Jak leczyć ślepotę na rośliny

Jak leczyć ślepotę na rośliny

Musimy się wyzwolić z niezauważania przyrody

Krystyna Jędrzejewska-Szmek – dział edukacji w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego

Przygotowując się do rozmowy, przeczytałem raporty z różnych badań na temat świadomości ekologicznej Polaków i… mówiąc językiem potocznym – zgłupiałem.
– Jestem ciekawa, co pana najbardziej zaskoczyło.

Z tych badań wyłania się przedziwne podejście Polaków do ekologii i przyrody. Większość nie obawia się o stan środowiska w miejscu zamieszkania, ale bardzo wielu niepokoi sytuacja ekologiczna kraju. Większość też uważa, że może się przyczynić do ochrony środowiska, ale zaledwie połowa deklaruje segregowanie śmieci. Zwracam uwagę na słowo deklaruje, mówienie nie oznacza, że rzeczywiście to się robi.
– Ciekawe, w jakim stopniu ta liczba odzwierciedla rzeczywiste działania, ale tak czy inaczej połowa to wciąż bardzo mało.

No właśnie, to, co ludzie potrafią zrobić ze śmieciami w lesie, jest wręcz niewyobrażalne! Mieszkam w otulinie Chojnowskiego Parku Krajobrazowego. Przy leśnej drodze widzę połamane meble kuchenne, potłuczone miski sedesowe, resztki sprzętu gospodarstwa domowego. O butelkach, puszkach po piwie czy torbach foliowych nie wspomnę. Czym wytłumaczyć takie zachowania?
– Nie zajmuję się tą tematyką, trudno mi więc odpowiedzieć na takie pytanie. Byłabym jednak ostrożna w myśleniu, że ludzie to robią, bo są po prostu bezmyślni lub obojętni. Myślę, że składa się na to wiele czynników. Praca w ogrodzie z różnymi grupami odbiorców pokazała mi, że zawsze warto sobie zadawać takie elementarne pytania i nie szukać na nie prostych odpowiedzi. I co niezwykle ważne, trzeba się zastanawiać, jak możemy wpłynąć na zmianę postaw, zachowań.

A można je zmieniać?
– Oczywiście! Przede wszystkim trzeba zmienić podejście do edukacji przyrodniczej i ekologicznej, w której brakuje spójności i ciągłości. Odnoszę wrażenie, że przyroda – czyli wszystko to, co żyje wokół nas – jest ważna, gdy człowiek jest mały, jest dzieckiem. Prosty przykład: w książeczkach dla dzieci mamy bardzo dużo wątków przyrodniczych, pokazuje się w nich latające motyle, kwitnące rośliny, wiewiórki na drzewach. Jednak na pewnym etapie rozwoju dziecka te elementy z książek znikają. Tak jakby przyroda w pewnym momencie dorastania przestawała nas dotyczyć, przestawała być ważną częścią naszego życia. Oddaliliśmy się od przyrody, od otaczających nas roślin. A to one są źródłem tlenu, którym oddychamy, źródłem naszego pożywienia, z nimi się bawimy, pijąc alkohol i paląc papierosy, jesteśmy też często ubrani w rośliny – no bo skąd niby się biorą włókna bawełny czy lnu…

Wydaje się oczywiste, że trzeba zacząć od podstaw, od edukacji, jednak szkoła pod tym względem kiepsko się sprawdza. Zaledwie 15% młodych ludzi wskazuje ją jako źródło wiedzy ekologicznej.
– Współczesny świat zmienia się niezwykle dynamicznie. Szkołom trudno za tym nadążyć. Nam, dorosłym, brakuje elementarnej wiedzy o wielu ważnych obszarach codzienności. Czy w czasach, kiedy chodziliśmy do szkoły, mówiło się o kryzysie zapyleń? Ogrody botaniczne mają tu duże pole do popisu, bo mogą działać jako platforma łącząca ludzi ze specjalistami z różnych dziedzin. Często obserwujemy dorosłych, którzy przychodzą na zajęcia edukacyjne z myślą o swoich dzieciach, ale w ich trakcie sami zaczynają dociekać, dopytywać. Okazuje się, że mają wiele pytań i wątpliwości. Podam przykład: w zeszłym roku na Warszawskim Festiwalu Kulinarnym „Rośliny, owady i miód” nasi pracownicy mówili o zapylaniu roślin uprawnych, o pszczołach i spadku ich liczebności. Dużym zainteresowaniem cieszyło się oglądanie owadów przez binokulary – najpierw rodzice zachęcali dzieci: „Chodź, zobaczysz, jak z bliska wygląda pszczoła”. A potem sami nie mogli oderwać oczu, wpadali w zachwyt: „Tak wygląda skrzydło motyla? Jaka włochata ta mucha, jakie ma oczy!”. Na dodatek mieli do naszych doktorantów mnóstwo pytań. Wywiązywały się bardzo ciekawe rozmowy o wpływie oprysków na owady, o miedzach, o roli szerszeni w ekosystemie. Problemem w naszym stosunku do przyrody jest to, że nie potrafimy obserwować otoczenia, łączyć pewnych faktów, nie postrzegamy świata jako całościowego ekosystemu. W efekcie nie ma refleksji, że działania, które podejmuję, wpływają na otoczenie.

Pokutuje przekonanie, że postępowanie pojedynczej osoby, która nie segreguje śmieci, jest mało istotne, ale w wielkiej skali robi się wielki problem.
– Jednak zanim zaczniemy mówić o ochronie przyrody, staramy się zwrócić uwagę na samą przyrodę, pokazać ją, zainteresować. Dopóki nie będzie zachwytu nad tą strukturą skrzydła motyla, nad pięknem kwiatów, nad zapachami, nad całą złożonością mechanizmów rządzących przyrodą – dopóty ludzie nie będą mieli potrzeby jej chronić. Po prostu nie doceniają wartości tego, co nas otacza.

No tak, ludzie na ogół wiedzą, że nie można kraść drewna z lasu, ale uważają, że wolno łamać gałęzie, deptać paprocie, kopać niejadalne grzyby. Rośliny, jeśli nie są uprawne, nie mają wartości.
– To prawda, z drugiej strony duża część przekazu na temat świata przyrody opiera się na lęku – modnymi tematami są barszcz Sosnowskiego, który parzy, czy uczulenie na pszczoły, które może doprowadzić do wstrząsu anafilaktycznego. Stąd postawa: bezpieczniej będzie się nie zbliżać, co z kolei rodzi niepotrzebny dystans, a nawet niechęć do przyrody. A przecież roślinę poznaje się także przez dotknięcie, powąchanie. Na dodatek naturalna jest dziecięca ciekawość, sprawdzenie, co taka roślina ma w środku, czy włoski na jej liściach kłują… W gronie pracowników ogrodu dyskutujemy czasem, czy pozwalać dzieciom, żeby zrywały rośliny. Oczywiście nie chodzi o niszczenie cennych okazów z kolekcji, ale wychodzimy z założenia, że trzeba im dać jakąś przestrzeń w ogrodzie, żeby mogły w czasie warsztatów ubrudzić się i nabałaganić. Uczenie się polega również na tym, by ten bukowy patyk spróbować złamać, pognieść liść kocimiętki i sprawdzić, jak pachnie, wrzucić kłujące nasiona róży za koszulkę koleżanki lub kolegi. Poznawanie nie może się odbywać wyłącznie przez filtr prezentacji lub za pomocą jakichś wyszukanych narzędzi.

Według starej maksymy: uczyć bawiąc – bawić ucząc.
– Właśnie pod tym kątem przygotowujemy ofertę edukacyjną. Są wycieczki po ogrodzie, które mają bardziej klasyczną formułę zwiedzania z przewodnikiem, ale prowadzimy też warsztaty, podczas których silniejszy nacisk możemy położyć na zabawę i samodzielne odkrywanie przyrody.

Na przykład?
– W tym roku przeprowadziliśmy pilotażowy projekt dla przedszkoli i szkół zlokalizowanych w sąsiedztwie ogrodu. Dzieci były zapraszane do uprawiania swoich grządek, wysiewały nasiona rzodkiewki, buraka, pietruszki, marchewki. Czy wie pan, jak niesamowitą strukturę mają nasionka buraka? Kiedy rośliny wyrosły, razem je zbieraliśmy i odbyło się gotowanie oraz jedzenie w ogrodowej kuchni plenerowej. Wspólne doświadczenie przyrodnicze zaowocowało tym, co jest wszystkim bliskie, czyli jedzeniem. Dzieci bardzo się cieszyły, były dumne ze swoich zbiorów, chrupały rzodkiewki, które przecież nie wszystkie lubią. Tak się rodzi pozytywna identyfikacja z tym, co się robi, z roślinami, które się uprawia. Te doświadczenia w przyszłości mogą się przełożyć na stosunek do przyrody.

Co ważne, było to działanie rozłożone w czasie, a przecież dzieci są niecierpliwe, chcą szybko widzieć efekty.
– To jest praca długodystansowa, dzieci obserwowały np., jak zmieniają się liście roślin, z których w sklepie możemy zobaczyć tylko korzenie. Na koniec takiego cyklu osoby prowadzące zajęcia dostały w prezencie od dzieci książkę z rysunkami, które pokazywały, jak one sadziły te warzywa, jak je podlewały. To jest inne przeżycie niż przyjście do ogrodu na dwie godziny, zwiedzanie i… do widzenia. Ważne też, by uczestników tych warsztatów traktować po partnersku. W jednym z przedsięwzięć edukacyjnych przekazaliśmy uczniom list, w którym potraktowaliśmy ich jak ekspertów i zapytaliśmy, czy do basenów z roślinami powinniśmy wpuścić ryby. By na to odpowiedzieć, uczniowie badali, jakie bezkręgowce żyją wśród naszej kolekcji roślin wodnych. Dzięki temu można było badać zależności między różnymi grupami owadów (pijawkami, chrząszczami, larwami much, ważek, komarów) a gatunkami roślin. Uczniowie jako eksperci opiniowali decyzję o wpuszczeniu ryb, z której wynikało, że jeśli to zrobimy, to one zjedzą wszystkie te owady, co będzie miało niebagatelny wpływ na mikrośrodowisko. Edukacja przyrodnicza może dawać poczucie sprawczości.

Pamiętam z czasów szkolnych podręcznik do biologii i narysowany szkielet żaby z nazwami wszystkich kości…
– Tak, mamy za dużo informacji, które trudno przełożyć na nasze codzienne doświadczenia, obserwacje i decyzje. Poza tym nie ma w tym wszystkim przyjemności! Miesiąc temu odbywał się w ogrodzie festiwal Rozkwit: Synergia w Krzakach dla Puszczy, organizowany z inicjatywy kolektywu muzycznego Synergia, spółdzielni Krzak oraz osób związanych z akademią sztuk pięknych. Było to połącznie sztuki: instalacji artystycznych i performance’ów, tworzonej na żywo muzyki w stylu ambient, z warsztatami i spacerami. My przygotowaliśmy wydarzenia edukacyjne o zmysłach owadów i ludzi oraz nocny spacer po ogrodzie, podczas którego uczestnicy poznawali rośliny z wykorzystaniem zmysłów innych niż wzrok – słuchu, dotyku i smaku.

Inny sposób poznawania roślin?
– Musimy się wyzwolić z naszego niezauważania przyrody, nauka opisała syndrom plant blindness, czyli ślepoty na rośliny. Są dla nas przezroczyste i potrzeba nowego bodźca, który spowoduje, że jako dorośli zaczniemy na nowo dostrzegać przyrodę. Bardzo często wiedza przyrodnicza zatrzymuje się na poziomie tego, czego zdążyliśmy się sami nauczyć lub zaobserwować w dzieciństwie. Ja do dziś pamiętam, że jako dziecko zlizywałam z rodzicami żywicę z sosny. Później nigdy tego nie robiłam, ale do dziś pamiętam ten smak, konsystencję, zapach. Potem trudniej znaleźć w sobie tę potrzebę poznawania, a wierzę, że ona jest w nas, tylko jej sobie nie uświadamiamy. Jesteśmy strasznie zabiegani i brakuje nam wyciszenia, kontaktu z przyrodą.

Ale najchętniej wyjeżdżamy na wakacje w atrakcyjne przyrodniczo tereny.
– No i bingo! To znaczy, że ta potrzeba w nas jest.

Jakie jest zainteresowanie szkół współpracą z ogrodem botanicznym?
– Duże! Nie jesteśmy w stanie podołać potrzebom; gdybyśmy mieli więcej ludzi… A jeszcze rozpoczęliśmy działania adresowane do dorosłych. Takim nowym przedsięwzięciem jest BigPicnic, unijny projekt realizowany przez kilkanaście europejskich ogrodów botanicznych oraz jeden afrykański, pod egidą Botanic Gardens Conservation International – organizacji, która zrzesza ogrody botaniczne na całym świecie. Co ciekawe, mimo że realizują go ogrody, tematem nie są bezpośrednio rośliny, lecz jedzenie, a konkretnie bezpieczeństwo żywnościowe. My, czyli kadra ogrodu botanicznego, bardzo dużo się uczymy, uczestnicząc w tym projekcie.

Na czym polega ta nauka?
– Bardzo często organizacje, instytucje, specjaliści, którzy organizują różne działania edukacyjne, wychodzą z założenia, że wiedzą, o czym należy ludziom mówić. W tym projekcie porządek rzeczy został odwrócony – wiemy, że chcemy rozmawiać o jedzeniu, ale pytamy uczestników, czego chcieliby się dowiedzieć. I nic – poza głównym tematem – nie jest z góry narzucone. Na przykład ogród botaniczny w Edynburgu skupił się na osobach zagrożonych bezdomnością. Wprawdzie motywem przewodnim jest jedzenie, ale tak naprawdę oni opowiadają o swoim życiu, jak to się stało, że znaleźli się w takiej sytuacji. Wszyscy wspólnie gotują, organizowane są warsztaty, rozmawia się o sposobach wyjścia z bezdomności. Bardzo ciekawe podejście do projektu pokazał ogród botaniczny w Meise pod Brukselą, gdzie żyje duża społeczność kongijska, co wiąże się z przeszłością kolonialną Belgii. Otóż w szklarniach tego ogrodu jest kolekcja kongijskich roślin i nastąpiło odwrócenie ról – gospodarzem tych szklarni staje się mniejszość afrykańska. Uczestnicy projektu opowiadają zwiedzającym o roślinach, używając nazw w ich lokalnych językach, gotują z nich potrawy.

A jaki jest temat u nas?
– Jednym z motywów przewodnich jest kompost.

Dość odległe skojarzenie z jedzeniem.
– Wręcz przeciwnie, przecież nasze odpady żywnościowe można przerobić na żyzny nawóz. Temat zrodził się z rozmów ze zwiedzającymi ogród, po prostu wiele osób pytało, jak założyć kompostownik. Z tym samym pytaniem zwracały się do nas także różne kooperatywy spożywcze, spółdzielnie mieszkaniowe. Kompost to problem, którego rozwiązanie czeka Warszawę, są kompostowniki miejskie, które nie funkcjonują dobrze, trafiają tam odpady z parków i przydroży. Resztki jedzenia lądują w śmieciach zmieszanych i na wysypiskach gniją i śmierdzą. Poza tym sporo mieszkańców ma ogródki i chce wykorzystać odpady organiczne do ich nawożenia.

I tu znowu jest coś, czego nie rozumiem w zachowaniu wielu rodaków. Na wsi, gdzie mieszkam, są wyłącznie domy jednorodzinne z ogródkami i sporo ludzi wystawia worki z tzw. odpadami zielonymi.
– Rzeczywiście sytuacja wygląda kuriozalnie: zamiast skoszoną trawę zamienić na żyzny kompost, pakuje się ją w plastikowe worki, a potem żeby nawieźć ogródek, kupuje się torf z Finlandii, którego eksploatacja często prowadzi do degradacji niezwykle cennych przyrodniczo torfowisk, ekosystemów właściwie nieodnawialnych. Projekt kompostowy to dla nas ciekawa nauka. Zgłosiła się do nas Kooperatywa Spożywcza „Dobrze” z propozycją, żebyśmy na Muranowie zrobili otwarty kompostownik dla ludzi z osiedla i członkowie kooperatywy będą o niego na co dzień dbali. Na dodatek założeniem było to, że mieszkańcy będą mogli ten kompost wykorzystywać w przydomowych ogródkach. Była kampania informacyjna, było pierwsze spotkanie, na którym mieszkańcy mogli powiedzieć, jaki chcą mieć ten kompostownik, żeby wspólnie z architektem go zaprojektować. Przeszliśmy ogromnie długą procedurę administracyjną, by uzyskać zgody. I co się okazało? Już na pierwszym spotkaniu ludzie z ogromną energią zaprotestowali, z góry wiedzieli, że nie, i nawet nie chcieli wysłuchać naszych argumentów.

Czym to tłumaczyć?
– Wydaje mi się, że jest spory poziom nieufności, zwłaszcza do działań narzuconych z zewnątrz. Ludzie mają obawy: co się stanie, gdy projekt się skończy, a oni zostaną ze śmierdzącym i gnijącym śmietnikiem.

Ale dobrze prowadzony kompost nie cuchnie.
– W ogóle nie było pola, żeby o tym rozmawiać. Wycofaliśmy się z Muranowa i wkrótce zgłosiła się do nas wspólnota mieszkaniowa przy ul. Podchorążych – oni mają dużo terenów zielonych, sporo mieszkańców ma ogródki. Tym razem zaczęliśmy od cyklu spotkań, na których mieszkańcy mogli nas poznać, porozmawiać z naszymi specjalistami na temat ogrodnictwa. Potem były warsztaty, na których sadzono rośliny podarowane przez nasz ogród – przyszło mnóstwo osób, rodziny z dziećmi. Na osiedlu powstała piękna rabata obsadzona kwiatami. W pewnym momencie padło pytanie, czy ludzie chcieliby wspólnie z nami zaprojektować kompostownik, który byłby według nich odpowiedni dla spółdzielni i wspólnot w miastach. Mieszkańcy byli pozytywnie nastawieni i wzięli udział w projektowaniu kompostownika wraz z architektem i naszymi specjalistami od kompostu. Nie tylko udało się stworzyć modelowy projekt, który będziemy udostępniać innym zainteresowanym, ale też wszystko wskazuje, że ten kompostownik rzeczywiście zostanie na ich osiedlu wybudowany.

Czyli wracamy do początku naszej rozmowy – po pierwsze, po drugie i po trzecie edukacja.
– Założenie niby oczywiste, ale – jak się okazuje – niełatwe w realizacji. Z wielu badań prowadzonych przez ogrody botaniczne na całym świecie wynika, że większość osób przychodzi nie po to, aby poszerzyć swoją wiedzę, ale by miło spędzić czas. Odbieram to nie jako porażkę, ale jako sukces – chcą spędzić czas w otoczeniu przyrody, a od tego tylko jeden krok, do zachęcenia ich do jej poznawania, rozumienia i szanowania. Na tym właśnie polega nasza rola.


• 43% respondentów nie segreguje śmieci lub robi to sporadycznie; 53,2% robi to regularnie.
„Gospodarka odpadami”, badanie na zlecenie Ministerstwa Ochrony Środowiska, listopad 2017

• Dwie trzecie Polaków (67%) uważa, że może się przyczynić do poprawy stanu środowiska w swojej miejscowości, przeciwnego zdania jest ponad jedna czwarta (28%). Odsetek badanych mających poczucie, że mogą wpływać na poprawę stanu środowiska w bliskim otoczeniu, zmniejszył się o 9 pkt proc. od poprzedniego badania z 2014 r.
„Stan środowiska i zmiany klimatu”, komunikat z badań, CBOS 2016

• Prawie wszyscy Europejczycy deklarują, że ochrona środowiska jest dla nich ważna. Najniższy wynik uzyskała m.in. Polska (91%), a najwyższy Szwecja (100%). Ponad trzy czwarte Europejczyków deklaruje, że problemy środowiskowe bezpośrednio oddziałują na ich życie. Polska osiągnęła pod tym względem drugi najniższy wynik wśród przebadanych państw (73%, spadek o 6 pkt proc. w porównaniu z analogicznym badaniem z 2011 r.)

• 85% Europejczyków wierzy, że mogą odegrać znaczącą rolę w ochronie środowiska. Polska osiągnęła wynik poniżej średniej (75%), wyprzedzając jedynie Czechy, Węgry i Finlandię.
„Stosunek mieszkańców Europy do ochrony środowiska”, raport Eurobarometru, wrzesień 2014

• Najczęstszym źródłem wiedzy ekologicznej młodzieży są: popularne media (56%) – telewizja (programy popularnonaukowe, przyrodnicze), prasa, radio; dotychczasowa edukacja (15%); czasopisma, książki, internet (7%); doświadczenia osobiste (6%); bliskie otoczenie (krewni, znajomi itp.).
Agnieszka Kwiatek, Maja Skiba, „Świadomość ekologiczna młodych ludzi”, „Zeszyty Naukowe Politechniki Częstochowskiej”, Wydział Zarządzania 2017


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 37/2018

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy