Pułapka europocentryzmu

Pułapka europocentryzmu

Jak widzimy Izrael i Palestyńczyków?

Od 30 marca Strefą Gazy wstrząsają masowe protesty w rocznicę przeżywanej przez Palestyńczyków tragedii wygnania ich z rodzinnych terenów, będących dzisiaj częścią państwa izraelskiego. W trakcie protestów, które według organizatorów są pokojowymi demonstracjami, dochodzi do zamieszek i starć z izraelskim wojskiem. Wśród Palestyńczyków są zabici i ranni, izraelskie wojsko oskarżane jest o otwieranie ognia do cywilów. Izraelsko-palestyński konflikt od dawna budzi emocje także na Zachodzie. W prasie można znaleźć informacje zarówno o mordowanych przez izraelskie wojsko dziennikarzach, jak i o dzikim tłumie, który w barbarzyński sposób uderza w cywilizowane państwo żydowskie. Ze świecą szukać wyważonych opinii, które w pozbawiony emocji sposób analizują przyczyny i próbują przewidzieć skutki sytuacji.

Każdy zainteresowany tematem zazwyczaj opowiada się za jedną ze stron. Tak dzieje się też przy ocenie innych konfliktów. W przypadku wojny domowej w Syrii obserwatorzy stają bądź po stronie sił rządowych, bądź po stronie rebeliantów i Kurdów, rzadko, a raczej nigdy, po stronie ISIS. Podobny podział zachodzi przy ocenie konfliktu na Ukrainie czy wcześniejszych interwencji NATO w Iraku, Afganistanie i Kosowie. Konflikt izraelsko-arabski jest jednak inny. Nie tylko dlatego, że ciągnie się od 70 lat, przez co wyrasta już drugie, a może i trzecie pokolenie Izraelczyków i Palestyńczyków, którzy nie znają innej rzeczywistości niż wojenna. Liczba prac naukowych, publicystycznych i reportaży sprawia, że jest to jeden z najlepiej zbadanych sporów terytorialnych w historii świata. Wszystkie analizy i opinie filtrowane są jednak dość mocno przez wartości, do których odwołujemy się na co dzień, a nasz szalony europocentryzm potrafi skutecznie uniemożliwić nam zrozumienie sytuacji.

Bojkot, ograniczenie i sankcje

Z jednej strony możemy uważać, że stroną pokrzywdzoną są Palestyńczycy. Żyjący na okupowanych terytoriach Zachodniego Brzegu lub w objętej blokadą Strefie Gazy spotykają się codziennie z trudnościami, które są niemal nie do wyobrażenia dla Europejczyka. Z drugiej strony także na Izraelczyków możemy patrzeć jako na ludzi otoczonych wrogimi państwami, żyjących w stałym zagrożeniu terroryzmem i wojną. Obie perspektywy wynikają często nie tyle z przemyśleń podpartych stanem wiedzy, ile z emocji, które są wykorzystywane również do zdeprecjonowania oponenta. Samo to już uniemożliwia prowadzenie dyskusji, w której można by przekonać drugą stronę. W rzeczywistości znaczna część naszego pojmowania trudnych relacji Izraelczyków z Palestyńczykami wynika ze specyficznego rasizmu i ksenofobii, którymi kierujemy się podświadomie, niezależnie od tego, po czyjej stronie staniemy.

Na Zachodzie ostatnio popularność zaczął zdobywać ruch BDS (Boycott, Divestment and Sanctions – Bojkot, Ograniczenie i Sankcje) promujący różne formy osłabiania Izraela. Przyłączają się do niego naukowcy i artyści, którzy odmawiają udziału w przedsięwzięciach zorganizowanych z udziałem izraelskich partnerów. Jednym z najgłośniejszych przykładów jest Roger Waters, który odmawia koncertowania w Izraelu i często wypowiada się na temat izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu. Ten ruch nie jest jednak popularny w Polsce, trudno znaleźć informacje na jego temat w największych mediach, nie przeczyta się o nim po polsku nawet w Wikipedii. Właściwie jedynym źródłem informacji jest strona internetowa Kampanii Solidarności z Palestyną. Przeciwnicy okupacji i osoby wspierające Palestyńczyków sięgają do porównań z apartheidem w RPA czy do polityki Trzeciej Rzeszy. Jednym z terminów najczęściej używanych w internetowych komentarzach i dyskusjach dotyczących sytuacji humanitarnej w Strefie Gazy jest Holokaust. Porównanie mocne i wywołujące emocje, można jednak się zastanawiać nad jego zasadnością.

Zachodni punkt widzenia

Osoby popierające politykę Izraela podkreślają natomiast jego prawo do obrony. Zauważają, że Żydzi osiedlili się w Izraelu, bo przez wieki byli pozbawieni własnego państwa, a jego posiadanie miałoby zapewnić im warunki do obrony, gdyby znowu doszło do Zagłady. Podkreślają, że broniąc się przed Holokaustem, Izrael ma prawo korzystać z wszelkich dostępnych środków. Termin Zagłada jest więc używany przez obie strony konfliktu na dwa różne sposoby. To, co mają ze sobą wspólnego, to podkreślenie doświadczenia Żydów jako narodu. Przy niemal całkowitym zignorowaniu dziedzictwa Żydów pochodzących z krajów Afryki czy Azji Zachodniej obserwatorzy często zauważają, że Izraelczycy powinni mieć na uwadze swoje doświadczenie z niesprawiedliwością. Osoby nastawione propalestyńsko uważają jednak, że Izraelczycy nie powinni się odwoływać do takich instynktów, tylko w bardziej humanitarny sposób podchodzić do praw mniejszości.

Punktem wspólnym obu tych argumentacji jest stawianie Izraela jako państwa i społeczeństwa bardziej wartościowego w sensie cywilizacyjnym od Palestyńczyków. Patrząc z perspektywy Zachodu, wychodzimy z założenia, że Izraelczyków obowiązują te same standardy moralne co Europę, wirtualnie zdejmujemy państwo żydowskie z mapy Azji, a przenosimy je w samo serce cywilizacji demokratycznej. Podkreśla się, że jest ono „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie”, przyczółkiem Europy w Azji, jedynym krajem, w którym mniejszości cieszą się prawdziwą wolnością. Przykładem zastosowania takiej argumentacji jest wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, który na ceremonii wręczenia nagród im. Żabińskich powiedział, że „Izrael jest wysuniętą placówką naszej cywilizacji”, dodając, że to najżyczliwsza człowiekowi cywilizacja z wszystkich, które istniały. Często te argumenty nie są niczym więcej niż sloganami, stosowanymi bez wsparcia ich choćby pobieżnymi badaniami.

Przyczółek Europy w Azji?

Obrońcy Palestyńczyków zauważają, że jako strona pokrzywdzona i rdzenni mieszkańcy Azji mają oni prawo do wyrażania protestu nie tylko w pokojowy sposób. Zrozumiałe jest wykorzystywanie pocisków i zamachów w obliczu przeważających sił wroga, który powinien, jak na Europę przystało, humanitarnie obchodzić się z przeciwnikiem. Obie strony zauważają azjatycką przynależność kulturową Palestyńczyków, broniąc się jednak przed uznaniem Izraela za kraj inny niż europejska demokracja. Palestyńczyków stawia się zawsze na gorszej pozycji, w roli bądź narodu ciemiężonego przez europejskich kolonizatorów, bądź azjatyckiej hordy barbarzyńców atakujących wysunięte na wschód przyczółki cywilizacji. Niezależnie od tego, czy ta argumentacja jest świadoma, czy nie, wynika ona z pewnego rodzaju rasizmu i przywiązania do wizji Izraela jako europejskiego państwa w Lewancie. Zachodni obserwatorzy bronią się przed zauważeniem, że Izraelczycy już dawno przestali być Europejczykami. Ich codzienną kuchnię zdominowały bliskowschodnie potrawy takie jak humus czy falafel. Hebrajski wyparł europejski jidysz niemal całkowicie, sprawiając, że nawet w ultraortodoksyjnych dzielnicach Jerozolimy, zamieszkanych przez chasydów odrzucających syjonizm, na ulicach mówi się w języku, który na początku minionego stulecia uważany był za święty. Ugrupowania religijne rosną w siłę, wypierając krok po kroku wartości tradycyjnie powiązane z XX-wieczną Europą i w ich miejsce wprowadzając bliskowschodnią dewocję religijną. Tego rodzaju myślenie uniemożliwia nam zrozumienie, dlaczego konflikt izraelsko-palestyński trwa. Zmuszeni jesteśmy odwoływać się do opozycji dobra i zła, raz uznając za zło barbarzyńców napierających na bramy europejskiej twierdzy, a innym razem dobrze naoliwione biurokratyczne machiny europejskiego kolonializmu.

Pozbycie się uprzedzeń i zauważenie, że od lat 70. Izrael zaczął nieubłaganie zmierzać kulturowo w kierunku Azji, pozwoli nam łatwiej zrozumieć długotrwałość konfliktu izraelsko-palestyńskiego. A przynajmniej umożliwi wpasowanie tego sporu w inne długotrwałe konflikty azjatyckie, jak choćby napięcie na Półwyspie Koreańskim, walki wewnętrzne w Mjanmie czy konflikt indyjsko-pakistański. Zmiana perspektywy umożliwi nam również pozbycie się niezdrowych emocji w badaniu tego konfliktu przez pryzmat starcia cywilizacji, umożliwiając jego rzeczową analizę.

Jakub Katulski jest politologiem, orientalistą. Współprowadzi portal Stosunkowo Bliski Wschód

Wydanie: 23/2018

Kategorie: Opinie

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy