
    Gdy powiedziała parę słów prawdy, że dla polskiego Kościoła ważniejsza jest rodzina z mężem pijakiem niż los pozostającej w takim związku kobiety, obruszyła się cała armia przykościelnych polityków. Och, jakiż mieliśmy festiwal! Pod patronatem bp. Pieronka, który pijąc do Środy, elegancko stwierdził, że miał siedem sióstr i wszystkie były normalne. W ten sposób dobry pasterz obił kijem czerwoną owcę.
    Magdalena Środa, minister do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn, to w polskim życiu publicznym ewenement. Ma poglądy. Europejskie. I potrafi je obronić. Odważnie i mądrze. Zupełnie inaczej niż większość polskich polityków.

 

Wydanie: 1/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy