Łatwiej zmienić podręczniki niż zwyczaje edukacyjne

Łatwiej zmienić podręczniki niż zwyczaje edukacyjne

Duża liczba uczelni wpłynęła na wzrost liczby konferencji, zwanych naukowymi, w wyniku których przybywa mało rzetelnej wiedzy naukowej, za to integruje się środowisko

Godne uwagi są dążenia redakcji „Przeglądu” do ukazywania złożonych problemów polskiej edukacji. W lipcu każdego roku problem ten ma szczególne znaczenie, bo wielu młodych ludzi po zdaniu egzaminu maturalnego decyduje się na życiowy wybór kierunku studiów. Do wyboru jest wiele miejsc w aż 460 szkołach wyższych, o wyraźnie różniących się warunkach edukacyjnych. W ostatnim numerze „Przeglądu” zasługują na uwagę dwa wywiady: z prof. Bogusławem Śliwerskim („Oblewanie matur”) i z rektorem prof. Adamem Koseskim („Czy profesorowie są przemęczeni?”). Jeden z nich zwraca szczególną uwagę na szkolnictwo średnie, drugi podejmuje ważkie sprawy studiów wyższych.
Trafna jest teza obu profesorów, że doraźne zmiany w zakresie kształcenia nie doprowadzą do wypracowania optymalnego systemu edukacyjnego kraju. W ciągu 40-letniej pracy nauczyciela akademickiego mogłem obserwować wiele projektów zmian zarówno w szkołach średnich, jak i wyższych. Duży problem stanowi wciąż utworzenie nauczania gimnazjalnego przy skróconym programie liceum. Potwierdzam zaprezentowane obserwacje, że uczniowie i studenci coraz rzadziej wyrażają chęć czytania literatury, a szerzej posługują się wiadomościami z internetu, m.in. z Wikipedii.
W wywiadach celnie ujęto dylematy edukacyjne słabych uczelni, bez wystarczającej kadry naukowej. Obok renomowanych uczelni akademickich utworzono ośrodki częściowo tylko spełniające wymogi kadrowe szkoły wyższej. Twórcami uczelni niepublicznych byli zarówno pasjonaci wiedzy i poszukiwacze nowych możliwości edukacyjnych, jak i ludzie zmierzający do łatwego zarobku kosztem studiujących. Poziom nauczania w obu grupach uczelni jest nieporównywalny. Niewielką rolę w modyfikacji tego stanu może odgrywać powstała wiele lat za późno Państwowa Komisja Akredytacyjna.
Powstaniu dużej liczby uczelni nie dorównuje jakość nauczania. Obok ośrodków stosujących najnowsze osiągnięcia dydaktyczne są jeszcze uczelnie z dominującą „kredą i tablicą”. Duża liczba uczelni wpłynęła na wyraźny wzrost liczby różnorodnych konferencji, zwanych zazwyczaj naukowymi, w wyniku których przybywa zbyt mało rzetelnej wiedzy naukowej. Mają raczej pozytywny wpływ na integrację środowiska. Często treści konferencyjne ujmowane są później w publikacjach zbiorowych, bez recenzowania lub tylko z koleżeńskimi recenzjami. Znane mi są przypadki, że przy trzech redaktorach naukowych takiej pracy zbiorowej żaden z nich nie miał czasu, by przeczytać redagowane teksty. Takie zbiorowe materiały prezentują bardzo zróżnicowany poziom wiedzy i nie wzbudzają na ogół szerszego zainteresowania studiujących.
Szczególną grupę tworzą państwowe wyższe szkoły zawodowe, w których – jak dowodzi prof. Adam Koseski – „nie ma ani jednego rektora, który byłby tam zatrudniony na pierwszym etacie”. Zatrudnieni są w nich najczęściej wykładowcy z innych uczelni na kolejnym etacie. Taka sytuacja polepsza ich zarobki, ale wyraźnie ogranicza możliwości badawcze. Gdyby doszło do przyjęcia postulatu formułowanego przez prof. Koseskiego, by profesor wybierał tylko jeden etat, części uczelni niepublicznych i państwowych wyższych szkół zawodowych grozi upadek.
Prof. Śliwerski trafnie ujmuje trudności kontroli stanu edukacji. Można wprowadzać różnorodne ankiety i testy, ale rzetelne nauczanie zależy głównie od poziomu wiedzy, umiejętności i etyki zawodowej nauczycieli i wykładowców. Nowe zarządzenia administracyjne nie zmienią szybko sytuacji, bo system edukacyjny ma cechy zachowawcze i utrwalone przez lata sposoby działania. Czy nie dochodzi do mało poważnych sytuacji w utytułowanych komisjach konkursowych, powoływanych w celu zatrudnienia nowego pracownika naukowego, gdy z góry wiadomo, kto zwycięży w konkursie? Łatwiej zmieniać podręczniki szkolne aniżeli zwyczaje edukacyjne, bo jest to korzyść dla coraz liczniejszych wydawców.
Publikowane przez „Przegląd” materiały na tematy edukacyjne skłaniają również do dyskusji. Wątpliwości budzi np. prezentowana przez prof. Śliwerskiego teza, że „edukacja jest postrzegana jako jeden z obszarów panowania nad społeczeństwem i wykorzystywania go do własnych celów”. Uważam takie stwierdzenie za zbyt kategoryczne Można jednakże zauważyć próbę sterowania nauczaniem historii przez IPN, który w szczególny sposób wyeksponował tendencyjne opracowanie „Od niepodległości do niepodległości” i podjął jego upowszechnianie wśród nauczycieli historii.


Autor jest prof. zw. dr. hab., historykiem i politologiem, Wydział Nauk Humanistycznych SGGW

Wydanie: 29/2011

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy