Na czym budować lewicę

Na czym budować lewicę

Politycy SLD zrobili wiele, by oddać prawicy walkę o pamięć

Na łamach PRZEGLĄDU trwa dyskusja o przyszłości lewicy. Jeśli lewica chce wrócić na stałe do debaty publicznej i odgrywać w polityce znaczącą rolę, musi przywrócić wagę takim pojęciom jak ideowość i przywiązanie do własnych wartości.

Po 1989 r. nie udało się w Polsce zbudować lewicy poza SLD, z małą przerwą na Unię Pracy i PPS. Obecnie swoich sił próbuje partia Razem, która przechodzi dziecięcą chorobę nienawiści do PRL. Wyborcy cenią w politykach dwie rzeczy – ideowość i skuteczność. I to niekoniecznie musi oznaczać konflikt interesów.

Do dziś lewicowym wyborcom czkawką odbijają się rządy SLD z lat 2001-2005, kiedy to rozjazd między tym, co było głoszone w kampanii wyborczej, a praktyką rządzenia był ogromny. Wprowadzenie podatku liniowego, wysłanie polskich wojsk na wojnę (a nie na misję stabilizacyjną) do Iraku, miękka postawa wobec hierarchii kościelnej. Zaufać w polityce jest nie mniej trudno niż w życiu. Te błędy politycy SLD powtórzyli po latach, zawierając m.in. w 2011 r. koalicję wyborczą z liberalnymi lobbystami z Business Centre Club. Warto zwrócić uwagę na dwa aspekty, które lewica opuściła, a o których zapominać nie może, jeśli chce wrócić na trwałe do debaty publicznej.

Gdzie jest młodzież?

Politycy SLD zrobili wiele, by oddać prawicy walkę o pamięć. Hasło lewicowego kandydata na prezydenta z 1995 r. brzmiało „Wybierzmy przyszłość”. Lewica chyba zapomniała, że kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość. O historię spieramy się nieraz bardziej niż o bieżącą politykę. Tym, co wyróżnia wyborców lewicy, jest właśnie stosunek do historii.

W tej debacie brakuje młodych ludzi, którzy nie wstydzą się własnej tożsamości i są świadomi nurtu politycznego, do którego należą. Dziś młodzież uwiedziona kultem „żołnierzy wyklętych” jest niemal wyłącznie prawicowa. Dochodzą do tego błędy w systemie edukacji, który promuje indywidualizm i darwinizm społeczny. Od kilku lat w siłę rosną organizacje skrajnie prawicowe, które korzystają teraz z parasola ochronnego obecnej władzy. Dziś działacze ONR to nie grupka nacjonalistów, ale znacząca organizacja, wchodząca do mainstreamu. Ich pochody, udziały w mszach, są coraz bardziej powszechne. To nie przypadek. Gdzie w tym czasie są lewicowe organizacje młodzieżowe? Ich po prostu nie ma. Przed wojną PPS wkładała ogromny wysiłek finansowy, organizacyjny i intelektualny w przyciągnięcie dzieci i młodzieży pod własne sztandary. Był Dzień Młodzieży Robotniczej, istniały Organizacja Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Czerwone Harcerstwo, Związek Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych. Uczono poprzez sport, turystykę i odczyty młodzież, którą II RP zostawiła poza nawiasem życia publicznego. Dochodziła do tego świadomość klasowa i walka, niekiedy wręcz, z bojówkami endeckimi na ulicach polskich miast. Czy przez lata SLD kładł podobny nacisk na rozwój własnych kadr młodzieżowych?

Związki zawodowe

Naturalną bazą lewicy powinny być związki zawodowe. To one są pierwszym partnerem w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, w którym pracownik jest podmiotem, a nie przedmiotem na rynku pracy. Niedawny kongres OPZZ pokazał, że sprawy związkowe SLD traktuje z dystansem, choć warto odnotować obecność na kongresie Włodzimierza Czarzastego. Wydarzenie to nie zostało jednak należycie odnotowane przez organ SLD, dziennik „Trybuna”.

Związki zawodowe w Polsce są uważane za balast i relikt PRL. Związkowcy nie mają dobrego PR-u. W mediach przedstawia się ich jako tych, którzy palą opony i mają wygórowane oczekiwania. Powtarzane są brednie o wielkich zarobkach szefów związków zawodowych, choć prezesi spółek skarbu państwa zarabiają o wiele więcej. Uzwiązkowienie w Polsce wynosi ok. 6%. Na zachodzie Europy jest dużo większe. W Skandynawii sięga kilkudziesięciu procent. Na co dzień tylko związki zawodowe bronią praw pracowniczych, nikt więcej. Bronią nie tylko związkowców, ale i wszystkich pracowników. W firmach prywatnych związków zawodowych nie ma prawie wcale, a to tam często skala wyzysku jest większa. Swego czasu pojawił się w polskim parlamencie projekt ustawy senatora PO Filipa Libickiego, który de facto ograniczałby do zera i tak słabą pozycję związków.

Kiedy związkowcy podpisywali porozumienia sierpniowe, byli bohaterami. Dziś, gdy wychodzą na ulicę, są roszczeniowcami, którzy domagają się ochrony miejsc pracy. A to wszystko w kraju Solidarności, na którą powołują się niemal wszyscy. OPZZ zrzesza dziś ok. 1 mln ludzi. To potężna baza społeczna. Jeśli patrzymy na historię, to lewica mogła liczyć na 10-15% poparcia. Taka jest jej realna siła i dziś. Związki zawodowe muszą odgrywać na lewicy znacznie większą rolę. Tak aby być partnerem w dialogu społecznym i budowaniu państwa sprawiedliwości społecznej.

Jeśli lewica ma trwale wrócić do polskiej polityki, a nie być oazą spokojnego życia kilkunastu posłów karierowiczów, musi być na stałe osadzona w pewnej bazie społecznej. Dziś ta walka powinna się rozegrać o dusze młodego pokolenia i o współpracę ze związkami zawodowymi, które są gwarantem ładu społecznego.

Wydanie: 25/2018

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy