List do Feministki

List do Feministki

Równouprawnienie nie powinno polegać na tym, aby kobiety poczynały sobie jak mężczyźni, lecz by mogły zachowywać się zgodnie z własną naturą

Miła, Droga Pani,
Nie ujawniam Pani imienia, bo nie wiem, czy Pani by sobie tego życzyła, ale Pani istnieje naprawdę, znamy się od paru lat, choć dosyć powierzchownie, jest Pani osobą znacznie ode mnie młodszą, wrażliwą, inteligentną, uzdolnioną i – jak na plastyczkę przystało – ubiera się Pani oryginalnie i ze smakiem. Nieraz rozmawiałyśmy na różne tematy, wymieniając poglądy pod wieloma względami podobne. Całkiem niedawno przypadkiem dowiedziałam się, że jest Pani aktywną feministką. Nie znając bliżej żadnej z Pań – skorzystałam z okazji, by poruszyć problematykę feministyczną.
Na wstępie zaznaczyłam, że zgadzam się z większością postulatów zgłaszanych przez feministki. Tak więc byłam i jestem za zliberalizowaniem „ustawy aborcyjnej”, i to nie tylko w interesie kobiet, ale też dzieci: z obserwacji wiem, jak tragiczne bywają losy „niechcianych”, i to niezależnie od przyczyn „niechcenia”. Oczywiście, uważam za skandal, że kobietom utrudnia się dostęp do stanowisk zgodnych z ich kwalifikacjami, zwłaszcza że bywają sytuacje, gdy za taką samą pracę kobietom płaci się mniej niż mężczyznom. Współczuję „kurom domowym” (co za terminologia!), które nie mają własnej „kasy” i są finansowo uzależnione od swych partnerów, choćby w pełni akceptowanych i kulturalnych. Korzystne dla kobiet rozwiązanie tej sprawy wydaje mi się może nawet ważniejsze niż walka o prawo do przerywania ciąży, bo przed niepożądaną ciążą można się zabezpieczyć, natomiast dziewczyny, które decydują się na rezygnację z pracy i pozostanie w domu z dziećmi, są naprawdę pokrzywdzone. Mogłabym podać jeszcze inne sprawy, w których moje stanowisko jest zbieżne z feministycznym.
Po takiej deklaracji zadałam Pani oględnie sformułowane pytanie, dlaczego ustne i pisemne wypowiedzi „klasycznych” feministek bywają aż tak agresywne – tu wymieniłam parę znanych nazwisk, które dyplomatycznie przemilczę.
Pani najwyraźniej poczuła się urażona tą „indagacją” i odpowiedziała, że gdy agresywnie wypowiadają się mężczyźni, nikt nie ma im tego za złe.
Und da ist der Hund begraben (i tu jest pies pogrzebany), jak za naszymi zachodnimi sąsiadami mawiano w mojej macierzystej c.k. Galicji. Bo z Pani słów wynikałoby, że kobiety mają prawo, a nawet powinny zachowywać się tak jak mężczyźni.
Na to z mojej strony nie ma zgody.
Kobiety i mężczyźni różnią się od siebie, a równouprawnienie – moim zdaniem – nie powinno polegać na tym, aby kobiety poczynały sobie jak (nie wszyscy) mężczyźni, lecz by mogły zachowywać się zgodnie z własną naturą i skłaniać mężczyzn do liczenia się z naszymi potrzebami i upodobaniami.
Nigdy nie zgadzałam się ze słynną formułą Simone de Bouvoir (jej „Drugą płeć” ostatnio u nas wznowiono), że kobietą nikt się nie rodzi, kobietą człowiek się staje. Oczywiście, nie neguję fatalnego wpływu, jaki na zachowanie kobiet, na relacje damsko-męskie i – w konsekwencji – na całokształt stosunków międzyludzkich wywierają relikty odwiecznego ładu patriarchalnego, który dobiega końca. I oby koniec ten nastąpił jak najrychlej, ustępując miejsca autentycznemu partnerstwu dwu płci, moim zdaniem – nie antagonistycznych, lecz komplementarnych.
Przecież natura nie przypadkiem doprowadziła do zróżnicowania płci, a różnice fizjologiczne w dużej mierze determinują odmienność psychiczną. Jako osoba, która dzieciństwo i wczesną młodość spędziła na wsi, miałam okazję obserwować tę odmienność na zwierzętach, zwłaszcza na psach. Wychowałam się w majątku mojej Babci po kądzieli – na odludziu. Mieliśmy sforę psów, korzystających ze swobody i zachowujących się „naturalnie”. Nawiasem mówiąc, nie rozumiałam i nie rozumiem, dlaczego ludzie obrażają te przyjazne stworzenia, przypisując im swe własne negatywne cechy: „podły jak pies”. A z czym skojarzono słowo suka! W rezultacie z oporami używam tego określenia istot, których zachowanie dawno temu unaoczniło mi, czym jest instynkt macierzyński. Zapamiętałam raz na zawsze gorejące oczy mojej ulubionej Figi, która urodziwszy w jakimś zakątku swe pierwsze szczeniaczki, najwyraźniej toczyła walkę wewnętrzną, jak ma się zachować, gdy odkryłam tę tajemnicę: byłam jej „panią” i kumpelką, równocześnie zaś instynkt nakazywał jej wzbranianie komukolwiek dostępu do ślepych jeszcze maleństw.
Odnoszę wrażenie, że feministki na ogół nie doceniają podstawowego doświadczenia egzystencjalnego, jakim dla kobiet jest macierzyństwo, skupiając się na związanych z nim patologiach. I tu zacytuję opinię Jane Goodall, słynnej badaczki i opiekunki szympansów: „Badania nad szympansami wymagają cierpliwości i spostrzegawczości, umiejętności skupiania się na niuansach zachowań. Ewolucja wyposażyła kobietę w te cechy, przygotowując ją do roli matki. Dobre matki – takie, które były w stanie zapewnić potomstwu warunki umożliwiające przeżycie – musiały być cierpliwe, musiały stale doskonalić sztukę obserwacji, a przede wszystkim trafnie odgadywać potrzeby małych, bezbronnych istot, które nie potrafią wyrazić swych życzeń. A to wymaga ogromnej intuicji. Kobiety mają ją we krwi” („Wysokie Obcasy” 19.06.1999 r.).
Kobieta „z natury” jest OPIEKUNKĄ, a prawdziwe nasze równouprawnienie powinno by doprowadzić do zmiany stosunków międzyludzkich z rywalizacyjno-agresywnych na partnersko-przyjacielskie. Czy jest to możliwe? W moim najgłębszym przekonaniu – TAK, pod warunkiem że kobiety nie będą naśladować „twardzieli” (także stylem wypowiedzi), lecz spokojnie i stanowczo przedstawiać swe racje. Taką metodę usiłowałam stosować w moich kontaktach z mężczyznami zarówno w życiu rodzinnym (mąż, syn, wnuk), jak i w pracy. I dość często – nie zawsze… – osiągałam pożądany rezultat, to znaczy w ważnych sprawach stawiałam na swoim. A przy błahostkach naprawdę nie warto się upierać!
Z pięknymi ukłonami oraz najlepszymi pozdrowieniami dla Pani i wszystkich feministek.

Wydanie: 45/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy