Lekka jazda, ciężki dowcip

Lekka jazda, ciężki dowcip

Przynajmniej do lata dziennikarze „Wprost” będą dobijać swym humorem telewidzów

Przynajmniej do lata Robert Mazurek i Igor Zalewski będą dobijać swym dowcipem telewidzów. Po wyemitowaniu sześć próbnych odcinków „Lekkiej Jazdy Mazurka i Zalewskiego” TVP podpisuje umowę na kolejne. Wprawdzie oglądalność talk show jest dramatycznie niska, ale uznano, że w przypadku „Jazdy” liczy się bardziej… „rezonans społeczny”.
Jeden odcinek programu dziennikarzy „Wprost” kosztuje aż 40 tys. zł. Przy czym studio, ekipę techniczną i realizatora zapewnia… telewizja publiczna kupująca program! Wkład producenta to scenografia, reżyser i prowadzący. Współwłaścicielem firmy producenckiej jest Andrzej Horubała, znajomy dawnego prezesa TVP, Wiesława Walendziaka. Był on szefem rozrywki w Programie 1 TVP. Później Horubała zaczepił się w Telewizji Familijnej. Należał do jej kierownictwa. Stacja miała służyć promowaniu wartości etycznych, tymczasem stała się znana głównie z powodu wpompowania w nią 180 mln zł ze spółek skarbu państwa. Do telewizji publicznej wrócił teraz z ekipą Jana Dworaka.
Umowa ma być przedłużona, mimo że program ma dramatycznie niską oglądalność – 3,4% (1,2 mln widzów, czyli zaledwie co dziesiąta osoba oglądająca wówczas telewizję). Dla porównania poprzednio nadawany w tym czasie program „Retroteyada” skupiał 5,9% widowni (2,1 mln, co czwarty telewidz). Jednak z punktu widzenia dziennikarzy możliwość promowania własnego pisma (na końcu pada: „Czytajcie nas we „Wprost””) wśród 1,2 mln osób jest nieoceniona. Reklama kosztowałaby krocie.
Zdaniem Andrzeja Godlewskiego, szefa publicystyki w TVP, w przypadku „Jazdy” liczy się bardziej „rezonans społeczny”. Powołuje się on na miesięcznik „Press”, który ocenił talk show na 6,8 pkt (na 10 możliwych), choć lista wad raczej przeważała nad zaletami. Na tym jednak kończy się pozytywny „rezonans”. „Ośli śmiech i pseudodowcipy – tym popisuje się Mazurek w telewizji”, donosi „Fakt” w tekście „Telewizyjny drewniak”. Suchej nitki nie zostawia na programie Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej” i cieszy się, że przynajmniej część żartów jest zagłuszana złą dykcją prowadzących. „Po co TVP pokazuje coś tak żałosnego?”, zastanawia się i znajduje tylko dwie odpowiedzi: albo telewizja jest zdesperowana, albo chce kupić przychylność dziennikarzy „Wprost”.

Jest pan Żydem, pedałem czy alkoholikiem?

W gmachu telewizji mówi się, że to program propagandowo-rozrywkowy, choć akcent pada na pierwszy człon. Rozrywki tu szukać ze świecą.
– To nowoczesna audycja publicystyczna. O sprawach poważnych i istotnych dla społeczeństwa mówi się pół żartem, pół serio – twierdzi Andrzej Godlewski.
Jakież to sprawy? Alkoholizm, homoseksualizm i pochodzenie żydowskie.
– Alkoholizm kandydata na prezydenta, to bardzo ważna sprawa. Dobrze też, że Markowi Borowskiemu dano szansę wyjaśnienia, czy ma żydowskie korzenie. W tym programie po prostu nie ma temtów tabu – przekonuje szef publicystyki.
Tyle że widok chamsko upokarzanego polityka niewiele osób bawi, tym bardziej że dowcip jest lekki jak furmanka.
Przykładem może być talk show z udziałem Jana Rokity. Sądził on, że skoro jest Człowiekiem Roku „Wprost”, dziennikarze tygodnika potraktują go z szacunkiem. Ze studia wyszedł wstrząśnięty. W ciągu 25 minut sponiewierano go, porównując do krowy i Romana Giertycha i analizując, czy kocha inaczej. Być może, liczono, że tak jak Religa przyznał się do alkoholizmu, tak Rokita do swoich preferencji seksualnych. Dlatego z wdziękiem młota pneumatycznego dociskano: „Skąd się biorą pogłoski o pana homoseksualizmie? Bo Napoleon tak miał w korpusie kadetów, ale potem mu przeszło? To co, te plotki biorą się znikąd? Czy fakt, że krakowska PO tak mocno zaangażowała się w zwalczanie Marszu Równości w Krakowie, to nie jest jakieś alibi dla pana?”.
Zbity z tropu Rokita bronił się, że różne plotki o nim krążą, np. że jest najbliższym wspólnikiem Wieczerzaka. – Ale przynajmniej Żydem pan nie jest – usłyszał w zamian, wśród salw śmiechu publiczności.
Magazyn „Press” chwali prowadzących za to, że są: „Inteligentni, złośliwi, ale nie napastliwi, dowcipni”. Program jednak bazuje na dowcipach prostych – żeby nie powiedzieć prostackich. Żartem na poziomie szkoły podstawowej jest przedstawienie zdjęcia Religi z dorysowaną bujną fryzurą czy Borowskiego w objęciach Leonarda di Caprio. Co jest śmiesznego w wyrzucaniu do kosza zdjęcia osoby, z którą dziennikarze się nie zgadzają?
Program jest nędzny pod względem scenografii, tempa, montażu. Prowincjonalizm przebija w zachowaniu i ubiorze prowadzących.
Oglądając „Lekką jazdę”, można się zastanawiać, dlaczego politycy przychodzą do programu, w którym zostaną ośmieszeni. Czy mają tak wielkie parcie na szkło, że poczucie godności zostawiają w kącie?

 

Wydanie: 12/2005

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy