Lekarze kontra cudowne ziele

Lekarze kontra cudowne ziele

Onkolodzy ostrzegają: vilcacora nie leczy raka

Aż się prosi o cud. Co czwarty Polak zachoruje na raka. To problem, który dotyka praktycznie każdego z nas. Znamy go ze słyszenia, z rodzinnych tragedii, z własnej walki. I dlatego ciągle pojawiają się cudowne preparaty. Od lat w Polsce króluje vilcacora, zwana kocim pazurem.
Dziś jest mniej widoczna. Jej propagatorzy nie organizują konferencji prasowych, działają w swoim świecie, ufają swojemu miesięcznikowi i poczcie pantoflowej. – Jednak vilcacora nadal strumieniem dostaje się do Polski – ocenia prof. Cezary Szczylik, kierujący kliniką onkologii warszawskiego szpitala WAM. – Jeżeli jest tak genialna i popularna, powinny poprawić się wyniki badań epidemiologicznych. Tymczasem nic takiego się nie stało. Jeśli coś się zmienia na lepsze, to tylko dzięki postępowi medycyny.
Przed dwoma laty izba lekarska w Gdańsku postanowiła „coś” z tą sprawą zrobić. Próbowano zwołać „okrągły stół”, ale zjawili się tylko lekarze, zwolennicy vilcacory nie przyszli. Próbowano zainteresować władze i media. Zdaniem przedstawicieli izby – bezskutecznie.
Andrzej Sokołowski, wtedy wiceprzewodniczący izby, wspomina, że starali się ostrzegać pacjentów, tłumaczyć, że nie ma żadnych poważnych badań naukowych potwierdzających skuteczność ziela. – Zdemaskowaliśmy, wskazaliśmy złe działania – wylicza Andrzej Sokołowski. – Co więcej możemy zrobić? Jeśli ktoś sprzedawałby wodę zamiast benzyny, zaraz wybuchłaby afera. W tej sprawie nikt się nie wypowiada, nie zażąda od firmy dokumentów udowadniających, że vilcacora jest skuteczna. Przy takim milczeniu rośnie siła finansowa firmy i frustracja lekarzy.
No, może nie wszystkich, bo niektórzy swoimi tytułami wspierają handel zielem. Na krótkiej liście jest profesor chemii gdańskiej AM (władzom uczelni widać to nie przeszkadza) i kilka osób z dyplomami lekarskimi. Dla wielu wątpiących to sygnał: lekarze nie angażowaliby się w coś nieskutecznego.
W sądach lekarskich nikt nie skarży się na lekarzy, którzy zaangażowali się w vilcacorę. A bez takiego donosu nie ma mowy o odpowiedzialności. Nawet etycznej. I choć kodeks etyki lekarskiej zabrania leczenia niesprawdzonymi preparatami, lekarze wspierający sprzedaż vilcacory mogą robić to bezkarnie. Dlaczego?
Dobrym chwytem reklamowym, poza zaangażowaniem lekarzy, jest także zamieszczanie w swoim miesięczniku wywiadów z osobami, które nic o tym nie wiedzą. Z relacji lekarzy wynika, że minister zdrowia Franciszka Cegielska była oburzona, gdy z krótkiej, telefonicznej wymiany zdań powstał wywiad. Znalazłam również rozmowę z prof. Wronkowskim, znakomitym onkologiem, gorącym przeciwnikiem tzw. naturalnych metod leczenia. To właśnie prof. Wronkowski założył przed laty białą księgę. Chciał w niej odnotować każdy przypadek uleczenia metodami naturalnymi. Oczywiście, udokumentowany. Do dzisiaj księga jest pusta, o czym profesor publicznie mówi. Trudno więc sobie wyobrazić, by ten znakomity onkolog udzielił wywiadu pismu, którego propagandę zwalcza.
Rozmawiam z sekretarką profesora (on sam jest na urlopie), która zapewnia, że profesor nie autoryzował żadnego wywiadu dla vilcacorowego pisma.

Leczymy korespondencyjnie

Największe oburzenie wywołuje fakt, że konsultacje w sprawie raka odbywają się telefonicznie i korespondencyjnie. Ktoś, kto nie widział chorego na oczy, decyduje, ile paczuszek ziela powinien otrzymać aż z Londynu. Preparat nie jest sprzedawany w Polsce, nikt nie łamie przepisów, a z Anglii Polak może sprowadzić, co chce. Szczególnie jakieś ziele. W zeszłym roku celnicy zaczęli zatrzymywać przesyłki. Szybko wycofali się, jak wyjaśniają, także z powodu telefonów od zrozpaczonych pacjentów, przekonanych, że odebrano im szansę przeżycia. – To gangsterska metoda – komentuje prof. Marek Pawlicki z krakowskiego centrum onkologii. – W Londynie siedzi kilka osób, nie są lekarzami, ale telefonicznie podejmują decyzje o terapii.
Z rozmów z pacjentami wynika, że koszt kuracji to co najmniej 2 tys. zł. Ile osób z niej skorzystało – nie wiadomo. Lekarze twierdzą, że tłumy. Wiadomo za to, że wielki zysk przyniosły książki opowiadające o vilcacorze. Łączny nakład wynosi kilkaset tysięcy egzemplarzy.
Jednak ludziom udręczonym chorobą podoba się ten magiczny, korespondencyjny sposób zdobywania ziela. Najbardziej zdesperowani jadą na coś w rodzaju wycieczki ostatniej szansy. I to oni po powrocie są skłonni powiedzieć, co sądzą o vilcacorze.
Inni chorzy to ci, którzy zrezygnowali z leczenia lub zgłosili się za późno. – Na moim oddziale są trzy pacjentki poniżej czterdziestki. Jedna przez półtora roku, inna przez cztery miesiące leczyła się jakimiś dziwnymi preparatami. Tej pierwszej można przedłużyć życie, ale na pewno nie wyleczyć – ocenia prof. Pawlicki.
Co kryje się za opowieściami tych, których stan zdrowia poprawił się i łączą to z vilcacorą? – Miałem pacjentki, które przychodziły spanikowane, bo wykryły guz piersi. Tymczasem nie było to nic groźnego. Gdyby poddały się vilcacorowej kuracji, być może mówiłyby o cudownym ozdrowieniu. A przecież one w ogóle nie były chore – tłumaczy prof. Jacek Jassem, kierujący onkologią w gdańskiej AM. – Bywa też, że poprawa związana jest z leczeniem onkologicznym. Tymczasem pacjent uważa, że rak jest nieuleczalny, a jeśli nastąpiła poprawa, to za sprawą cudu, nie medycyny.
Prof. Jassem przypomina konferencję prasową, na której pokazano raka krtani uleczonego vilcacorą. Tylko fachowiec wiedział, że był to nowotwór, z którym dziś radzi sobie medycyna. Prof. Pawlicki komentuje inny przypadek – rak okrężnicy. Pacjentkę też uratowała operacja, a nie cud.
W przeszłości na oddziale krakowskiej kliniki chemioterapii obserwowano osoby, które stosowały vilcacorę. U kilku nie zauważono żadnych zmian, u jednej uszkodzenie wątroby.

Czy onkologia przegrała?

A jednak gdy po kilku latach vilcacora trzyma się mocno, można zadać pytanie: czy onkologia przegrała z nią walkę? – To nie jest bitwa – tłumaczy prof. Cezary Szczylik. – To nie są dwie armie, które się starły i teraz liczą ofiary. My nie schodzimy z drogi zdrowego rozsądku, a najważniejsze jest dla nas bezpieczeństwo chorych. Cała kampania antyvilcacorowa była słuszna; jeśli chcemy, by pacjenci nam ufali, musimy jasno prezentować swoje stanowisko.
– Ja nie czuję się przegrany – odpowiada dr Piotr Siedlecki, zastępca dyrektora w warszawskim centrum onkologii. Ten sam, który przed kilkoma laty dostawał listy z pogróżkami, gdyż przeszkadzał w uzdrawianiu. Bo onkolodzy są w różny sposób zniechęcani do walki z vilcacorą. Prof. Jacek Jassem opisywany był w vilcacorowym piśmie jako człowiek agresywny, szkodzący chorym. Prof. Marek Pawlicki z krakowskiego centrum onkologii wspomina o pogróżkach.
– Ja się nie czuję przegrany – powtarza dr Siedlecki. – Wniosek o rejestrację vilcacory jako leku został odrzucony. Oczywiście, takie wnioski firma może ponawiać. I powtarzać, że lek jest w rejestracji.

Wyrok z nadzieją

Onkolodzy tępią vilcacorę, ale różnie traktują ją, gdy próbuje jej ich własny pacjent. Dr Janusz Meder często sam prowokuje rozmowę na temat kociego pazura. Ludzie wstydzą się, nie chcą uchodzić za zaścianek, więc nie mówią, że uwierzyli vilcacorze. – Nie zabraniam – tłumaczy dr Meder – bo pacjent i tak zrobi, co zechce. Informuję, że działanie ziela jest żadne, ale wolę wiedzieć, że pacjent z niego korzysta.
Pohukiwanie na pacjenta, stawianie go pod ścianą: „albo ja, albo vilcacora” nie ma sensu. Również prof. Cezary Szczylik uważa, że trzeba rozmawiać z rodzinami, z pacjentami. Wysłuchać ich, przedstawić rzetelne antyvilcacorowe argumenty. Ale to nie oni są winni, że ziele jest tak popularne. – Winni są handlarze, którzy żerują na słabości i strachu chorych – dodaje prof. Szczylik, który także mówi pacjentowi o ryzyku, ale nie zabrania, bo chory i tak podejmie samodzielną decyzję. Dr Siedlecki jest zadowolony, gdy pacjenci pytają go o vilcacorę. Gorzej, gdy o jej zażywaniu lekarz dowiaduje się przypadkowo.
– Po co pisać o vilcacorze? – takie pytanie stawia mi onkologiczna sława. – Nawet negatywne pisanie staje się dla niej reklamą.
Poza tym lekarze przerzucają winę na dziennikarzy. To wśród nich byli entuzjaści preparatu Tołpy, nawet komisję rządową w jego sprawie trzeba było powołać. Dziś o Tołpie nikt nie pamięta, więc może lepiej „niech będzie ciszej nad vilcacorą”.
Krótkie „nie” mówi prof. Jacek Jassem. – Chory musi znać jednoznaczne, negatywne stanowisko lekarza – tłumaczy. Jednak i on rozumie chorych. W końcu w vilcacorowych opowieściach buduje się przeciwstawienie: toksyczną chemię możesz zastąpić miłymi ziółkami. Każdy by tak chciał. – Rzeczywiście, powinniśmy starać się odczarować chemioterapię – mówi profesor. – Tłumaczyć, że negatywne skutki uboczne są przejściowe, że kuracja nie ciągnie się w nieskończoność i może być skuteczna.
Nie polemizuje już z kłamliwymi publikacjami. – To im napędza klientów – zapewnia.

Badań klinicznych brak

Żeby zbadać lek, trzeba go najpierw wyprodukować. Później trzeba przeprowadzić badania przedkliniczne na zwierzętach, potem kliniczne, składające się z trzech faz, na ludziach. To żmudna i kosztowna procedura.

Dla prof. Szczylika ważne jest, że handlarze nie przedstawili żadnych efektów badań. Mówią, że ziele jest nietoksyczne. To za mało. Rzetelne badania wymagają naprawdę dużych nakładów pieniędzy, taka jest cena wprowadzenia na rynek nowego leku. – Prezentowane badania trudno nawet nazwać przedklinicznymi – ocenia dr Siedlecki. – Nie wiadomo więc, czy vilcacora jest obojętna, czy toksyczna.
Handlarze vilcacory zręcznie unikają zarzutu, że odciągają chorych od szpitala. Co jakiś czas zapewniają, że należy się leczyć, a vilcacorę stosować równolegle. Ale to sami chorzy w reportażach o cudownych ozdrowieniach mówią, że nie poszli na kolejne badania, nie zgodzili się na operację, odrzucili chemioterapię, która budzi paniczny lęk i obrosła w legendę zabijającej szybciej niż rak. „Gdy lekarz pokazał jej na kliszy przerzuty i zaproponował drugą operację, wypisała się ze szpitala na własną prośbę. Wiedziała, że na pewno nie podda się drugi raz naświetlaniom. (…). Wkrótce zastosowała pierwszą kurację – manayupę, vilcacorę i smoczą krew. (…) Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu rezultat zaczął być dostrzegalny bardzo szybko. (…) Mimo że nie zrobiłam badań kontrolnych, wiem, że jestem zdrowa” – mówi na zakończenie swojej historii. To pacjentka zdecydowała o ucieczce ze szpitala, a swoje przeżycia opisała w vilcacorowym piśmie. Nikt jej nie sugerował takiego kroku. Inna wypowiedź: „W sierpniu chora po raz pierwszy przyjęła vilcacorę. Potem zaczęła zażywać smoczą krew. Potem poddano ją chemioterapii. Przedtem zrobiono zdjęcie płuc. Nowotwór płuc zmniejszył się o 70%”. Wniosek nasuwa się sam – chemia jest niepotrzebna. I jeszcze jedna internetowa wypowiedź: „Siostra ma guza na nerce z przerzutami na płuca. Odkąd bierze wasze leki, stan jej zdrowia jest lepszy. Lekarze dziwią się, bo nie ma już boleści i duszności”. Dziwią się? To znaczy, że są bezradni i nie warto ich pytać. I jeszcze tekst reklamowany jako historia kobiety, która „na własną rękę szukała dodatkowych metod leczenia”. Na chemioterapię nie mógł jej nawet namówić lekarz (?) sprzedający vilcacorę. „Wobec kategorycznej postawy chorej onkolodzy stwierdzili, że nie mogą zaproponować innego leczenia”. Pozostała tylko vilcacora.

Zastraszanie komunikatem

Jednak problem badań klinicznych trzeba było jakoś rozwiązać. W związku z tym zostało opublikowane oświadczenie, że rejestracja trwa, zaś każde „podawanie nieprawdziwych informacji na temat vilcacory będzie naruszeniem naszych interesów i dóbr prawnych, a wyrządzone szkody będą dochodzone na drodze sądowej”. Jak w czarnym humorze autorzy powołują się na ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.
Jednocześnie zwolennicy vilcacory rozgłaszają efektowną tezę – z workiem vilcacory i workiem pieniędzy przyjdą do centrum onkologii. Niech specjaliści badają. Onkolodzy tłumaczą po raz kolejny, że preparat dopuszczony do badań musi spełniać pewne wymogi. Odrzucają też zarzut, że dla zasady tępią wszystkie leki pochodzące z natury. – Większość preparatów stosowanych w leczeniu nowotworów jest pochodzenia roślinnego, np. produkowany z cisa paclitaxel. Tak więc onkolodzy nie są przeciwko stosowaniu ziół, ale przeciwko metodom niesprawdzonym, przeciwko ziołom, których nie poddano wymaganym badaniom – tłumaczą lekarze.
We wspomnianym grożącym oświadczeniu czytam, że vilcacora została skierowana do rejestracji w czerwcu 1999 r. Co działo się z nią dalej? – Rejestracja trwa najwyżej 210 dni, taką przyjęliśmy cezurę – to informacja z Instytutu Leków. – Jeżeli są braki w dokumentacji, prosimy o uzupełnienie. Tylko przedstawicielowi firmy udzielamy informacji, jaka jest sytuacja preparatu.
Jednak szef mojej rozmówczyni, dr Wojciech Dymowski, kierownik Działu Leków Pochodzenia Naturalnego w Instytucie Leków powiedział oficjalnie, że o rejestracji nie ma mowy, bo nie przedstawiono owych mitycznych już badań klinicznych.
Tyle lekarze i Instytut Leków. Zaś wielbiciele vilcacory publikują swoje dane, które określają jako badania kliniczne. – To, co jest publikowane, określiłbym jako bzdury na potrzeby komercyjne. Ci ludzie w ogóle nie wiedzą, co to są badania kliniczne, a raczej udają, że nie wiedzą – mówi prof. Jassem. – Gorzej, że zdezorientowani pacjenci dają się nabrać, myślą, że mają do czynienia z jakimiś poważnymi opracowaniami. Tymczasem między określeniem składu chemicznego a efektami klinicznymi są lata świetlne.
Swego czasu prof. Jassem zadał sobie trud sprawdzenia, jak vilcacora stara się uwiarygodnić w świecie nauki. Nic nie znalazł w komputerowej bazie danych, w której zebrano światowe piśmiennictwo medyczne. Nie było też ani jednej publikacji z udziałem głównego badacza vilcacory, prof. H. Oswalda, którego dorobek nie jest znany polskiej onkologii.

Zimna rozmowa

Dlaczego pacjenci wybierają vilcacorę? Dr Janusz Meder uważa, że winne jest także to, co dobre, czyli leczenie w wyspecjalizowanych regionalnych ośrodkach. Świetnie, że chorzy trafiają właśnie tam, źle, bo kolejki są bardzo długie. Na lekarza działa presja poczekalni. Wie, że tłum czekający od rana chce jednego – żeby wszyscy zostali przyjęci. – Onkologów jest zbyt mało, nie mają czasu na rozmowy, a poza tym nie działa u nas system partnerski. Ciągle pokutuje patriarchat, czyli narzucenie pacjentowi sposobu leczenia, informacja, 15 minut rozmowy i do widzenia – tłumaczy dr Meder.
W tę lukę wciska się medycyna niekonwencjonalna. Jest zapotrzebowanie na serdeczność? Specjalista od huby czy mis tybetańskich zawsze ją zapewni. Poza tym ma czas.
W warszawskiej klinice onkologii WAM zatrudniono sekretarki medyczne. – Na nie spadła cała papierkowa robota, lekarze mają więcej czasu na wyjaśnienie choremu, jaką terapię mu się proponuje – tłumaczy prof. Szczylik. Prof. Jassem w ciągu trzech godzin przyjął pięciu chorych. – To były bardzo poważne rozmowy, muszą trwać – wyjaśnia. W swojej klinice zatrudnia psychoonkologów, którzy wspierają pacjentów. Bez nich nie wyobraża sobie leczenia.
– Nie jesteśmy genialni, nie udajemy Pana Boga, choć może chory właśnie tego oczekuje – to powtarzająca się opinia. Zdaniem prof. Marka Pawlickiego, problemem onkologów jest też wykazywana przez nich czasem bojaźliwość. Wisi nad nimi widmo Adama Sandauera i rodziny, która pobiegnie do niego poskarżyć się – że lekarz nie zdecydował się na operację albo że się zdecydował.
Winna jest także hermetyczność tej dziedziny, wrażenie, że „nie ma leku na raka”. Tymczasem onkologia zmierza w stronę indywidualizacji leczenia. Każdy pacjent powinien mieć osobną terapię, ta z kolei jest dziś mieszanką chemioterapii, radioterapii i chirurgii.

Internetowe ogłoszenia

Nikt nie ma wątpliwości – karuzela cudownych leków będzie się kręcić. Zmierzch vilcacory oznaczać będzie narodziny następnej huby czy torfu. Jeśli tak często nie da się wyleczyć nowotworu, to sparaliżowani strachem chorzy będą się chwytać każdej szansy. Przykładem są Niemcy, gdzie na medycynę alternatywną obywatele wydają więcej niż na klasyczną. W Wielkiej Brytanii około 30% pacjentów, a w USA 40% szuka pomocy poza klasyczną medycyną. Jaki wpływ na pacjentów ma to połączenie leczenia? W 1999 r. badania opublikował „New England Journal of Medicine”. Po kilku miesiącach obserwacji okazało się, że te kobiety, które szukały pomocy także u znachora, zdecydowanie częściej miały depresję i bały się nawrotu choroby.
– Leczę od 27 lat i przeżyłem kilka cudownych preparatów – wylicza prof. Jassem. – Ludzie zniechęcą się do vilcacory, będzie coś innego.
To „coś innego” znalazł prof. Marek Pawlicki. Za największe zagrożenie uważa dziś Internet i niekontrolowane, bezkarne ogłoszenia o leczeniu. Wystarczy kliknąć i już ktoś zapewni, że uratuje życie.

Tymczasem lekarze ostrzegają, że każdy nowy pomysł na karuzeli cudownych leków zostawia po sobie cmentarz.


Liana z Ameryki Południowej
Vilcacora to liana rosnąca w Ameryce Południowej. Jej korę Indianie od wieków uważają za lek. Do naszej cywilizacji wprowadził ją ojciec Edmund Szeliga, salezjanin, od kilkudziesięciu lat mieszkający w Peru. Założył Instytut Badań Fitoterapii Andyjskiej. W świat poszła wieść, że tam skutecznie leczy się raka. W polskiej prasie ukazało się wiele wywiadów z ojcem Szeligą. W „Gazecie Pomorskiej” stwierdził on, że „znamy coraz więcej roślin, które zwalczają raka”, a w „Głosie Szczecińskim” dziennikarka Elżbieta Bruska przytoczyła jego wypowiedź, że „niewielka grupa polskich onkologów występujących przeciwko vilcacorze ma konszachty z koncernami farmaceutycznymi, które ponad dobro ludzi stawiają własne interesy”.


W Polsce dwa razy więcej pacjentów niż w USA rozpoczyna leczenie w zaawansowanym stadium nowotworu. Przyczyną jest nie tylko zawierzenie jakiemuś cudowi, ale np. brak badań przesiewowych, słaba skłonność Polaków do kontroli. Tymczasem przejście od jednego stadium choroby do kolejnego trwa od dwóch do czterech miesięcy. W pierwszym stadium udaje się wyleczyć 90% chorych, w czwartym szanse są żadne.


Cudu nie było
* Torf – w latach 80. prof. Stanisław Tołpa ogłosił antyrakowe właściwości preparatu z torfu.
* Grasica – przez 40 lat stosował ją prof. Jeremi Czaplicki.
* Antyneoplastony – Rok 1997. Dr Stanisław Burzyński ogłasza, że to właśnie one, jako ekstrakt moczu, zabijają raka.
* Uzdrowiciele – polecają nalewkę z bursztynu, naftę, korę dębu lub wyciąg z jemioły w zastrzykach.
Zdaniem onkologów, żaden z tych preparatów nie niszczy komórek rakowych.

 

Wydanie: 26/2002

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Nootropy
    Nootropy 2 listopada, 2015, 18:58

    Co do zasady, jeśli lekarz się nie zna, jest na nie. A z reguły się nie zna, spotkałem może dwóch lekarzy obeznanych w ziołach.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Wacław Kaczor
    Wacław Kaczor 30 sierpnia, 2016, 21:31

    Witam ! Typowy materiał na „zamówienie” atakujący naturalne metody leczenia ziołami, znane od tysięcy lat ! Dziwi mnie tylko fakt, że lekarze z tytułami dają się w to wciągnąć i jako lekarze wypowiadają się na temat właściwości leczniczych ziół, o których na 6-cio studiach medycznych nie ma ani jednego słowa…A co na to Instytuty Roślin w Polsce, gdzie pracują biolodzy? Otóż w Polsce wydano jeden z najpiękniejszych książek- kompedium wiedzy na ten temat:
    „Ziołolecznictwo Amazońskie i Andyjskie” gdzie recenzentami sa polscy naukowcy: prof,dr.hab Jerzy Łukasiak, prof.dr.hab,dr.h,c, Jerzy Lutomski. oraz dc.dr.hab. Piotr Wójcik, dr. Żurawska. Jest tam wszystko, w tym Vilcacora w szczegółach. Nie prawda,że nie ma badań nad ta rośliną, Pan prof. dr.hab. Mieczysław Kuraś (szef biologów molekularnych na U.Warszawskim w 2004r. po badaniach w swoim Instytucie , zamieścił obszerny materiał kilka-stronnicowy p/t. „Czarno na białym ! mamy niepodważalne dowody ! – Vilcacora leczy raka ! (cały materiał w czasopiśmie : „Żyj długo” luty 2004r. wydawca :Tower Press.) Jest tam również wzmianka o tych w/w Panach onkologach, gdzie stwierdza cytuję:
    „- Była to w pewnym sensie potrzeba chwili, a zdarzenie to dosyć dobrze pamiętam, tym bardziej że to już “nowe dzieje”. Odwiedziły mnie w zakładzie dwie studentki trzeciego roku, które w ramach pracy magisterskiej, chciały się podjąć badania antyrakowych właściwości… vilcacory. Obie bowiem miały podobne doświadczenie z tą rośliną. W domu pierwszej – babcia wyleczyła się z bardzo zaawansowanej choroby nowotworowej, a w domu drugiej – ciocia. W obu były to sytuacje całkowicie beznadziejne, a opinie lekarzy jednoznaczne, że medycyna wyczerpała wszystkie swoje możliwości. Wybawienie przyszło ze strony Vilcacory.
    O innych, podobnych przypadkach dowiedziałem się w różnych kręgach znajomych.
    Vilcacory nie znałem nawet od strony botanicznej, a wobec tego i te zasłyszane wiadomości szybko zostałyby zapomniane, gdyby nie niezwykle natarczywe i niewybredne telewizyjne i radiowe komentarze na temat tej rośliny. Ta kontrowersja opinii wydała mi się na tyle dziwną, że nie dawała mi spokoju. Powstał dylemat, kto tu ma rację ? Doszedłem do wniosku, że wobec tak bulwersujących różnic opinii nie można pozostać obojętnym. Wyraziłem zgodę na podjęcie badań nad Vilcacorą.
    Wyniki badań, które podjęliśmy wstępnie, przeszły nasze najśmielsze oczekiwania!
    Rezultaty, jakie osiągnęliśmy, były bardzo sugestywne i wyraźne – widoczne dosłownie jak na dłoni. Już w oparciu o wstępne badania wykazaliśmy i potwierdziliśmy to, czego ewentualnie – przy dużej dozie szczęścia – można było się spodziewać, że ekstrakty vilcacory, przy odpowiednim ich stężeniu, wyraźnie i zdecydowanie hamują aktywność mitotyczną. – Wykazaliśmy, że ekstrakt vilcacory, w zależności od stężenia i czasu działania, hamuje aktywność mitotyczną komórek merystematycznych. Stwierdziliśmy przy tym, że im stężenie jest wyższe, tym zahamowanie podziałów komórkowych jest efektywniejsze. Ale z drugiej strony, jeżeli stężenie ekstraktu jest zbyt małe, to prowadzi do procesu odwrotnego – stymulacji, czyli wzmożenia podziałów komórkowych. Obie reakcje, aczkolwiek przeciwstawne są niezwykle istotne. Nasze badania dowiodły, iż ekstrakt vilcacory w odpowiednim stężeniu proces ten nawet całkowicie hamuje.
    W przypadku działania vilcacory niezwykle ważne jest i to, iż zahamowanie podziałów komórkowych jest łagodne i nie doprowadza do dezorganizacji, w tym aberracji chromosomów zawierających materiał genetyczny. Jest to bardzo istotne, jeśli zważy się fakt, iż w wyniku aberracji chromosomowych powstających po działaniu niektórych cytostatyków dochodzi do mutacji, które stanowić mogą początek tworzenia się nowotworów wtórnych, a te najczęściej stanowią większe zagrożenie dla chorego niż nowotwór pierwotny. Z naszych obserwacji wynika, iż po podaniu ekstraktu vilcacory prawdopodobieństwo wznowienia procesu nowotworowego znacznie spada.
    Osobiście jestem głęboko o tym przekonany. Zebraliśmy już wystarczająco wiele dowodów na to, że “vilcacora leczy raka”, a w przyszłości – dzięki coraz lepszej konsolidacji biologicznych i medycznych ośrodków badawczych – prawdopodobnie zbierzemy ich jeszcze więcej. Liderem w tej grupie uczonych jest bezsprzecznie prof.dr. Yezhou Sheng z Uniwersytetu w Lund (Szwecja)”
    Miałem także osobiste doświadczenia z chorobą nowotworową (dwukrotnie!) Vilcacorę i inne zioła z Peru piję nieprzerwanie kilkanaście lat. Z choroba uporałem się dość szybko, lecz trzeba wszystkim przypomnieć o tym, czego w Medycynie się nie mówi, i ukrywa ! To jest „Uniwersalna Prawda Ojca Medycyny – Hipokratesa : Jest choroba i jest przyczyna ! Niech Twoje pożywienie będzie Twoim lekarstwem, a Twoje Lekarstwo – Twoim pożywieniem…!”
    Zainteresowanych odsyłam w tym temacie do książek napisanych przez światowego lidera w żywieniu człowieka : prof.dr.hab. T.Colin Cambella z USA p/t „Nowoczesne zasady odżywiania – zasady ogólne” oraz książki „Ukryta Prawda” Tam się dowiecie Państwo wszystkiego ! Mnie uratowały takie książki, najlepszych naukowców na temat przyczyn naszych chorób, a nie na temat „cudownych leków chemicznych…” Gdyby to było takie proste, to dawno wyleczono by wszystkich !
    Niech teraz każdy sobie wyrobi opinię sam…
    Dodam tylko, że w Ameryce Południowej, szczególnie w Peru, Vilcacorę- jako herbatkę fix (ekspresową, taką jak u nas np. Liptony) podaje się wszędzie w lokalach gastronomicznych…
    Komentarz zbyteczny… Polecam tym Panom bardzo popularne w Polsce zioło BORUTUTU z Afryki, świetnie regeneruje wątrobę i prace trzustki, szczególnie po skutkach ubocznych chemioterapii…ale uprzedzam, na krytykę jest za póżno, zioło te jest już zarejestrowane w Polsce…

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Julian
    Julian 7 grudnia, 2016, 12:08

    Witam. Zapoznalem sie z oferta Pana Kaczora. Tak faktycznie ma produkty ciekawe ale strasznie dorgie. Niestety Panie Kaczor ale ceny sa wygorowane i czesto mozna znalezc w internecie identyczne produkty (producent, kraj pochodzenia) za polowe oferowanej panskiej ceny. Szkoda

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Zenek23445
      Zenek23445 23 marca, 2017, 18:08

      Mniejsza o Pana Kaczora,ale zioła są godne uwagi .Znamienne jest ,że tylko lewackie media krytykują naturalne sposoby leczenia. Dziwne ,że nie krytykują lekarzy ! Bo z powodu pomyłek lekarskich i nieskutecznego leczenia co roku znika z mapy w Polsce małe miasto .I nic lewackie media ich nie krytykują .Widać dla kogo pracują te media.Dla korporacji !!! Korporacje są dziś wrogiem wolności i demokracji na świecie. Dyktatura wielkich molochów objęła swoim zasięgiem cały świat i to jest obok islamu największe zagrożenie dla nas wszystkich

      Odpowiedz na ten komentarz
    • Wacław Kaczor
      Wacław Kaczor 9 czerwca, 2017, 08:00

      To proszę zamówić zioła w Peru prywatnie.Dowie się Pan ile to kosztuje:
      Dla zainteresowanych podaję:
      Zioła płaci się w dolarach USA, poza tym:
      pozwolenie na wywóz z Peru 100.dol.
      Certyfikat 50 dol.
      Paczka ok. 4.kg 100 dol.
      Koszty w Polsce w Urz.Celnym : cło i podatek Wat 23% od wszystkich w/w kosztów.
      Do tego koszty działalności Gospodarczej Firmy
      ps.
      Liczą się tylko certyfikowane zioła z Peru

      Odpowiedz na ten komentarz
  4. Julian
    Julian 7 grudnia, 2016, 12:10

    Malo tego dokuemnty co Pan przesyla dla klientow sa bardzo chaotyczne, caly czas sie informacje powtarzaja, zle sie czyta te teksty. W sumie jedynie co Pan zrobil to skopiowal czyjes teksty i w niektore miejsca wstawil Pan swoj komentarz wynoszacy jedno zdanie. No tak kiepsko torche…

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Wacław Kaczor
      Wacław Kaczor 9 czerwca, 2017, 08:11

      A dostał Pan od swego lekarza w ogóle jakieś materiały ?
      Ja odsyłam ludzi do najlepszej literatury na temat zdrowia, do książek np.prof.Colina Campbella, który pisze o badaniach jakie nigdy dotąd na świecie jeszcze nie przeprowadzono na temat zdrowia i życia ludzkiego. Także o przyczynach ich powstawania. W tej chwili jest to światowy lider w tej dziedzinie !
      Kopiuję wypowiedzi naukowców wybitnych, nie opisuję tylko cudownego działania leków, czy ziół, ale przede wszystkim o zmianie trybu życia !
      Czy to mało ?
      dostał Pan od kogoś coś więcej?

      Odpowiedz na ten komentarz
  5. Jan Nowaczyk
    Jan Nowaczyk 21 czerwca, 2018, 17:40

    Jan Nowaczyk
    Witam
    Czytałem cały ten materiał z uwagą, mam problem nowotworowy w rodzinie. Tutaj skorzystałem z pewnych podpowiedzi Pana Kaczora i zakupiłem książki prof. Collina Campbella, które wymienia. Po ich przeczytaniu, zaraz zakupiłem następne 4 jego pozycje. To świetna podpowiedż i literatura z której teraz korzystamy i to wszyscy w rodzinie. Zgadzam się z prof. Campbellem że nowotwory i inne choroby, (właściwie pisze prof. o wszystkich chorobach) jak w ogóle powstają, jak budują się w organizmie ludzkim. To jasne, że musi być przyczyna ! Natomiast tak zmanipulowano cały niemal świat zachodni, że ludzie mogą robić – (czytaj jeść z używkami włącznie) na co maja ochotę, a jak coś się stanie, to medycyna jest od tego i wszystkiemu zaradzi… To błędna interpretacja, która panuje . W świecie medyków to „zmowa milczenia” na ten temat. Są leki, coraz bardziej nowoczesne i to wystarczy do leczenia ! Zajrzałem na stronę www Pana Wacława Kaczora, pisze więcej o zmianach trybu życia jak o samych peruwiańskich ziołach, i pokazuje światową literaturę, na czele z prof.Campbellem. Ja nie miałem pojęcia, że taka wiedza w Polsce istnieje, i wszyscy milczą na ten temat. To są bestsellery światowe! Przecież każdy z nas powinien to wiedzieć, jak i dlaczego powstaja choroby, szczególnie te najgroźniejsze:rak i choroby serca. Faktycznie Medycyna leczy tylko skutki, więc słabo to wszystko działa, bo chory człowiek nadal robi to samo, czyli żle się odżywia, często nie rezygnuje z złych nawyków, nie mówiąc o nałogach … Podobał mi się cytat Alberta Einsteina, którego przytoczył Pan Kaczor : „szaleństwem jest robić ciągle to samo i oczekiwać różnych rezultatów…”
    Pierwsza nasza wizyta w Onkologii w Poznaniu, była już szokiem: przed budynkiem grupa chorych palących papierosy, bufet szpitalny zaopatrzony w śmieciową żywność, napoje słodzące, batoniki, pepsi, cola, itd. Bufet ma nazwę „Pomarańczarnia” myśleliśmy, że serwują chociaż soki owocowe naturalne, a tam nic z tego tylko soki z buteleczek. Odżywianie szpitalne fatalne. Wszystko to w zestawieniu z wiedzą prof.Campbella prowadzi w prostej drodze do nowotworów, a przecież tam leczą nowotwory… Nikt na te fakty nie zwraca uwagi. Lekarze to widzą, albo nie chcą widzieć… Leczą właściwie wg „procedury” czyli: chemia, radioterapia i ew. operacja. To są metody leczenia standardowego, w całej europie wszyscy dostają to samo. Nie dziwię się, że statystyki są fatalne, więc postanowiliśmy wdrożyć wszystko co możliwe. Właściwie Pan Kaczor jest najlepszym przykładem, czytając jego „świadectwo” można śmiało obdarzyć pół ulicy tymi chorobami, z którymi zmierzył się blisko 20 lat temu i z wszystkich tych problemów wyszedł… Stosował Medycynę Konwencjonalną, z licznymi operacjami włącznie, ale leczył się równocześnie ziołami z Peru i całkowicie zmienił tryb życia i odżywiania na stałe. Jak twierdzi Medycyna jest jedna ! a wiedzę należy uzupełnić, na własną rękę, jeśli lekarz nam tego nie mówi, co powinien. Byliśmy na spotkaniu z Panem Kaczorem, zna ten wrogi stosunek niektórych lekarzy do Wilkakory, tylko kiwał głową, pokazał nam całe opracowanie z czasopisma z 2004r. ( cały wywiad prof.Kurasia z U.W. na temat badań Wilkakory, którego przeprowadził na U.W.) W zestawieniu z tym, co tutaj piszą lekarze, to jest porażające, ale to nic dziwnego, mówi Pan Kaczor i zacytował : „Zawsze tak jest, jak pojawi się znak Boży, to pojawia się znak sprzeciwu…” Tak Se postępuje zawsze, jak pojawi się informacja o czymś nowym, naturalnym i skutecznym , bo to łamie standardy „Wielkiej Farmacji” która nigdy nie dopuści naturalnych preparatów, na których się nie zarobi… Podobnie pisze prof. Campbell „wszyscy zatańczą tak, jak zagra Farmacja…” Pan Kaczor mówi, że, na nim nie robi to wrażenia, on i tak będzie robił swoje… Warto było zobaczyć przy okazji jak wygląda prawdziwa Wilkakora z Peru, bo tylu jest znawców, i ekspertów, co ludzi, którzy się wypowiadają na ten temat… Nie znaliśmy historii o Wilkakorze. Nie wiedzieliśmy, że Wilkakora występuje w Amazonii w ponad 60 gatunkach, a lecznicze zioła pochodzą tylko z 2-ch gatunków, z których produkuje się ekstrakty, właśnie te, co badał prof. Kuraś. Zioła lecznicze Wilkakory nie są dostępne w ofercie w Internecie, i to obojętnie, co ludzie na ten temat piszą, należy je sprowadzić tylko z Laboratoriów w Peru i zawsze mają Certyfikaty. Poza tym, w leczeniu raka jest pewien plan, są zestawy, które są opracowane przez lekarzy znających fitoterapię i odpowiednia literatura. To nam udostępnił Pan Kaczor i pokazał opracowania na ten temat. Najważniejsze wiemy już z książek, co to jest za choroba – ten rak i mamy teraz wielki dystans, wiemy dobrze, że można stosować wszelkie kuracje i walkę przegrać. Tak samo, jak tysiące ludzi, którzy przeszli operację, chemie, radioterapię i także walkę przegrali… Nikt z tego powodu alarmu nie robi i wszystkie rodziny przyjmują to z pokorą, po stracie swoich bliskich. Nie ma na świecie żadnego leku, za żadne pieniądze świata, który by gwarantował wyleczenie ! My mamy poważny problem z teściem, który ma bardzo słabe rokowania. Jak przegra walkę, to niech ją przegra po walce z determinacją, będziemy bardziej spokojni, jak zrobi wszystko, co tylko możliwe było, a nie tak mało, co proponuje nam Medycyna. Warto przeczytać książki prof. Campbella, aby się dowiedzieć na ten temat szokujących rzeczy, tym bardziej, że on nie tylko sobie „coś” napisał, ale te fakty osobiście badał przez 4 dekady, no i dowiedzieć się kim jest prof.Collin Campbel w świecie nauki w USA. Jedno jest zrozumiałe dla nas: Jeśli ktoś szuka tylko cudownych leków 100% na raka, to się zawiedzie. Dobrze jest wiedzieć, że najpierw jest przyczyna, a potem skutek, nigdy odwrotnie. Najbardziej podobało nam się to, że Pan Kaczor nie jest przeciwnikiem Medycyny Konwencjonalnej, stawia ją na pierwszym miejscu i trafnie dodaje : trzeba dużo uzupełnić i to ludziom pokazuję. Nie są to moje metody, tylko wybitnych naukowców, dlaczego więc nie korzystać ? Mówi „ „Primum non nocere” Przesłanie Hipokratesa (Przede wszystkim nie szkodzić!) Od leczenia są lekarze, pomagać mają prawo wszyscy. My skorzystamy z pewnością, nikomu nie doradzam, wyrażam tylko własną opinie na ten temat, każdy niech szuka własnej drogi.
    Jan Nowaczyk

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy